nowe w Nowym: Bal na Titanicu
Opublikowano:
17 grudnia 2025
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Oskara Sadowskiego, reżysera młodego pokolenia, „od zawsze” – jak można przeczytać w wywiadach z nim – fascynuje opera i dlatego we wszystkich swoich pracach próbuje przemycać jej elementy. Nie inaczej jest i tym razem. Już sam początek jego najnowszej produkcji, której premiera odbyła się 6 grudnia w Teatrze Nowym w Poznaniu, odwołuje się do tego właśnie świata, chociażby w warstwie narracyjnej, bo formalnych tropów tu więcej – bez trudu da się zauważyć wpływy kina czy telewizji, a im bardziej erudycyjny widz, tym więcej znajdzie odniesień i więcej zabawy w rozkodowywaniu języka przekazu.
Jeden warunek: trzeba tego chcieć. I nie oczekiwać, kupując bilet, reinterpretacji Moliera, co jeszcze przed premierą mocno osadziło się w publicznej przestrzeni mentalnej. „Hôtel Molière. Resort & spa” nie jest nowym odczytaniem „Chorego z urojenia”, choć we fragmentach pojawia się on w spektaklu i z całą pewnością dał impuls do pracy, o czym zresztą wprost informuje nas program: że przedstawienie oparto na motywach tej właśnie sztuki. „Na motywach”, czyli rzecz napisano od nowa, jedynie korzystając ze słynnej komedii Moliera.
Jak „Chory z urojenia” wpłynął na „Hôtel Molière”? O jaki impuls chodziło? Co da się wyczytać z działań teatralnych reżysera, będącego jednocześnie jednym ze współautorów scenariusza (pozostali to: Marysia Stasiak, Krysia Bednarek)? Przede wszystkim, że dziś kurorty są miejscami leczenia nie tyle chorób, ile imaginacji, kaprysów, różnego rodzaju hipochondrii, stanowią przejaw mody, a po wtóre, że te wszystkie, na zawołanie wynajdywane niedomagania, to nic innego jak próba zwrócenia na siebie uwagi, coś w rodzaju wołania o pomoc, efekt doskwierającej samotności i bycia niezauważanym. Choć czasami, oczywiście, stają się miejscem regeneracji duszy i ciała, ucieczką od codzienności itd. Myślę, że niemały wpływ na scenariusz miał też serial „Biały Lotos” – do pewnego stopnia opowiadający o tym samym.
Poznański „Hôtel” to miejsce ekskluzywne, odosobnione, w którym spełnia się najbardziej wymyślne życzenia, czas toczy się powoli, jest słońce, morze i słodkie lenistwo. Kto ma ochotę na sen przy śpiącej, nagiej piękności, znajdzie się w specjalnie przygotowanym do tego pokoju, kto potrzebuje kąpieli w kwiatach, dostanie ją, kto chce się upijać przez cały dzień, alkohol będzie miał zawsze pod ręką, a komu potrzebna joga, trafi do odpowiedniej grupy z instruktorem.
W tle szabadaba-da z filmu „Kobieta i mężczyzna” Claude’a Leluche’a (1966), obok obsługa gotowa na wszystko…
Starsi widzowie odnajdą tu też klimat filmów Buñuela i Sorrentino. Niby nic się nie dzieje, a jednak atmosfera gęsta. Czuje się narastającą grozę, podświadomie czeka na katastrofę. Panująca cisza na widowni aż… dudni!
Bezruch – to drugi wyróżnik spektaklu. Trudny do zagrania. Wymaga nie lada siły fizycznej i koncentracji. Wszyscy aktorzy niemal cały czas na scenie – często zatrzymani właśnie w tym bezruchu lub milczeniu, nie ma się jednak poczucia ich zbędności. Role czytelne, konsekwentnie prowadzone. Przepoczwarzające się. Co jest prawdą? Co jest snem? Odpowiedź nie jest prosta… Każdy gest, każdy grymas coś znaczy. Trzeba być uważnym. Bo te „drobiazgi” działają jak „strzelby Czechowa” – powracają, by coś pointować prędzej lub później. Rzadko kiedy aktorzy dialogują w tercetach, najczęściej mamy duety – jak w operze. I arie. Konstrukcja operowa. Nie bez powodu.
