fot. materiały prasowe, „The Morning Show”

Nowa odsłona „The Morning Show” gorsza niż poprzednia     

Reese Witherspoon i Jennifer Aniston w duecie wracają na mały ekran. Chyba same nie wiedzą dlaczego.

Kiedy „The Morning Show” debiutował w 2019 roku, startowała również platforma streamingowa Apple TV+, na której serial był emitowany w cotygodniowych dawkach. Reklamowano go jako wielki powrót do telewizji Jennifer Aniston, zwierającej szyki z Reese Witherspoon, akolitką transferu hollywoodzkich aktorek ze srebrnego na mały ekran, by w końcu mogły grać pogłębione i zniuansowane role (czy to artystce się udało w „Małych kłamstewkach”, to już inna sprawa). Takie też miały być ich nowe wcielenia – Alex Lexy (Aniston) jako gwiazda tytułowego  porannego programu telewizyjnego, która musi okiełznać burzę po skandalu #MeToo z udziałem jej przyjaciela i współprowadzącego Mitcha Kesslera (Steve Carell), ale też wschodzącą gwiazdę i jej nową ekranową partnerkę – Bradley Jackson (Witherspoon).

Pierwszy sezon

fot. materiały prasowe „The Morning Show”

„The Morning Show”, oparty na książce jednego z gospodarzy CNN Briana Steltera, miało opowiadać o obalaniu (głównie białego) męskiego uprzywilejowania, ujawnianiu kulisów władzy na telewizyjnych szczeblach i w końcu o tak potrzebnej zmianie warty. Serial pojawił się w naszych domach właśnie w erze tuż po #MeToo; jego odbiór, prócz zasłużonej nagrody Emmy dla aktora drugoplanowego Billy’ego Crudupa, co najwyżej był chłodny.

 

Jednak wtedy drugi sezon już dawno dostał zielone światło.

Pierwsza odsłona skończyła się puczem – Alex i Bradley obaliły szefa stacji Freda Micklena (Tom Irwin), który przekupywał seksualne ofiary Mitcha. Bohaterka Aniston po wygłoszeniu płomiennej mowy, przyznając się do odwracania wzroku, gdy Kessler molestował, i wyjawiając współudział wspominanego Micklena, odchodzi z programu. To że serial porusza tak ważne kwestie, wcale nie oznacza, że robi to w sposób subtelny, a nawet… zaplanowany. Decyzje podejmowane przez bohaterki i bohaterów są raczej ad hoc, bo psychologia postaci zmienia się niemal co scenę.

Kontynuacja

Nie inaczej jest w drugim sezonie, który rozpoczyna się w 31 grudniu 2019 roku (tak, tak, tuż przed pandemią COVID-19). Na początku dowiadujemy się, że Alex dzięki swojemu wyznaniu staje się ikoną feminizmu (sic!). Teraz zaszyła się w swojej wypasionej willi na odludziu, gdzie niesiona falą nowej popularności (zostaje np. ogłoszona człowiekiem roku magazynu „Time” i nazywana jest „Kobietą, która powiedziała prawdę”), kończy pisać autobiografię. Tymczasem Bradley robi dosłownie wszystko, by słupki popularności porannego programu, który prowadzi z nowym prezenterem Erickiem (Hasan Minhaj), szły w górę. Bez powodzenia.

 

fot. materiały prasowe „The Morning Show”

To oczywiście rodzi frustrację zarządu stacji i Cory’ego (wspominany Crudup), który przejmuje upragnioną schedę po zniesławionym Micklenie.

