fot. materiały prasowe, I May destroy you

Oglądamy!

Rozpoczęły się wakacje, a wraz z nimi startuje sezon ogórkowy. Na szczęście nie obowiązuje on na portalach streamingowych, które rozpieszczają widzów ciekawymi (i głośnymi!) serialowymi i filmowymi nowościami. W tym miesiącu najbardziej zawróciły mi w głowie trzy produkcje. Sprawdźcie, co koniecznie musicie zobaczyć.

„Ujawnienie” („Disclosure”)

Ten świeżutki film Netflixa to absolutnie pozycja obowiązkowa. „Ujawnienie” jest nie tylko świetnie zrealizowanym dokumentem, ale przede wszystkim istotną platformą do wypowiedzi transkobiet i transmężczyzn.

 

Film jest takim medium, w którym z założenia odbijamy się jak w lustrze. Magia kina działa, a my się jej poddajemy. Oglądamy siebie lub idealne wersje nas samych, osoby, które mają podobne do nas problemy i sobie z nimi lepiej lub gorzej radzą.

Disclosure, fot. materiały prasowe

Disclosure, fot. materiały prasowe

Kogo na ekranie dotychczas widziały osoby trans? Ich odbiciem miały być prostytutki (niezliczona ilość odcinków seriali typu „CSI…”), mężczyźni z zaburzeniami psychicznymi, którzy przebierają się w „damskie ciuszki” (halo, „Psychoza”), by czynić zło, w końcu też osoby ubierano w strój kulturowo przypisany przeciwnej płci dla śmiechu (np. „Pani Doubtfire”); bardzo często również umierały w pierwszych scenach jako „łatwy cel”. Zbadano, że 80% amerykańskiego społeczeństwa nie zna nikogo, kto byłby transseksualny. To też tyczy się ludzi, którzy chcieliby przejść korektę płci. Naturalne jest, że wszyscy oni sięgają po wzorce z filmu czy telewizji. Na szczęście powoli to się zmienia i to w dużej mierze dzięki artystom i artystkom, których zobaczycie w „Ujawnieniu”.

 

Disclosure, fot. materiały prasowe

Disclosure, fot. materiały prasowe

Za reżyserię odpowiada Sam Feder. Producentem jest m.in. Laverne Cox, którą możecie znać z serialu „Orange Is the New Black”, gdzie grała Sophię Burset. Prócz niej na ekranie spotkamy bardziej i mniej znanych artystów i artystki, jak: Alexandrę Billings („Transparent”), Jen Richards („Mrs. Fletcher”), Lilly Wachowski („Matrix”) czy Angelica Ross („Pose).

 

Wszyscy one i oni na własnej skórze doświadczyli transfobii. Razem rozpakowują paczkę z filmami i serialami z przeszłości, które są problematyczną „reprezentacją” literki T ze środowiska LGBTQ. Nie przegapcie tej produkcji.

„Mogę cię zniszczyć” („I May Destroy You”)

I May destroy you, fot. materiały prasowe

Zarys fabularny nowego serialu (reż. Sam Miller) koprodukcji BBC i HBO jest niestety doskonale znaną historią spod znaku #metoo. Oto dziewczyna idzie z przyjaciółmi na drinka, po czym budzi się następnego dnia z dziurą w pamięci i dziwnym przeczuciem, że stało się coś złego. Czy za dużo wypiła? Może narkotyk zadział nie tak, jak powinien? A może to po prostu mózg płata jej figla? Bohaterce trudno uwierzyć, że ktoś dorzucił jej coś do drinka i później zgwałcił.

 

Scenarzystka i gwiazda „I May Destroy You” Michaela Coel oparła scenariusz serialu na własnej historii napaści na tle seksualnym. Omawiana produkcja opowiada o takim wydarzeniu i jego następstwach, ale nie tylko dlatego jest rewelacyjna.

 

I May destroy you, fot. materiały prasowe

I May destroy you, fot. materiały prasowe

Ten serial to petarda. Arabella, bo tak ma na imię główna bohaterka, właśnie podpisała umowę na debiutancką powieść. Papierową, bo wcześniej publikowała „Kroniki rozdrażnionego millennialsa” na Twitterze. Przysporzyło jej to sporej popularności, zwłaszcza wśród osób w podobnym wieku, które zatrzymują ją na ulicy, dzielą się wrażeniami i proszą o selfie. Jednak niech was nie zwiedzie ten obraz sukcesu. Arabella to ciągle millennials na rynku pracy, czyli współdzielący mieszkanie i mający – z przyzwyczajenia – mniejsze wymagania ekonomiczne od starszych ludzi. Jednak bohaterka jest coraz bliżej literackiej kariery. Nazywa się ją już głosem młodego pokolenia (brzmi znajomo!). Arabella wydaje się z tej sytuacji zadowolona. Wcześniej pisała o sobie, że była „czarna i biedna”. Wszystko zmienia się tak naprawdę w jednej chwili.

 

„I May Destroy You” składa się prawie z całej czarnej obsady, aktorek i aktorów często mało znanych. Daje to powiew świeżości i dodaje serialowi większej autentyczności. Przyznam, że dawno żadna produkcja nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Każdy z 12 odcinków jest również wysmakowany wizualnie. Po prostu serial obowiązkowy!

„Love Life”

Love Life, fot. materiały prasowe

Love Life, fot. materiały prasowe

Flagowa produkcja nowej platformy streamingowej HBO Max (u nas serial dostępny jest na HBO GO), w której Derby (Anna Kendrick) zmaga

się z różnymi fazami związku.  Przyglądamy się bohaterce na przestrzeni kilku lat, kiedy rozpoczyna i kończy relacje, zakochuje się i odkochuje, a przy okazji dojrzewa.

 

W porównaniu z powyższymi produkcjami, „Love Life” jest najmniej tą ambitna, ale to nie oznacza, że niewarta skonsumowania.

Derby to również miellannials z krwi i kości. Tylko nie z Londynu, jak w przypadku Arabelli, ale z Nowego Jorku. Śledzimy jej poczynania, poznajemy przyjaciółki i przyjaciół, no i kolejnych facetów. Co jest warte zauważenia, to to, że w końcu bohaterka nie czeka na księcia z bajki, tylko eksperymentuje, szuka i… nie jest oceniana. Przecież najczęściej to bohaterowie mają wiele dziewczyn.

Jednak trudno postaci granej przez Kendrick kibicować. Problem nie leży w grze aktorskiej, lecz w scenariuszu. Derby zdaje się być oderwana od fabuły; tak jakby pojawiała się znikąd i wchodziła tylko na moment, na ten konkretny odcinek. Na szczęście stan ten rekompensuje nam drugi plan – chociażby Sara (fantastyczna Zoë Chao). W sobotni wieczór, przy kieliszku wina „Love Life” wchodzi najlepiej!