fot. Mariusz Forecki

Nie chcemy nikogo wyśmiewać

„Wycieraczki” były dla nas szczególnym doświadczeniem. Zaprosiliśmy nasze sąsiadki i sąsiadów do zaprojektowania spersonalizowanych wycieraczek, które w jakiś sposób miały zdradzać, kto mieszka za drzwiami. Mogli powiedzieć o sobie tyle, ile chcieli – tak o jednym ze swoich projektów opowiadają Ula Lucińska i Michał Knychaus, działający jako duet Inside Job.

KUBA WOJTASZCZYK: Kiedy postanowiliście pracować razem?

ULA LUCIŃSKA: Nasza współpraca rozwinęła się bardzo naturalnie. Od 7 lat jesteśmy parą, więc nasze drogi przecinają się w wielu sferach. Opowiadamy sobie o własnych pomysłach, które uzupełniane przez drugą osobę, rozwijają się bardziej dynamicznie i w pewnym momencie stają się już wspólną pracą. Zanim zdecydowałam się studiować Projektowanie Ubioru na UAP, studiowałam Historię Sztuki, a Michał przed Intermediami studiował też Grafikę i Historię Kultury i to właśnie w trakcie tych pierwszych studiów pojawiła się wizja naszej dalszej pracy jako duetu.

MICHAŁ KNYCHAUS: O ile dobrze pamiętam, to pierwszym oficjalnym wspólnym projektem była wystawa w warszawskiej galerii V9 w 2015 roku, nad którą pracowaliśmy, będąc na stypendium w Neapolu. To był dla nas zupełnie inny czas, niż teraz. Inspirowaliśmy się innymi tematami i artystami.

 

Inside Job skupia się na krótkotrwałości, którą najlepiej widać, np. podczas podróży... Jak to założenie objawia się w waszych pracach?

MK: Wydaje mi się, że dużo bardziej niż na krótkotrwałości, skupiamy się na czasowości i ulotności niektórych doświadczeń i zjawisk kulturowych. Staramy się jak najwięcej podróżować i poznawać coraz więcej kontekstów, szukając między nimi różnic i punktów wspólnych. Tym, co interesuje nas najbardziej, jest również stan ciągłej gotowości, w którym znajduje się osoba, będąca poza rutynowymi nawykami, wynikającymi z osiadłego trybu życia. Kiedy jesteśmy w nowym otoczeniu i pomiędzy innymi ludźmi, widzimy cały wachlarz świeżych inspiracji, które napędzają nas do działania i stanowią podstawę naszych projektów.

UL: Tak było, chociażby w przypadku projektu „Polish Water” zrealizowanego przez nas podczas rezydencji artystycznej w Kulturfabrik Burgdorf w Szwajcarii. Polegał on na produkcji specjalnego, butelkowanego napoju, który następnie rozdawany był przy okazji różnych artystycznych wydarzeń. Posłużyliśmy się wodą, która poddana została symbolicznej polonizacji poprzez działanie językowego kursu asymilacyjnego, żeby podkreślić dyskusyjny charakter przynależności narodowościowej. Specyfika językowa Szwajcarii, wszystkie mikroutopie, które konstruujemy na jej temat oraz dyskusje prowadzone z tamtejszymi artystami mają swoje wyraźne odbicie w tej pracy.

 

Aby pokazać krótkotrwałość, tymczasowość posługujecie się nowoczesnymi mediami. Nie korci was, aby wasze prace były „na stałe”?

UL: Zawsze staramy się, żeby nasze prace, albo niektóre ich elementy były „na stałe”. Nawet jeżeli nie można ich pokazać w taki sam sposób, to każdy proces jest możliwy do odtworzenia w podobnej, ale bardziej odpowiadającej nowemu kontekstowi formie. W otaczającym nas świecie nigdy nie ma dwóch takich samych sytuacji – dlatego staramy się to pokazywać w naszych pracach. Budowanie otwartych projektów wymaga również stałego zaangażowania i przez to nasza praca jest bardziej procesualna i mamy nadzieje bardziej szczera. Nawet jeżeli stawiamy na obiekt, jak w przypadku „Wycieraczek” czy naszego nowego projektu „Poetbot”, to zawsze wykazuje on potencjał interaktywny oraz gotowość do bycia spersonalizowanym przez odbiorcę.

