fot. Karol Szymkowiak

Pierwsza linia frontu

„To wszystko, co do tej pory mamy, zawdzięczamy innym, którym kiedyś chciało się wyjść z łóżka, i mnie też musi się chcieć. Kocham aktywizm, ale jest to toksyczna miłość – nie potrafię z niej zrezygnować, nawet jeżeli mocno bym chciał” – mówi Łukasz Jurewicz z Grupy Stonewall.

Kuba Wojtaszczyk: Jakie cechy powinien posiadać aktywista na rzecz grup marginalizowanych?

Łukasz Jurewicz: Przede wszystkim dużo empatii, bo musi rozumieć potrzeby innych. My, jako aktywiści i aktywistki, nie działamy tylko dla siebie, ale często na rzecz innych osób. Znamy ich problemy, czasem są podobne do naszych, jednak nie zawsze nas bezpośrednio dotyczą. Kolejną cechą jest samozaparcie, ponieważ działanie wymaga dużo energii.

 

Aktywiści najczęściej pracują za darmo, poświęcając swój czas, pieniądze i siłę. Muszą mieć też dużo pewności siebie. Jesteśmy pierwszą linią frontu. Wychodzimy przed szereg i mówimy, jak jest, a dla wielu osób często są to niewygodne fakty.

Musimy przekazywać te treści tak, aby przekonać jedną i drugą stronę – tę naszą, że mówimy w ich imieniu i robimy to dobrze, że dajemy głos tym, którzy tej pewności siebie nie mają, oraz tę drugą, że to, co próbujemy im przekazać, jest nam potrzebne, jest prawdziwe, a nasze problemy nie powinny być bagatelizowane.

 

KW: Czy te cechy miałeś od samego początku?

ŁJ: Myślę, że urodziłem się z takim gotowym pakietem cech. Miałem też dużo chęci do działania. Kiedy już wiedziałem, co chcę robić, zacząłem te cechy rozwijać, np. przez działanie w grupach aktywistycznych. Wtedy poznałem ludzi o podobnych wartościach do moich, a przez pracę z nimi nabrałem nowego doświadczenia i rozwinąłem w sobie ten zestaw cech aktywisty, który zawsze ze mną był.

 

KW: Trafiłeś na Grupę Stonewall…

ŁJ: Tak! Od zawsze wiedziałem, że w przyszłości chciałbym zająć się aktywizmem. Szczególnie zwrócił moją uwagę ten na rzecz osób nieheteronormatywnych, osób LGBT+ w Polsce. Kiedy byłem w liceum, interesowałem się też polityką; wiedziałem, jak jest w naszym kraju i chciałem coś z tym zrobić.

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

 

W 2017 roku pojechałem na mój pierwszy Marsz Równości do Wrocławia. Pochodzę z Dolnego Śląska i jego stolica była największym dużym miastem w pobliżu, w którym takowy marsz się odbywał. Spotkałem tam wyróżniającą się grupę z Poznania w charakterystycznych różowych bluzach. Zainteresowali mnie sobą.

Był to ten czas, w którym musiałem zdecydować, gdzie pójdę na studia. Miałem w głowie Wrocław albo Kraków. Jednak kiedy spotkałem osoby z Poznania, wygooglowałem ich, poczytałem, co robią i jak działają, stwierdziłem, że muszę dodać stolicę Wielkopolski do swoich potencjalnych policealnych planów. Powiem ci, że to tak naturalnie wyszło. Zainteresowałem się nimi na tyle, że wybór uczelni, miasta, mieszkania stał się dla mnie czymś oczywistym – to musiał być Poznań.

 

KW: Rodzice nie protestowali, kiedy tak nagle zmieniłeś plany?

