fot. materiały prasowe serialu „Minx”

Oglądać, nie oglądać

W tym miesiącu wracamy na HBO Max. Niedawno na tej platformie zadebiutowały seriale, o których mówi się coraz więcej. Jeden to miniserial. Drugi pełnometrażowy, już przedłużony na kolejny sezon. Temu pierwszemu warto dać się porwać. Następny można sobie odpuścić.

„Miasto jest nasze”

Niespodziewana gratka od Davida Simona i George’a Pelecanosa, producenta i scenarzysty kultowego serialu „Prawo ulicy” („The Wire”), którego omawiana produkcja jest duchowym spadkobiercą. Twórcy powracają na ulice Baltimore, gdzie również rozgrywa się akcja zaadaptowanego przez nich reportażu Justina Fentona.  

 

„Miasto jest nasze” portretuje korupcję i nadużycia na masową skalę, których przez lata dopuszczali się członkowie i członkinie Jednostki Zadaniowej ds. Śledzenia Broni (Gun Trace Task Force) przy wydziale policji w Baltimore.

fot. materiały prasowe serialu „Miasto jest nasze”

Jednostka powstała, by powstrzymać rosnącą falę przestępczości na ulicach miasta, konfiskować broń i narkotyki. W 2017 roku, będącym głównym punktem odniesienia serialu, okazało się, że dla wydziału ważniejsze są statystyki niż faktyczne przeciwdziałanie przestępczości. Mało tego, gros policjantów ukrywało przechwycone narkotyki i przywłaszczało tysiące dolarów w gotówce, które znaleźli w prywatnych domach i bagażnikach samochodów.

 

2017 rok to data graniczna – odbyły się wtedy aresztowania skorumpowanych stróżów prawa.

Jednym z nich jest sierżant Wayne Jenkins (urodzony do grania podobnych ról Jon Bernthal). Przez sześć odcinków śledzimy rozwój jego kariery w baltimorskiej policji i pracę w Gun Trace Task Force. Jednak nie podążamy za nim jak po nitce do kłębka. Twórcy zdecydowali się na nielinearne podejście do opowieści. Akcja skacze w czasie. W taki sposób możemy poznać różnych bohaterów i bohaterki, zaznajomić się z ich działaniami i motywacjami.

Mimo że znamy finał tej opowieści, nie wszystko jest czarno-białe, łatwe do jednoznacznej oceny.

 

Ponownie, jak w przypadku „The Wire”, mamy okazję do skrupulatnego śledzenia policyjnych działań.

fot. materiały prasowe serialu „Miasto jest nasze”

Wiele scen dzieje się w salach przesłuchań czy przy komputerach, gdzie transmitowane są nagrania z podsłuchów. Aby widownia nie pogubiła się w zawiłości wszystkich wątków, twórcy wprowadzili postać Nicole Steele (świetna Wunmi Mosaku), prawniczki z departamentu sprawiedliwości, która bada kulturę pracy w wydziale policji w Baltimore. Poniekąd jest naszym awatarem, kimś z zewnątrz, kto bezstronnie przygląda się korupcji i nadużyciom.

 

Na planie „Miasto jest nasze” zgromadzono świetnych aktorów i aktorki (niektóre osoby znane są również z „The Wire”, co niewątpliwie stanowi ukłon w kierunku fanek i fanów serialu).

Występują m.in.: Jamie Hector, McKinley Belcher III, Darrell Britt-Gibson, Josh Charles, Dagmara Domińczyk, Ian Duff, Delaney Williams oraz Lucas Van Engen. Koniecznie oglądać!

„Minx”

fot. materiały prasowe serialu „Minx”

Akcja serialu dzieje się w latach 70., kiedy to równościowe ruchy coraz bardziej dochodzą do głosu,  a świat się zmienia, liberalizuje. Mimo tego kobiety nadal najchętniej widzi się w kuchni lub za biurkiem w roli sekretarki. Jeżeli któraś chce robić karierę, musi się pogodzić, że będzie ona płciowo ograniczona. Najwyższe stołki są tylko dla mężczyzn. Przekonuje się o tym Joyce (Ophelia Lovibond), absolwentka prestiżowej uczelni, marząca o zostaniu redaktorką feministycznego pisma z prawdziwego zdarzenia. Ma nawet jego projekt, zatytułowany „Przebudzenie matriarchatu”, przeładowany tekstami z zakresu drugiej fali feminizmu: o powszechnym dostępie do aborcji, antykoncepcji, równych płac i potrzebie edukacji kobiet. Ważne kwestie. Szkoda tylko, że przez akademicki język i buntowniczą okładkę (w stu procentach oddającą proponowany tytuł) nikt nie chce w debiut zainwestować.

 

Pisząc „nikt”, myślę o bogatych panach w średnim wieku, którym Joyce zmuszona jest prezentować pismo na branżowych targach w Los Angeles.

Niespodziewanie główna bohaterka dostaje propozycję od Douga (świetnie obsadzony Jake Johnson), który co prawda wierzy w pomysł feministycznego magazynu, ale ma pewne uwagi. Nie tylko Joyce musi spuścić z tonu (dziś nazwalibyśmy proponowane treści popfeministycznymi, czyli przedstawionymi w przystępny sposób, by mogły dotrzeć pod strzechy, nie tylko do kobiet białych i wyedukowanych) i przede wszystkim wizualnie zachęcić do czytania.

 

fot. materiały prasowe serialu „Minx”

W jaki sposób? Przez dodanie roznegliżowanych mężczyzn na rozkładówce.

Doug wie, co mówi. Jest doświadczonym wydawcą wielu czasopism erotycznych o tak zachęcających tytułach jak „Mleczne mamuśki” czy „Grzeszne zakonnice”. Magazyn „Minx” (czyli po polsku Kokietka) ma być tym, czego chcą emancypujące się kobiety – ma oferować męską erotykę przeplataną zajmującymi, inteligentnymi tekstami feministycznymi. W taki sposób rodzi się współpraca między lekko nieokrzesanym wydawcą porno i pruderyjną uprzywilejowaną feministką.

 

Mimo że serial Ellen Rapoport ma wciągający zarys fabularny, wielokrotnie zahacza o mielizny. Niemal każdy odcinek z dziesięciu w sezonie prowadzony jest schematem „kolejnej przeszkody do pokonania” (logistycznej, moralnej, kryzysu własnego), co w pewnym momencie zaczyna po prostu nudzić.

fot. materiały prasowe serialu „Minx”

Nie pomaga irytująca protagonistka, która przez połowę sezonu zapiera się rękami i nogami przed stworzeniem „Minxa”, choć wszystkie osoby dookoła mówią jej, że nie ma racji. Nie zmienia zdania nawet po pierwszych sukcesach. Komediowy charakter serialu niweluje jakąkolwiek możliwość podjęcia tematu ciemnej strony porno. Na plus należy zaliczyć drugoplanową obsadę (zwłaszcza Lennon Parham w roli Shelly, siostry Joyce). Z tych względów „Minx” można zobaczyć, ale nie trzeba.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0