fot. materiał prasowe serialu „The Crown”

Oglądać, nie oglądać

Tegoroczna jesienna ramówka streamingowa i telewizyjna obfituje w wiele dobroci. Jednymi z największych hitów są „Biały Lotos” i „The Crown”, które wróciły z kolejnymi sezonami. Który serial obejrzeć? Który można sobie odpuścić? Podpowiadam.

„Biały Lotos”, sezon 2, HBO Max

„Biały Lotos”, fot. materiały prasowe

Kręcony w pandemii, serial „Biały lotos” Mike White’a niespodziewanie okazał się wielkim sukcesem. Zgarnął aż 10 statuetek nagród Emmy. Nic więc dziwnego, że HBO zapragnęło przedłużyć produkcję o kolejny sezon. W taki sposób z miniserialu przerodził się w antologię. Tytułowy Biały Lotos to już nie tylko luksusowy hotel na Haiti, ale cała ogólnoświatowa sieć. Dzięki temu White, dopóki zarząd HBO nie zakręci kurka, może pisać i kręcić opowieści o bajecznie bogatych Amerykanach i Amerykanach, którzy piją drinki nad basenem i nurzają się we własnym uprzywilejowaniu.

 

W drugim sezonie przenosimy się na słoneczną Sycylię. Zmienia się nie tylko lokalizacja, ale również obsada.

„Biały Lotos”, fot. materiały prasowe

Jedynie ekscentryczna i nieszczęśliwa dziedziczka fortuny Tanya McQuoid (Jennifer Coolidge), która w poprzednim sezonie wysypała prochy swojej matki na oczach szczęśliwych nowożeńców, wraca na nasze ekrany. W pierwszym odcinku mówi na powitanie menadżerce hotelu Valentinie (Sabrina Impacciatore): „Za każdym razem, kiedy zatrzymuję się w Białym Lotosie, spędzam niezapomniany czas”. Trudno się nie zgodzić, wszak poprzednio w hotelu zginął jeden z bohaterów. Drugi sezon ponownie rozpoczyna się od zwłok, tym razem w liczbie mnogiej. Zanim jednak poznamy tożsamość osoby, która nie przeżyła urlopu we Włoszech, cofamy się o tydzień. Poznajemy gości i gościnie hotelu, a także (niestety pokrótce) jego pracowniczki i pracowników.

 

W drugiej odsłonie „Lotosu” Tanya nie podróżuje sama. Towarzyszy jej mąż Greg (Jon Gries), którego zachowanie w stosunku do kobiety jest mocno problematyczne.

„Biały Lotos”, fot. materiały prasowe

Ewidentnie jej nie kocha, a  Tanya walczy już tylko o miłość. Nieszczęście kobiety współgra z Weltschmerzem asystentki, przedstawicielki pokolenia Z, Portii (świetna Haley Lu Richardson). Dziewczyna ma (słuszne) wrażenie, że utknęła z niezrównoważoną szefową, która traktuje ją bardziej jako swoją własność niż autonomiczną jednostkę.

 

Wśród gościń i gości są również Harper (fantastyczna Aubrey Plaza) i Ethan (Will Sharpe) – nowobogacka parka, która wzbogaciła się na sprzedaży startupu mężczyzny.

Przyjeżdżają do Taorminy na zaproszenie Daphne (Meghann Fahy) i Cama (Theo James), małżeństwa reprezentującego starą fortunę. Do hotelu wpadają też trzy generacje mężczyzn z rodziny Di Grasso. Wiecznie napalony, liczący sobie 80 lat z plusem, Bert (F. Murray Abraham) zabrał na wycieczkę (w celu odkrywania włoskich korzeni) swojego syna Doma (Michael Imperioli, czyli Chris z „Rodziny Soprano”), seksoholika, który przez zdrady właśnie zniszczył swój związek, i wnuka Albiego (Adam DiMarco), uczuciowego i uczciwego, przedstawiciela pokolenia „woke”.  Choć pierwszo- i drugoplanowa włoska obsada jest nieco uboga, na uwagę zasługują pracownica seksualna Lucia (Simona Tabasco) i jej przyjaciółka Isabella (Eleonora Romandini).

 

„Biały Lotos”, fot. materiały prasowe

Są spoiwem łączącym Amerykanów i Amerykanki, a z czasem stają się ich wyrzutem sumienia.