Inside Job, Michał Knychaus, Ula Lucińska

Michał Knychaus i Ula Lucińska (duet Inside Job), fot. Mariusz Forecki

MK: Jeśli chodzi o temat stałości, to rozwinąłem go w swojej pracy dyplomowej „Cyrkulacje Materii”. Starałem się wtedy udowodnić, że pozornie efemeryczna, cyfrowa matryca jest dużo bardziej trwała niż obiekt materialny. To był też moment, kiedy natrafiłem na teorię nowego materializmu w ujęciu Jane Bennett i do tej pory stanowi ona silne źródło inspiracji. Z drugiej strony dobrym uzupełnieniem tego, co powiedziała już Ula, jest przykład naszych performatywnych działań w ramach projektu „DZOP – Dynamiczne Zarządzanie Osobistym Potencjałem”, który realizowaliśmy wspólnie z Justyną Dziabaszewską, Dominiką Święcicką i Rafałem Żarskim w ramach Festiwalu Malta. Nieodłącznym elementem akcji była publika, która czynnie angażowała się w animowany przez nas program. W takich przypadkach staramy się zawsze dbać o dobrą dokumentację foto/wideo.

 

W swoich pracach miksujecie nie tylko media, ale także wątki multikulturowe. Na czym polega wasz „mash-up”?

MK: Esencjalizmy pochodzą z porządków historycznych, które mimo usilnych prób powrotu, w ogóle nas nie przekonują. Systemy, w których funkcjonujemy, są bardziej chaotyczne i zmienne, niż stałe. Mimo nałożenia na planetę siatki państw, granic i murów – jest to, naszym zdaniem, kolektywnie podtrzymywana symulacja. Przecinając się z ludźmi z różnych stron świata, po prostu nie można dłużej podtrzymywać homogenicznej narracji.

UL: Przy okazji nie da się ukryć, że w jakiś sposób pociąga nas zmiksowana estetyka np. produktów, które przebywają drogę z Azji do Europy. W momencie projektowania mają odpowiadać na potrzeby odbiorcy, którego część wytwórców nigdy nie widziała na oczy. Ten specyficzny „orientalny” klimat jest wizualnie łatwo dostępny i bardzo popularny. W rzeczywistości jednak, nie ma wiele wspólnego ani z miejscem pochodzenia, ani docelowej konsumpcji. W trakcie naszych podróży zawsze znajdujemy mnóstwo tego typu przedmiotów.

MK: W październiku bierzemy udział w wystawie „Eurasia” w ZHdK w Zurychu, gdzie jako część grupy TEAM.WORK, razem z Piotrem Kurką, Krzysztofem Łukomskim, Dawidem Misiornym, Izabelą Sitarską, Anastazją Pataridze i Aleksandrem Błaszkiewiczem będziemy pracować właśnie nad tą problematyką. To, co planujemy zaprezentować, dotyczyć będzie pochodzenia produktów, które w świecie rynków globalnych tracą swoją indywidualność i stają się nośnikami dowolnych wartości. Wyprodukowany w Chinach scyzoryk, sprzedawany jest w Polsce ze znakiem szwajcarskiej jakości. Produkt pozbawiony natywnych kontekstów staje się katalizatorem symbolicznego kapitału.

 

Stawiacie na dialog pomiędzy ludźmi. Świetnie widać to w waszych pracach np. w Wycieraczkach. Opowiedzcie o tym pomyśle.

UL: O relacjach z ludźmi mówiliśmy już sporo we wcześniejszych odpowiedziach, ale jeśli chodzi o „Wycieraczki” to były one dla nas szczególnym doświadczeniem. Nasze działanie było częścią większego projektu: „Sąsiedztwo – Granice Bliskości”, organizowanego przez Scenę Roboczą. Kuratorce, Agnieszce Różyńskiej, zależało na wypracowaniu takich sytuacji, w których artyści pracować będą razem z sąsiedzkimi społecznościami. Jako duet nie określilibyśmy się jako twórcy „zaangażowani społecznie” dlatego ważnym było dla nas, żeby nasz projekt był jak najbardziej naturalny.