ŁJ: Rozmawiając z nimi, mówiłem, że Poznań ma najlepsze uczelnie, ma fajne życie studenckie i generalnie świetnie się tam mieszka. Ale tak naprawdę jedyne, o czym myślałem to to, że muszę dołączyć do Grupy Stonewall [śmiech]. Kiedy dopiąłem swego, to po czterech dniach od przeprowadzki napisałem do nich, że chcę z nimi jechać na marsz. Już w połowie września maszerowałem ze Stonewall w Szczecinie. Nie interesowało mnie, czy będą mnie chcieli, czy nie, ja po prostu wiedziałem, że muszę z nimi działać.

 

KW: I z nimi zostałeś…

ŁJ: Dokładnie. Tak się stało, że aktywizm grupy, organizowanie marszów i wyjazdy na nie, działalność antydyskryminacyjna – to wszystko stanowi teraz główny nurt mojego życia. Studiowanie ratownictwa medycznego na Uniwersytecie Medycznym, o którym myślałem, że będzie podstawą mojego życia w Poznaniu, stało się moim hobby, jest dodatkową rzeczą. I choć poświęcam na studia mnóstwo czasu i energii, to w porównaniu z aktywizmem jest to tylko mała część mojej codzienności.

 

KW: Jesteś, jak to nazwałeś, na pierwszej linii frontu. Czy nigdy nie ogarnęły cię wątpliwości co do twojego działania?

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

ŁJ: Codziennie rano wszystkie i wszyscy budzimy się i zadajemy sobie pytanie, czy my naprawdę chcemy iść wykłócać się i walczyć.

 

Nie moglibyśmy zostać w domu, pod kocem, zrobić sobie herbaty i po prostu mieć to gdzieś? Przecież mieszkamy w Poznaniu, w otwartym mieście. Za każdym razem odpowiadamy sobie, że nie! To wszystko, co do tej pory mamy, zawdzięczamy innym, którym kiedyś chciało się wyjść z łóżka, i mnie też musi się chcieć.

Nawet jeżeli ogarniają mnie wątpliwości, to za każdym razem je odganiam. Kocham aktywizm, ale jest to toksyczna miłość – nie potrafię z niej zrezygnować, nawet jeżeli mocno bym chciał, bo wiem, że nic samo z siebie się nie zmieni.

 

KW: Byłeś jednym z filarów Letniej Akademii Równości. Możesz opowiedzieć o tym projekcie?

ŁJ: To jeden z najfajniejszych projektów Grupy Stonewall. W sierpniu ubiegłego roku jeździliśmy, edukowaliśmy i odpowiadaliśmy na pytania dotyczące osób nieheteronormatywnych w Polsce. Stwierdziliśmy, że Polki i Polacy potrzebują takiej edukacji, bo jej zwyczajnie nie mają.

 

KW: Skupiliście się na małych miejscowościach…

ŁJ: Tak, wybraliśmy miasta i miasteczka, w których żadnych „tęczowych” wydarzeń nie ma. Objechaliśmy całą Polskę dookoła. Za każdym razem, kiedy oglądam zdjęcia z tej akcji, żartuję, że miałem wakacje życia, bo byłem nad morzem, w górach i na Mazurach. Mimo to Letnia Akademia Równości okazała się wymagającym zadaniem. Była wyczerpująca fizycznie  – bo musieliśmy jeździć, chodzić, stać na rynkach, rozstawiać sprzęt, rozdawać ulotki i rozmawiać z ludźmi – ale także psychicznie, bo pytania bardzo często się powtarzały, pojawiały się te same wątpliwości i kontrargumenty, ponieważ ludzie wykorzystywali w dyskusjach z nami wyłącznie narrację prawicowych mediów. Tłumaczenie w kółko tego samego było bardzo nużące, ale wiedzieliśmy, że potrzebne.

 

KW: Z jakimi postawami się spotkaliście?

ŁJ: Przed wyjazdem nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Wyobrażaliśmy sobie duże kontrmanifestacje, myśleliśmy, że ludzie nie będą chcieli podchodzić w obawie przed współmieszkankami i współmieszkańcami.