Właśnie – przejmuje. Mimo uporczywego budowania przez cały pierwszy sezon Cory’ego jako śliskiego, ale jednak sprzymierzeńca kobiet, w drugim dostajemy postać, której główną motywacją nagle nie jest rozsadzanie nasiąkłych toksyczną męskością struktur, tylko napawanie się zdobytą władzą. Odzwierciedla to jego stosunek do nowej producentki Stelli Bak (Greta Lee),   która chcąc stawiać na różnorodność tak płciową, jak i rasową na ekranie, jest zmuszona pogodzić się z protekcjonalnością szefa. To Cory, przekonany o własnej nieomylności, nie słuchając żadnych rad i nie informując o tym Bradley, postanawia zorganizować wielki medialny powrót Alex do programu (przekonuje do tego kobietę, recytując wiersz, co jest jedną z najbardziej żenujących scen w historii telewizji).

Cancel culture

Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, postać grana przez Aniston wraca do programu. Wszak serialowa drama musi toczyć się dalej. Oczywiście robi to przy niewysublimowanych protestach Bradley (najgorzej zagrana przez Witherspoon rola w jej karierze), która z buntowniczej i zaangażowanej (choć bardziej wannabe) dziennikarki z pierwszego sezonu przemienia się w pomiatającą współpracownikami diwę, co jest kolejnym kamyczkiem dorzuconym do stosu o nazwie „Jak nie umiemy logicznie budować psychologii postaci”.

fot. materiały prasowe „The Morning Show”

Powrotem Alex do stacji twórcy_czynie „The Morning Show” chcą opowiedzieć o kulturze unieważniania (cancel culture), co wychodzi im równie udanie jak sfinalizowanie wątku Kesslera.

 

Czy seksualnemu drapieżnikowi naprawdę należy się narracja (wszystko na to wskazuje, że rehabilitująca), która biegnie na równi z tą o dochodzeniu kobiet do głosu (przynajmniej na papierze)?

I do tego osadzona w malowniczym włoskim miasteczku?! No cóż, najwidoczniej trudno pozbyć się z serialu tak popularnego aktora, jakim jest Carell.

Jakby tego wszystkiego było mało, producenci_tki postanowili_ły zająć się wspomnianą epidemią COVID-19 (która faktycznie przerwała prace na planie serialu). Zanim się ona na dobre rozpocznie na ekranie, dostajemy sygnały, które mają przypomnieć widzom_kom początek 2020 roku. Tak więc ktoś kichnie w tle, ktoś inny wypowie się na temat tego, „jak to wirusy pomagają dzieciom uzyskać odporność w dorosłym życiu”, a kolejna osoba westchnie, „że 2020 na pewno nie będzie gorszy od poprzedniego roku”. Ten wątek pasuje do całości jak kwiat do kożucha i widać, że został naprędce dodany do scenariusza. Czy bez niego serial byłby choć trochę lepszy? Nie sądzę.

 

fot. materiały prasowe „The Morning Show”

Kiedy dwa lata temu „The Morning Show” wchodziło na Apple TV+, było czymś, co miało stanowić synonim prestiżowej telewizji. Od tego czasu wiele się zmieniło.

Wraz z niepowodzeniem takich produkcji jak „Dziewięcioro nieznajomych”, „Od nowa”, „Małe ogniska” czy „Małe kłamstewka” (dwa ostatnie zresztą sygnowane przez Witherspoon), powinniśmy zadać sobie pytanie: czy naprawdę potrzebujemy hollywoodzkich gwiazd, których pojawienie się na małych ekranach ma nam rekompensować brak scenariusza? A może warto powrócić do zamysłu takich seriali, jak „Rodzina Soprano” czy „Mad Men”, gdzie, dzięki wybitnym scenariuszom, z sezonu na sezon mogliśmy podziwiać narodziny gwiazd? Zresztą świetnym tego przykładem jest absolutny frekwencyjny hit – „Ted Lasso”, również od Apple TV+. Nie potrzeba wielkich pieniędzy, by przyciągnąć widzów_ki przed telewizory. Może zatem zarząd streamingu pójdzie po rozum do głowy i zamiast bez pomysłu ciągnąć opowieść o cancel culture, po prostu skasuje nieudany serial?