fot. materiały prasowe

Pidżama Porno „Sprzedawca jutra”: Grabażu, czy ci nie żal?

„Sprzedawca jutra” sprzedaje nam „wczoraj”. Nowy album pilskich punk rockowców z Pidżamy Porno przypomina o starych, dobrych czasach tak skutecznie, że zamiast chcieć po raz kolejny wrzucić go na słuchawki, mamy ochotę wcisnąć „stop”. I wrócić do poprzednich krążków zespołu.

Zapewne wiele osób po czterdziestce czy pięćdziesiątce uśmiechnie się pod nosem po lekturze tego tekstu – nieco ironicznie w stronę jego autora, a trochę z dobroduszną wyrozumiałością dla bohaterów recenzji. Bo przecież legendom można wybaczyć wiele: odtwórczość, sentymentalizm, niemoc.

 

Pidżama Porno, pilscy piewcy starej szkoły punk rocka, bynajmniej nie są pierwsi, którzy się wypalili, zanim zdążyli odejść. A słuchając ich najnowszego, wydanego po piętnastu latach studyjnej ciszy albumu, nachodzi taka nieodparta myśl, że to może już czas…

Z trudem przechodzą przez klawiaturę słowa, że nawet półtora dekady nie wystarczyło, by załoga charyzmatycznego Grabaża posunęła się w przód. Z jednej strony to nawet pokrzepiające, że kapela wciąż brzmi jak za dawnych lat. Że nadal „robi swoje”, nie siląc się na coś, czego zupełnie nie czuje. Jednak z drugiej strony, premierowy materiał Pidżamy Porno przypomina nam o tych „starych, dobrych czasach” tak skutecznie, że zamiast chcieć po raz kolejny wrzucić go na słuchawki, mamy raczej ochotę wcisnąć „stop”. I wrócić do poprzednich krążków zespołu.

„Sprzedawca jutra” sprzedaje nam „wczoraj” i tylko „wczoraj”. Jednak szare chmury nad dzisiejszą Pidżamą Porno są niczym w porównaniu z kruczoczarnymi cumulonimbusami, które zdaniem zespołu wiszą nad Polską.

CÓŻ TAM, PANIE, W POLITYCE?

To paradoksalne, że z nowym albumem Pidżamy Porno jest jak z ostatnimi płytami Kukiza: dużo polityki, muzyki niewiele. Choć panowie stoją po przeciwnych stronach barykady, to łączy ich jedno – w tekstach dają upust swoim frustracjom, jednak czynią to w sposób zupełnie nieprzystający do dzisiejszych czasów.

Pidżama Porno

Pidżama Porno, fot. Arek Szymański

Od strony lirycznej nowy materiał pilan – „Sprzedawca jutra” – tonie w anachronicznej potoczności. Przykładów mamy aż nadto: „Za mendą menda, mendzą, we wszystkich rzędach bredzą / i jak to strawić, za sam ryj można zabić” („Nie kukizuj miła”); „Znowu serce mi się łamie, nie jest mi wesoło / kilku kumpli w pierdlu siedzi za nielegalne zioło” („Pomocy!”); „Daliśmy się zagarnąć żulom i hołocie / tłum tumanieje, chrust na stosy już się zbiera” („Hokejowy zamek”).

To narracja, która może „grzać” chyba jedynie najbardziej zagorzałych fanów kapeli, pamiętających premiery płyt „Złodzieje zapalniczek” czy „Marchef w butonierce”. Co może warto zaznaczyć – płyt wydanych odpowiednio 22 i 18 lat temu…

PROROK GRABAŻ

Właściwie z każdego zakamarka „Sprzedawcy jutra” wyziera szeroko pojęta beznadzieja. Czy coś w tym złego? Nie byłoby, gdyby nie fakt, że Grabaż – na całe szczęście, wciąż nietracący swej magnetycznej, wokalnej maniery – o polskim społeczeństwie wyraża się źle i w sposób nazbyt oczywisty, by móc zmusić nas do jakiejkolwiek refleksji.

Pidżama Porno

Pidżama Porno, materiały prasowe

Ten album na pewno nie zmieni fana ONR-u w zwolennika KOD-u, a wyświechtane frazesy o „Parszywych i Syfiastych” raczej trącają myszką, niż sprzedają punkowy sierpowy. Nie jest nim nawet „Suicide. Głos mówi do mnie” – jeden z najbardziej charakternych kawałków w zestawie, który jednak pęka pod naporem do bólu zwyczajowego grania, którym wita nas Pidżama już w otwierającym „Wyście od Kaina, a my od Abla”.

 

Zamiast upragnionego powiewu świeżości w szeroko pojętym stylu otrzymujemy moralizatorstwo i prorokowanie, podobne do tego, jakim może poczęstować nas wszystko wiedzący wujek w trakcie oglądania wieczornych wiadomości.

To zresztą przypadłość wielu tuzów – taki model przyjęło dziś Voo Voo, w podobnym stylu gra Muniek. Chłopaki, co z wami?

„PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ”

Z nową Pidżamą Porno jest też jak z nowym albumem zespołu Tool – jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt w historii muzyki rockowej od czasu „Chinese Democracy” dogorywającego już wtedy Guns N’ Roses.

To oczywiste, że kapela grająca punk rocka od iks lat nie zacznie nagle eksperymentować choćby z elektroniką (i dobrze, mając na uwadze np. ostatnie dokonania zespołu Hey), jednak chyba nie wypada aż tak zatrzymać się w miejscu!

Pidżama Porno

Pidżama Porno, fot. Arek Szymański

 

Utwory jak „Totonieta”, „Sąd ostateczny” czy „Wyjdzie na jaw, że to pic” to najzwyklejsze kalki – odbitki dawnych pidżamowych przebojów.

I to kłujące w oczy tak bardzo, że aż chciałoby się zapytać, skąd ta zupełnie niezrozumiała chęć chłopaków do bawienia się w autoplagiaty.

Dziś już coraz rzadziej chcemy „przeżywać coś jeszcze raz”. Słuchać melodii „jakoś znajomo brzmiących”, bawić się „do tego, co znane”. To nie czasy piratów na targowisku Bema, kiedy trzeba było zadowalać się tym, co było, ale czasy Spotify, iTunes i Tidala, na których znajdziemy wszystko.

Dziś samo „bycie marką” nie wystarcza. Dlatego należy wątpić, że publiczność Pidżamy będzie domagać się na koncertach jakiejkolwiek piosenki ze „Sprzedawcy jutra”. By nie puścić „Egzystencjalnego pawia”, zostaną przy „Ezoterycznym Poznaniu” i „Twojej generacji”.

 

Pidżama Porno, album „Sprzedawca jutra”, SP Records 2019