W pierwszym sezonie Mike White starał się opowiedzieć o białym uprzywilejowaniu i systemowym rasizmie. Z mieszanym rezultatem. Drugi sezon zdaje się bezpieczniejszy. Jest mocno rozerotyzowany, dotyczy seksu, jego wykorzystania dla własnych celów, a także zmian mentalności pokoleniowych. Ogląda się to wyśmienicie. Śmiem twierdzić, że kontynuacja jest o niebo lepsza od pierwowzoru.

 

Koniecznie oglądajcie!

The Crown”, sezon 5, Netflix

Trudno mi wyobrazić sobie, że piąta już odsłona telenoweli o brytyjskiej rodzinie królewskiej może przyciągnąć przed telewizory nowych odbiorców i odbiorczynie. Portretuje najbardziej znany okres rządów królowej Elżbiety II, czyli lata między 1991 a 1997. Z tego czasu pochodzą popularne portrety, zarówno monarchini, jak i (siłą rzeczy) księżnej Diany. Widzimy je na kubkach, talerzach, plakatach („na żywo” i w popkulturze).

 

Czy naprawdę chcemy przeżywać znowu to samo?

„The Crown”, fot. materiały prasowe

Piąty sezon z odświeżoną obsadą skupia się na sensie istnienia monarchii. Brytyjskie społeczeństwo się rozwija i liberalizuje, tymczasem królowa (Imelda Staunton) tkwi w przeszłości, zamknięta na zmiany. Młody i rzutki książę Karol (Dominic West) z chęcią zepchnąłby matkę z tronu. Jego wizerunek zresztą zdaje się wpasowywać w obraz „nowej Wielkiej Brytanii”. Niestety to wrażenie może zostać pogrzebane przez burzliwy rozwód z księżną Walii Dianą (Elizabeth Debicki) i trwający romans z Kamilą (Olivia Williams). Starzejąca się Elżbieta II nie pasuje też mężowi, księciowi Filipowi (Jonathan Pryce). Ten początkowo krąży po zamku niczym Nosferatu krwawo gotowy chronić tradycji, dopóki nie odnajdzie platonicznego(?) związku z dwa razy młodszą żoną chrześniaka, Penny (Natascha McElhone). Poza nimi przez komnaty przewijają się te same osoby: księżna Anna (Claudia Harrison), księżna Małgorzata (Lesley Manville) czy kolejny premier, tym razem John Major (nie do poznania Jonny Lee Miller).

 

Niestety twórca i scenarzysta Peter Morgan oparł swój serial w pełni na metaforach. Coś, co w poprzednich sezonach mogliśmy przełknąć, teraz przeładowuje opowieści i staje się klamrą niemal wszystkich odcinków.

Rozpadający się jacht jak starzejąca się Elżbieta II. Płonący zamek Windsor jak waląca się monarchia. Co prawda od połowy sezonu jest trochę lepiej, ale i tak ziewamy z nudów.

 

Dotychczas wszystkie niedoróbki scenariuszowe (nie można przyczepić się do scenografii, bo ta – jak zawsze – jest olśniewająca) rekompensowała obsada.

„The Crown”, fot. materiały prasowe

Niestety przy piątce casting się nie powiódł. Najbardziej odstaje West jako Karol. Aktor znany z „The Wire” i „The Affair” jest typowym samcem alfa: kiedy wchodzi do pokoju, zabiera całą przestrzeń. Kiedy zwraca się do królowej: „Mummy”, trudno znaleźć w nim wystraszonego, zamkniętego w sobie Karola, w czwartym sezonie wyśmienicie sportretowanego przez Josha O’Connora. A przecież w obsadzie „The Crown” chodzi o charakterologiczną kontynuację. Nie lepiej wypada Diana w wykonaniu Debicki. Ta świetna aktorka, najpewniej przez braki w scenariuszu, ogranicza się do karykaturalnie zgarbionej pozycji z przekrzywioną głową niczym z parodii. Również Imelda Staunton niewiele ma do grania. Gdy ma rządzić twardą ręką, osuwa się w manierę Dolores Umbridge, którą portretowała w „Harrym Potterze”. Trzeba jednak przyznać, że świetni są Manville i (niespodziewanie) Miller. Kradną uwagę w każdej ze swoich scen.

 

Przed nami jeszcze jeden, szósty sezon „The Crown”.

Miejmy nadzieję, że twórcy nie przyjdzie do głowy tworzenie spin-offów, których głównymi osobami bohaterskimi będą, na przykład książę Harry i Meghan Markle. Wszak brytyjska dynastia to kura znosząca złote jaja. Ciekawe, jak długo będziemy zachwycać się instytucją, która głównie jest opresyjna i od dawien dawna zbędna? Piąty sezon opowieści o niej

 

można już sobie odpuścić.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
1
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0