Początek: z ciemności wyłania się postać kobieca, dramatycznie upozowana, posągowa, trenem czarnej sukni targa wiatr, słyszymy Marię Callas w arii Casta Diva z „Normy” Belliniego – jednej z jej najsłynniejszych. Wiadomo, jak śpiewa: jak anioł.
To właśnie występując w roli Normy w 1960 roku w greckim Epiduros, po raz pierwszy głos jej zamarł. Problemy się nasilały, po pięciu latach stały się powodem zakończenia kariery operowej, ale dopiero dziesięć lat później zdiagnozowano chorobę, która nie pozwoliła jej dalej śpiewać.
Mówiono, że to restrykcyjne diety i problemy osobiste. W rzeczywistości było to zapalenie skórno-mięśniowe. Ale w tle, oczywiście, zawiedziona miłość, wielka namiętność, która przegrała, podobno, z biznesem. Jak okrutnie wybrzmiewa teraz w zestawieniu z porannym seksem pary zza ściany – tak bardzo zwyczajnym, mechanicznym, bez uniesień, przaśnym!
Casta Diva to prolog w tym przedstawieniu. Potem – jak w filmie – pojawia się czołówka, na ekranach rozbłyskują nazwiska wszystkich biorących udział w tym przedsięwzięciu, zaczyna się opowieść o pensjonariuszach resortu i samym hotelu, który właśnie kończy swoją historię, zostanie zamknięty nazajutrz. Ale milcząca diva operowa (świetna Gabriela Frycz!) okaże się najważniejszą personą tej dramy. Przynajmniej dla mnie. To ona będzie jakimś punktem odniesienia. To jej niemoc i jej bezgłośne reakcje są najbardziej przejmujące i prawdziwe. Choć wielu uważa (nawet obsługa), że milczenie to przejaw największego luksusu i wybór, a nie stan chorobowy i przyczyna cierpienia.
Różne persony zgromadzone zostały pod jednym dachem. Każda pojawia się ze swoją mądrością i głupotą, ze swoim nadmiarem i niedostatkiem. Wiecznie pijany właściciel fabryki pasztetów i mielonek (Sebastian Grek) i jego „uduchowiona” żona, przyzwyczajona do spełniania zachcianek (Antonina Choroszy), właściciele fabryk produkujących „chemię dla celów militarnych”, mówiący o sobie, że „pomagają implementować demokrację na świecie” (Janusz Grenda i Paweł Hadyński), nowobogaccy prowincjusze (Martyna Zaremba-Maćkowska i Tomasz Mycan), przemęczony aktor (Michał Kocurek), starzec szukający wyrafinowanej rozrywki (Wiesław Zanowicz), zamknięta w swej samotności kobieta (Maria Rybarczyk), nudząca się dziewczyna (Malina Goehs) i cała plejada równie zróżnicowanej osobowościowo obsługi – ze swoimi historiami, swoimi opowieściami, swoimi marzeniami i dramatami.
I dzieci nie wiadomo czyje. Ale ważne poprzez to, czym się bawią i w co się bawią: wiadomo, dzieci odwzorowują świat dorosłych. Chyba do nikogo nie dociera, że coś właśnie się kończy. A jeśli dociera, to jest zagłuszane naczelną powinnością wykupionego czasu i miejsca: ma być miło, luksusowo, wręcz nadmiernie dobrze.