MK: Nie chcieliśmy opowiadać historii o ludziach, z którymi już nigdy więcej się nie spotkamy. Zdecydowaliśmy się współpracować z najbliższymi sąsiadami i stworzyć takie warunki, w których ich prywatność nie zostanie naruszona. Idealnym medium, w tym wypadku, okazały się wycieraczki i przestrzeń klatki schodowej. Jest to miejsce splotu dwóch płaszczyzn: prywatnej i publicznej. Wyjątkowa audiosfera, która rezonuje tym, co dzieje się w poszczególnych mieszkaniach, ale buduje też poczucie podzielenia.

UL: Zaprosiliśmy nasze sąsiadki i sąsiadów do zaprojektowania spersonalizowanych wycieraczek, które w jakiś sposób miały zdradzać, kto mieszka za drzwiami. Nie chcieliśmy wmanewrowywać mieszkanek i mieszkańców naszego bloku w sytuację, nad którą nie mieliby kontroli, a która zostałaby od początku do końca wyreżyserowana. Posługując się „wycieraczkami”, mogli oni powiedzieć o sobie dokładnie tyle, ile chcieli.  

 

„Wycieraczki” miały wypunktować postępującą anonimowość wśród sąsiadów jednego bloku czy kamienicy. Jak na Wasz pomysł reagowali mieszkańcy?

MK: Odzew mieszkanek i mieszkańców był bardzo pozytywny. Wspólnie udało nam się stworzyć kilkanaście wycieraczek, które nadal są na klatce schodowej. Część osób, po wyprowadzce, zabrała je ze sobą. Oficjalna inauguracja projektu przybrała formę wernisażu na klatce schodowej, podczas którego mieszkańcy mieli pretekst, żeby się poznać. Przyszło wtedy bardzo dużo osób i udało się zbudować przyjazną atmosferę.

UL: Na początku baliśmy się, że ten specyficzny „wernisaż” stworzy dystans, który często towarzyszy otwarciom w galeriach, ale tutaj wszyscy byli bardzo bezpośredni. Nasze sąsiadki i sąsiedzi przynieśli ciasto i przygotowali przekąski. Ten projekt sprawił nam bardzo dużo satysfakcji, ale nie jest tak, że jednym symbolicznym działaniem zmieni się sytuację anonimowości w całym bloku.

MK: Daliśmy sobie nawzajem pretekst, ale tego typu działania wymagają długofalowego zaangażowania. Bardzo wspieramy takie projekty, bo wierzymy, że w małych, lokalnych wspólnotach jest bardzo dużo potencjału. Dodatkowo w ten sposób dajemy odpór ksenofobicznym postawom, które wynikają, naszym zdaniem, z braku prawdziwych relacji. Przypomina mi się historia, którą opowiadał nam nasz znajomy, mieszkający w dzielnicy Neukolln w Berlinie. W jednej klatce sąsiedzka wspólnota jest tak silna, że dzielące ją różnice nie stanowią przeszkody we wzajemnej pomocy. Ortodoksyjna muzułmańska rodzina, pomaga tam starszemu mężczyźnie, który ma silny problem alkoholowo-narkotykowy.

 

Wspomnieliście o DZOP. Czym ono jest?

UL: DZOP to Dynamiczne Zarządzenie Osobistym Potencjałem. Nasz interaktywny projekt, który rozwinęliśmy w ramach festiwalu Malta i który kontynuujemy. Głównymi założeniami było podważenie sensu ślepego wyścigu o maksymalizację potencjału i bezwarunkową produktywność. Nikt chyba nie lubi tego przyznawać, ale mam wrażenie, że dosłownie wszystko musi być starannie zaplanowane, że nie ma czasu na własne doświadczenie i eksperyment, że trzeba bardzo skrupulatnie i bardzo rozważnie podejmować nawet najmniejsze decyzje, szczególnie jeśli chodzi o rozwój artystyczny, zawodowy.