 

Zauważyliśmy jednak bardzo dużą polaryzację. Ludzie byli albo bardzo z nami, albo bardzo przeciwko nam. Spotkaliśmy niewiele osób, które byłyby pomiędzy, miałyby jakieś wątpliwości.

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Słyszeliśmy: super, że przyjechaliście, a z drugiej strony pojawiły się głosy, że powinno się nas zamknąć. Nie było agresji, tylko właśnie ta narracja zaczerpnięta prosto z Telewizji Polskiej. Co ciekawe, ludzie rzucali w nas te hasła i czekali na naszą reakcję, na naszą odpowiedź, jakby chcieli być przekonani do naszych racji, bo do tej pory słyszeli opinię tylko jednej strony. Podczas Letniej Akademii mieli szansę, by usłyszeć coś innego.

 

KW: Największy sukces?

ŁJ: Rozmawiając z nimi, często dochodziliśmy do porozumienia. Osoby początkowo nam niechętne odchodziły ze stwierdzeniem, że „jeszcze o tym wszystkim pomyślą”. Jednak najbardziej cieszy mnie to, że małe społeczności LGBT+ (młode osoby nieheteronormatywne, które nie wyszły jeszcze z szafy przed rodziną, np. osoby ukrywające swoje jednopłciowe związki czy osoby transpłciowe przed procesem tranzycji) w każdym z miast podchodziły do nas. Często były to nastolatki, które dziękowały nam za to, że do nich przyjechaliśmy. Na koniec dnia zawsze stwierdzaliśmy, że nie było tak źle, bo nawet jeżeli udało nam się pomóc jednej osobie LGBT+, to był to sukces tych wielu godzin spędzonych na kolejnym małym rynku gdzieś na wschodzie Polski.

 

KW: Takie akcje jak Letnia Akademia Równości mogą przeciwstawić się narracji TVP i „strefom wolnym od LGBT”? Może wystarczyłoby, gdyby wszystkie polskie grupy podobne do Stonewall się zjednoczyły?

ŁJ: Myślę, że tak. Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze dlatego, że osoby, które są przeciwko nam i które głosują na osoby nam niechętne, pochodzą z bardzo małych miejscowości, gdzie mają dostęp przede wszystkim do jednego, państwowego medium, czyli TVP. Dostają jedynie negatywny przekaz i nie wiedzą, jakie problemy i potrzeby mają osoby po drugiej stronie barykady. Kiedy jeździliśmy z miasteczka do miasteczka, wykonywaliśmy ogromną pracę, bo pokazywaliśmy, że jesteśmy ludźmi, że nie jesteśmy ideologią. Tak też napisaliśmy na naszych ulotkach: „LGBT+ – ludzie czy ideologia?” i w środku wyjaśnialiśmy, dlaczego nie jesteśmy zmyśloną zarazą.

 

KW: Tym bardziej że znacie problem od podszewki…

ŁJ: Tak, z własnego doświadczenia wiemy, jak coming out w rodzinie, wśród przyjaciół czy w pracy od razu zmienia opinie wokół nas. Kiedy się go dokona, pojawiają się pytania: „Jak to jest?”, „Czy nie moglibyśmy zachować tego dla siebie?”, „Po co te prawa?”.

 

Wtedy często wystarczy wyjaśnienie i ludzie przestają o nas myśleć jako o wrogu publicznym numer jeden.

Dlatego myślę, że gdyby więcej organizacji zajmujących się tym tematem wyjeżdżało w teren i edukowało, to bardzo by to pomogło. Zauważamy te efekty, kiedy przeprowadzamy zajęcia antydyskryminacyjne w firmach i szkołach. Na szczęście sukces Letniej Akademii Równości zainspirował już niektóre grupy, które chcą wynająć busa i wykonać podobną do naszej pracę u podstaw.

 

KW: Grupa Stonewall też planuje kolejną edycję akcji?