I tradycji musi stać się zadość („Tradycja jest naszą kotwicą. W świecie, który się rozpada, to tradycja mówi – nic nie runie, nie dziś”), a tą tradycją w hotelu jest spektakl „Chory z urojenia”, grany podczas kolacji – musi się odbyć, nawet jeśli wiadomo, że aktorzy nie dotrą. Kolacja też – choć nic już nie ma do jedzenia, woda się skończyła i tylko szampan ze starych zapasów pozostał oraz kilka konserw… Coraz więcej sygnałów zapowiada apokalipsę. Na razie z niej się żartuje, rozmawia o bliskości instynktu płciowego i morderczego, o dobroczynnych aspektach zabijania, a kiedy z basenu wydobywa się mgła, ze śmiechem mówi się o zagazowaniu, przywołując holocaust („najpierw kazali zdjąć nam ubranie, później zaprowadzili do tej komory…”). Wizualizacje, które dopełniają spektakl, są zaburzane co jakiś czas przez kadry pokazujące, jak po nalotach rozpadają się zbombardowane budynki. Pojawiają się na moment, mają – niejako podkorowo – osadzić się, podać w wątpliwość beztroskę dnia, umieścić to, co się dzieje na naszych oczach, w szerszym kontekście światowej rzeczywistości. Zresztą, w pewnym momencie, podczas drinków i śmiechów przy basenie, jeden z producentów „chemii militarnej”, a przy tym i wielki meloman pragnący szybkiego ozdrowienia divy, bo wykupił już bilet na kolejny jej spektakl, wywołuje temat wojny, że trwa trzy lata i że go męczy, że czeka z zamkniętym oczami na jej zakończenie. Pomniejsza się ją, rzecz jasna, jako niepotrzebny zgrzyt w dobrym życiu bogatych kuracjuszy. Ale ona powraca w różnych „wtrętach”, bo nie da się o niej całkowicie zapomnieć w żaden sposób.
Więc tak, jak na Titanicu: bawimy się, elegancko przyozdobieni, a katastrofa wisi w powietrzu. Aktor w mundurze SS-mana przygotowuje się do roli czy unaocznia dzisiejsze fascynacje faszyzmem? Jego monolog jako nazisty, spowiedź na chwilę przed egzekucją, mogłaby zakończyć tę historię. Przesłanie jest czytelne.
Nawet, jeśli nie możemy ostatecznie zdecydować, czy to prawda, czy urojenie. Wszystkie te wojenne „dysonanse” są przecież niczym ostrzeżenia, znaki, że nasz świat się kończy i czas najwyższy zająć się nim na serio, bo powtórki nie będzie. Próbują jej kuracjusze – próbują zacząć wszystko od nowa po otrząśnięciu się z letargu czy snu, w jaki popadli, mają właśnie nadzieję, że czas można cofnąć i wtedy znaleźć wyjście z tego miejsca, z tej sytuacji. Nie można. Chociaż gęsta piana, która w finale zalewa scenę, niekoniecznie musi być wyłącznie końcem – mimo, że na samym początku przedstawienia uduchowiona żona wytwórcy pasztetów mówi: „Nic nie może się odrodzić, jeśli wcześniej nie zostanie zniszczone”, więc śmierć domyka całość. Ale z morskiej piany narodziła się też Wenus, a wraz z nią miłość, nowy początek, więc może…? Może jest nadzieja? Wystarczy odczytać ostrzeżenie i przeciwdziałać?
Czy historia, jaka wydarzyła się w „Hôtelu Molière”, może nam pomóc? Tego nie wiem. Dawno temu przestałam wierzyć w zbawczą rolę sztuki. Świat coraz bardziej pogrąża się w bezsensie, a wokół coraz więcej „gór lodowych”. Nawoływania o rozsądek na niewiele się zdają, ale może jednak… zwizualizowanie różnych prawdopodobnych scenariuszy ma jakiś sens? A może sens jest w pytaniach? W tym spektaklu pytań pojawia się wiele. Jego siłą największą okazuje się to, że przy każdym powrocie do myślenia o nim, jest ich więcej i więcej.
„Hôtel Molière. Resort & spa”
Na motywach „Chorego z urojenia” Moliera w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego
Scenariusz: Marysia Stasiak, Oskar Sadowski, Krysia Bednarek
Reżyseria: Oskar Sadowski
Premiera 6.12.2025
Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu – Scena im. Tadeusza Łomnickiego