MK: Kiedy myśleliśmy o DZOP, daliśmy sobie sporo luzu w wymyślaniu warsztatów. Chcieliśmy, żeby wykorzystywały one estetykę i podstawowy schemat coachingowych programów, ale przy okazji oferowały pewne irracjonalne doświadczenie, na które nie ma miejsca w standardowych szkoleniach. Dlatego w programie znalazły się między innymi warsztat z IB (Intensywnej Bezproduktywności), które prowadził Rafał Żarski i podczas którego marnowaliśmy czas z czystą przyjemnością, warsztaty z samoobrony biurowej z Justyną Dziabaszewską, gdzie dosłownie „waliliśmy nadgodziny”, Money Origami z Dominiką Święcicką, warsztaty z Conscious Selfie, podczas których instruowałem, jak zrobić świadome selfie, które przyczyni się do akumulacji kapitału symbolicznego, a Ula w warsztatach z rysunku automatycznego tłumaczyła, jak dobrze wykorzystać bazgroły.

UL: W każdym warsztacie mogło wziąć udział do 20 osób i zainteresowanie było naprawdę duże. Mimo tego, że już same nazwy użyte w programie były dosyć prowokacyjne, to większość osób przyciągnęła coachingowa oprawa wizualna.

 

Ośmieszacie coaching i mentorstwo, czy raczej proponujecie alternatywę?

UL: Nie nazwałabym tego ośmieszaniem, a raczej prowokowaniem. Naprawdę sporo osób, przyszło na nasz performance, będąc przekonanym, że prowadzimy prawdziwe szkolenie. W trakcie jego trwania stopniowo uwalnialiśmy ich z tego wyobrażenia. Reakcje były bardzo pozytywne – nikt nie poczuł się oszukany ani ośmieszony. Można więc powiedzieć, że zaproponowaliśmy swego rodzaju alternatywę, ale polegającą bardziej na uruchomieniu mechanizmów autokrytycznych.

MK: Staraliśmy się być bardzo delikatni. Pracując z osobami, które poświęcają dla nas swój czas, nie mogliśmy pozwolić sobie, aby bawić się czyimkolwiek kosztem. To, co wydarzyło się w trakcie warsztatów, było wspólną pracą performerów i publiczności.

 

Jaki jest kształt nowego świata? To pytanie było jednym z kluczowych podczas poznańskiego kongresu Autonomia, który współtworzyliście.

MK: Autonomia to projekt, nad którym pracowało bardzo dużo osób. Kuratorem całego wydarzenia był Andrzej Pakuła z Korporacji Teatralnej, który zaprosił nas i Daniela Koniusza do współtworzenia głównej koncepcji i założeń estetycznych. W trakcie projektowania nasze wizje były spójne – dlatego udało się wypracować konkretną wizualną jakość. W pewnym momencie pomysłów było na tyle dużo, że postanowiliśmy część z nich przełożyć na czas kolejnych odsłon.

UL: Autonomia to przede wszystkim wizualna i kontekstualna rama, w której podane zostało trzydniowe wydarzenie artystyczne. W tym czasie, oprócz konkretnych wykładów, odbywały się eksperymentalne koncerty i performance. Do najbardziej udanych, naszym zdaniem, zalicza się występ ICON w sali renesansowej poznańskiego ratusza i niesamowity, queerowy koncert Mathiasa Ringgenberga, który wystąpił jako PRICE w jednej z sal Urzędu Miejskiego.

MK: Autonomia starała się definiować nowy świat jako pole możliwości, które dają nam określone narzędzia. Jeśli uda nam się je „uwolnić”, to na zasadzie sprzężenia zwrotnego, mogą nam posłużyć jako pomoc w budowaniu tymczasowych stref autonomicznych. W świecie totalnego kapitalizmu, który staramy się krytykować, wizja przyszłości jawi się w ciemnych barwach. Naszym oporem, może być przejmowanie elementów systemu, które służą podporządkowywaniu i hierarchizowaniu. Dlatego też wybraliśmy formę kongresu i pseudoelitaryzm, który był celowym zabiegiem. Tak naprawdę Autonomia była otwarta dla każdego, nie było z góry określonej liczny gości. Istotny był fakt zaangażowania do naszych akcji miejsc, na co dzień dedykowanych strukturom władzy. Poprzez kongres następowało ich queerowanie i uwalnianie. Autonomia to swego rodzaju koń trojański.

