fot. materiały prasowe serialu "Pachinko"

Oglądać, nie oglądać

Wiosna trwa w najlepsze, a wraz z nią nasze streamingi zapełniają się serialowymi nowościami. W tym urodzaju, jak zawsze, możemy znaleźć lepsze i gorsze tytuły. Jedne przyciągają popularną obsadą, co może być złudne. Drugie, przez brak nazwisk w obsadzie, niesłusznie mogą zostać niezauważone. Spieszę z pomocą. Poniżej podpowiadam, który serial wart jest zobaczenia, a który można sobie odpuścić.

„Pachinko” (Apple TV+)

serial „Pachinko”, fot. materiały prasowe

To bardzo dobry czas dla Apple TV+. Po ponad dwóch latach od premiery streaming wreszcie może pochwalić się ofertą godną polecenia. Już nie tylko „Ted Lasso” przyciąga widownię, ale też rewelacyjne „Rozdzielenie” i groteskowe „Kulawe konie” (koniecznie sprawdźcie). Te trzy tytuły łączą duże nazwiska za i przed kamerą.Dlatego „Pachinko”, choć głośne w USA, może przejść w Polsce niezauważone. Niesłusznie.

 

„Pachinko” to adaptacja sagi rodzinnej o tym samym tytule autorstwa Min Jin Lee z 2017 roku. Serial rozgrywa się w kilku przestrzeniach czasowych (głównie na początku XX wieku i w końcówce lat 80.) w Korei Południowej i Japonii oraz od czasu do czasu w Stanach Zjednoczonych.

serial „Pachinko”, fot. materiały prasowe

Akcja swobodnie skacze między dziesięcioleciami, a przedstawione historie bardzo często pozostają ze sobą w dialogu. Łączy je protagonistka – Sunja. Poznajemy jej dzieciństwo (rodzi się na początku lat 20. w ubogiej koreańskiej rodzinie), młodość i okres starczy. W każdym z nich bohaterka grana jest przez inną aktorkę: kolejno są to Yu-na Jeon, Minha Kim i Youn Yuh-jung. Mimo że najwięcej doświadczenia z kamerą ma ta ostatnia (polska widownia może kojarzyć ją z fantastycznego filmu „Minari”, za którą Youn Yuh-jung otrzymała Oscara), wszystkie trzy są fenomenalne. Wnoszą zupełnie inną energię do Sunji, portretując ją w kluczowych momentach życia. W dzieciństwie bohaterka mieszka w okupowanej przez Japonię Korei (aneksja z 1910 roku przerodziła się w 35-letnią okupację), gdzie młody wiek nie stanowi taryfy ulgowej, jeżeli chodzi o przestrzeganie kolonialnych reguł. We wczesnej dorosłości Sunja przeprowadza się do Japonii, w której zacznie wieść żywot może i na trochę lepszym poziomie, ale na pewno nie bez rasistowskich uprzedzeń. W końcówce życia główna bohaterka, mimo że z korzeniami już głęboko zapuszczonymi w japońską ziemię, cały czas kultywuje swoje pochodzenie, wreszcie – postanawia odwiedzić kraj przodków i przodkiń.

 

„Pachinko”, jak na sagę rodzinną przystało, to również opowieść o najbliższych Sunji. Między innymi o jej synu Mozasu (Soji Arai), właścicielu salonu tytułowego pachinko, czyli z grubsza japońskiego odpowiednika pintballu; a także o wnuku Solomonie (znany z „Devs” Jin Ha), który wraca do Japonii z USA, aby dowieść (białym) pracodawcom, że jest wart awansu.

serial „Pachinko”, fot. materiały prasowe

Serial, mimo że zbudowany na strukturach sagi rodzinnej, sięga znacznie dalej. Obrazuje zapoczątkowane przez japońską inwazję zmiany w koreańskim społeczeństwie. „Pachinko” nie tylko jest świetnie zagrane, ale też opowiedziane, tak wizualnie, jak i scenariuszowo (za sprawą reżyserów Kogonady i Justina Chon oraz scenarzystki Soo Hugh).

Koniecznie zobaczcie!

 

„Powrót” (Canal+)

serial „Powrót”, fot. materiały prasowe

Nowa pozycja polskiego Canal+ nie bez kozery debiutuje w okresie Wielkanocy. Opowiada bowiem o… zmartwychwstaniu, i to „człowieka z ludu”. Brzmi znajomo? Tyle tylko, że dzieje się w dzisiejszej, pocovidowej Warszawie. Tym najzwyklejszym człowiekiem jest Jan (w tej roli dobrany wedle emploi Bartłomiej Topa), który jest typowym szaraczkiem pracującym w branży ubezpieczeniowej. Gdy umiera i zmartwychwstaje, okazuje się, że tak naprawdę nikt za nim nie tęskni, a najbliżsi „ruszyli dalej” szybciej, niż wymagałaby tego polska tradycja. Sponiewierany protagonista postanawia „objawić” się tylko najlepszemu przyjacielowi Kostkowi (Wojciech Mecwaldowski), poszukać nowej pracy i sensu życia. Znajdzie też moment na zadumę nad przeszłością. Czasami wypada to patetycznie, czasami banalnie, ale na pewno nie za głęboko. To minus produkcji, ponieważ temat aż prosi się o analizę, zwłaszcza w Polsce, kraju owładniętym katolicką psychozą.

 

Czyżby twórcy przestraszyli się tematu?

No właśnie – twórcy. Za reżyserię odpowiada Adrian Panek („Wilkołak”), a za scenariusz Krzysztof Rak („Bogowie”). Duetowi brak zdecydowania (a może wiedzy?), czy chce opowiadać o kryzysie toksycznej męskości, czy może bohaterowie są nieudacznikami tylko „dla śmiechu”. W scenariuszu brak też miejsca na lepsze zrozumienie bohaterek. Żona Jana, Agata (Magdalena Walach) orientuje się, że dusiła się w związku z mężem i musi to przepracowywać – oczywiście – przez kolejnych partnerów seksualnych. Dopinguje ją żona Kostka, Malwina (mizdrząca się Maria Dębska), odważna, bo… eksperymentująca seksualnie.

 

Do tego twórcy dla smaczku dorzucą ciągotki lesbijskie i żart z gwałtu (sic!).

Najjaśniejszym puntem „Powrotu” jest budowanie historii z różnych form: od groteski i komedii, przez dramat, po sci-fi. Trochę jak w życiu, które ma przecież różne odcienie. Bo kto powiedział, że zmartwychwstanie musi być tylko fizyczne?

Jednocześnie nowa produkcja Canal+ zdecydowanie nie jest dla mnie, stąd też trudno mi ją polecić.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0