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

ŁJ: Bardzo byśmy chcieli, aby ona się odbyła, tylko to zależy, czy znajdziemy dofinansowanie, przestrzeń, czas… Bo tak, jak wspomniałem, działamy w stowarzyszeniu za darmo i do tego każdy i każda z nas ma osobną pracę. Jednak myślę, że powinno się udać.

KW: Czy w kolejnej edycji powinniście pojechać konkretnie do miejsc, które są „strefami wolnymi od LGBT”?

ŁJ: Strefy pokazują podział myślenia w Polsce. Zostały przegłosowane przede wszystkim na wschodzie i południu kraju. Marsze Równości są najbardziej niebezpieczne właśnie w tych rejonach, czyli w Białymstoku czy Lublinie. Marsze w Szczecinie, Zielonej Górze, Poznaniu czy  we Wrocławiu nie należą do trudnych; co prawda odbywają się tam kontrmanifestacje, ale nie są one tak niebezpieczne. Dlatego myślę, że trzeba jeździć do  tych stref. Bezpośrednia edukacja antydyskryminacyjna pozwoliłaby zrozumieć ludziom, że żyją w miejscu, które wyklucza ich współmieszkańców i współmieszkanki.

 

KW: Tak jak powiedziałeś, Stonewall działa na wielu płaszczyznach. Niedawno powstało Lokum – z jednej strony knajpa, a z drugiej schron w centrum miasta…

ŁJ: Lokum ma wiele funkcji. Kiedy je zakładaliśmy, chcieliśmy mieć miejsce dla nas, w którym będziemy mogli scentralizować queerową kulturę w Poznaniu. Potrzebowaliśmy też przestrzeni, gdzie my, jako aktywiści, moglibyśmy dzielić się energią i doświadczeniem. Tak też Lokum funkcjonuje. Miejsce wrosło już w tkankę miejską, posiada ogromne okna, wychodzące na ulicę Półwiejską, po której chodzi wielu turystów i osób heteronormatywnych. Lokum stało się centrum stałego aktywizmu – mimowolnie docieramy do tych ludzi, ponieważ przychodzą do nas masowo. Przecież nie mamy na drzwiach wywieszki „Gejowski bar”. Tak naprawdę dopiero kiedy zauważą drag queen na scenie lub wiele par jednopłciowych, orientują się, gdzie są.

 

KW: I jakie są reakcje?

ŁJ: Googlują nas albo szeptem pytają: „Czy to jest gejowski bar?”. Odpowiadamy im: „Tak, a pieniądze za pani piwo idą na Marsz Równości” [śmiech]. Do tej pory spotkaliśmy się tylko z pozytywnymi reakcjami. Nikt nie rzucił w nas kuflem i wyszedł, wręcz przeciwnie, ludzie wypytują o naszą działalność, ale też dzielą się własnymi doświadczeniami.

 

KW: Niedawno dokonałeś coming outu jako osoba niebinarna. Powiedz mi, czy bycie niebinarnym jest czymś trudniejszym do ujawnienia niż bycie lesbijką czy gejem? Mimo wszystko te dwie orientacje są już w jakiś sposób oswojone…

ŁJ: Zdaję sobie sprawę, że ludzie są już osłuchani ze słowami „gej” i „lesbijka”. O doświadczeniach gejów i lesbijek się słyszy, a osób niebinarnych nie. Mało tego, o niebinarności płciowej nie mówi się zarówno w społeczeństwie, jak i w samym środowisku LGBT+. To był też mój powód wyjścia z szafy.

 

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Od dawna wiedziałem o mojej niebinarności, podobnie moi bliscy i znajomi. Po mnie to widać, mówię o tym głośno, używam zaimków męskich i żeńskich. Jednak kiedy wychodzę do osób spoza mojego kręgu, widzę, że mało kto tak naprawdę zdaje sobie sprawę, o czym ja mówię.