 

Charakteryzują was działania subwersywne. Jak to wygląda w modzie?

UL: Bardzo lubię, kiedy nasze działania stanowią rozbudowaną, kompletną całość i kiedy wcielamy się w określone role, dbamy o to, żeby wpisywać się w kontekst strojem i dedykowanymi gadżetami. Dla całego zespołu DZOP robiliśmy firmowe, korporacyjne polówki, w Autonomii były to czapki i konferencyjne pinsy, które upoważniały do wstępu na wydarzenia, a ostatnio dla CellY, którą stworzyliśmy wspólnie z Adamem Łuczakiem i Kubą Matuszczakiem specjalnie na festiwal Fuchsbau w Hanowerze, projektowaliśmy nadruki i hafty, które nawiązywały do fanklubowych t-shirtów inspirowanych zespołem Kelly Family.

Skupiamy się na detalach, małych elementach, które są w stanie wykreować całą atmosferę. Razem z Michałem tworzymy też projekt „paradise.paradise”, który opiera się na produkcji unikatowych ubrań, uzupełniających inne nasze artystyczne działania. Inspirujemy się światem współczesnej mody, ale myślę, że u nas moda i sztuka będą się płynnie przenikać, nie będziemy tego sztucznie rozdzielać, tylko właśnie płynnie angażować modowe realizacje w koncepty naszych działań wizualnych.

MK: Możliwości personalizacji różnych przedmiotów są znakiem naszych czasów. Dotyczy to nawet gier komputerowych, gdzie w nowej odsłonie Counter Strike`a za niebotyczne sumy, można kupować sobie atrakcyjniejsze wizualnie elementy wyposażenia.

 

Gdzie przebiega granica między krytyką pewnych zachowań czy nawet krytyką rzeczywistości, a wytykaniu ich irracjonalności? Chcecie otworzyć oczy waszym odbiorcom czy ich wyśmiać?

MK: Na pewno nie chcemy nikogo wyśmiewać. Procesy, które obserwujemy, coraz częściej dzieją się „same” – nie ma konkretnych osób, które można by wskazać palcem i obwinić za zaistniały stan. Można się tutaj odnieść do algorytmizacji ludzkich zachowań i koncepcji protokołu w rozumieniu Alexandra Gallowaya. Nasze działania, jak już mówiliśmy w przypadku DZOP, polegają bardziej na wspólnej pracy nad pewnymi koncepcjami – na wzajemnym ich opracowywaniu i rozbrajaniu. Krytyka jest bardziej zaproszeniem do krytycznego myślenia w rozumieniu ogólnym, niż pastwieniem się nad konkretnymi przykładami.

UL: Nie czujemy się w mocy otwierać komukolwiek oczu. Pracujemy nad tematami, które nas osobiście interesują i dotykają – nie chcemy żeby miały one poważny i patetyczny charakter.

 

ULA LUCIŃSKA i MICHAŁ KNYCHAUS – od kilku lat tworzą duet artystyczny. Działania grupy mają charakter interdyscyplinarny i intermedialny. Ich praktyka polega na konstruowaniu krytycznych i społecznie zorientowanych narracji w odniesieniu do płynnej współczesności. W swoich projektach stawiają pytania o nową tożsamość, która tworzy się w odcięciu od udomowionych kontekstów kulturowych, na nieznanych terytoriach wizualnych i w przestrzeniach aktualizującego się języka. Prace duetu pokazywane były podczas wystaw, festiwali i rezydencji artystycznych m.in. w: USA, Meksyku, Szwajcarii, Niemczech, Włoszech i na Ukrainie.