Zadają pytania, na których odpowiedzi są dla mnie czymś oczywistym. Dlatego stwierdziłem, że dyskusja na ten temat jest bardzo potrzebna. Miałem za sobą już jeden coming out, wiedziałem, z czym on się wiąże. Pomyślałem, że jak ja się tym nie zajmę, to nikt tego nie zrobi…

 

KW: Jak prawdziwy aktywista!

ŁJ: Dokładnie. My, aktywiści, tak po prostu działamy. Stwierdziłem, że zacznę edukować ludzi w temacie niebinarności. Zacząłem od Instagrama, na którego wrzuciłem „przegięte” zdjęcie, aby dotarło ono do jak największej liczby ludzi. Napisałem też, kim w ogóle są osoby niebinarne. Odzew był pozytywny. Nie spotkałem się z nietolerancją, tylko z masą pytań, m.in. na temat rodzajów niebinarności, o tym, jak niebinarność wpływa na moje życie, co ona zmienia itp.

 

KW: Liczyłeś na tego typu pytania?

ŁJ: Tak, reakcje zaczęły dyskusję. Przecież dzięki temu dzisiaj rozmawiamy. Nie bałem się tego coming outu, ponieważ aktywista musi być pewny siebie. Też się do niego przygotowałem, zrobiłem research, rozmawiałem z innymi osobami niebinarnymi…

 

KW: Zdefiniuj, proszę, naszym czytelnikom, czym ta niebinarność jest…

ŁJ: Niebinarność płciowa to grupa identyfikacji płciowych, które po prostu nie są tylko wyłącznie męskie lub wyłącznie kobiece. Osoby niebinarne mogą identyfikować się z obiema płciami, z żadną z nich lub ich identyfikacja może być płynna, czyli czasami identyfikujemy się bardziej z kobietą, a czasami bardziej z mężczyzną. Jest to taki parasol, który ma pod sobą wszystkie te tożsamości płciowe, które nie są w 100% określone, są pomiędzy albo poza spektrum dwóch płci.

 

KW: Jak wpływa na twoje życie?

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

Łukasz Jurewicz, fot. Karol Szymkowiak

ŁJ: No właśnie nie za bardzo, dlatego też tak długo nie wychodziłem z szafy. Na studiach mogę być w pełni męski, a w pracy czy klubie mogę być tak kobiecy, jak tego potrzebuję. Nie mam preferowanego zaimka, więc nie muszę nikogo poprawiać. Ta niebinarność wiąże się z moją wolnością ekspresji płciowej; a po wyjściu z szafy ludzie przestali mnie pytać, dlaczego przyszedłem w sukience albo maluję paznokcie. Coming out pomógł mi  też w szerzeniu myśli, że granice między płciami są niepotrzebne. Jest to zmyślony podział społeczno-kulturowy, który wychodzi z mody. Wielu z nas już go ogranicza. Po prostu musi zniknąć.

 

KW: Nie sądzisz, że podchodzi to pod herezję?

ŁJ: Jako aktywista mam bardzo dużo zapału, aby przekonywać innych do tej myśli. Robię to zarówno dla siebie, jak i dla wielu osób, które ten podział ogranicza.

 

Jeszcze do niedawna myślano, że chłopcy nie mogą nosić różowych rzeczy, kilka lat wcześniej nie mogli mieć długich włosów, a sto lat wcześniej mówiono, że kobiety nie powinny nosić spodni. Ten ruch, o którym mówię, będzie uwalniać wiele osób.

To nie jest narzucenie komuś, że musi używać w sklepie alejki dla kobiet i alejki dla mężczyzn. Nie musi rezygnować ze swojej identyfikacji, męskiej czy kobiecej. Chcę, aby wiedział, że jest taka możliwość i żeby społeczeństwo po prostu nikogo w tym nie ograniczało.

 

Łukasz Jurewicz - osoba działająca na rzecz równouprawnienia osób LGBT+ w poznańskiej Grupie Stonewall oraz w Lambdzie Szczecin, do tego feminista, ateista oraz barman i przyszły ratownik medyczny.