fot. Mikołaj Kucza

Plusy i minusy

Festiwal Leszno Barok Plus odbywał się po raz piąty. Dla mnie był to pierwszy kontakt z tym wydarzeniem, które odwołuje się do historii miasta. Program festiwalu kusi nie tylko koncertami, ale również formami teatralnymi.

Podczas poprzednich edycji wystąpili między innymi: Marco Beasley, Ensemble Peregrina, Il Pomo d'Oro, {oh!} Orkiestra Historyczna, Arte dei Suonatori oraz powracający w tym roku: Tiburtina Ensemble, Dawid Biwo, Ingrida Gapova, Bartosz Bandura, Capella 1547, Nikola Kołodziejczyk. Oni odpowiadali za komponent barokowy, natomiast „plus” realizowali między innymi Lena Piękniewska, Bum Bum Orchestar czy Karolina Cicha & Spółka.

Festiwal Leszno Barok Plus łączy w swojej ofercie zjawiska bardziej i mniej znane, repertuar niszowy z przystępniejszym (w tym roku np. teatr uliczny) i stara się trafiać do szerokiej publiczności (wstęp na wydarzenia jest wolny).

Zanim przejdę do szczegółowego omówienia, zaznaczę, że piszę z perspektywy odbiorcy dojeżdżającego – byłem na trzech z ośmiu wieczorów.

CZESZKA I WĘGRZY

Inauguracyjna niedziela miała dwóch bohaterów: Georga Philippa Telemana i Johanna Sebastiana Bacha, obaj pojawili się w recitalu młodej czeskiej skrzypaczki – Olgi Šroubkovej. Jak zauważył zapowiadający koncerty Piotr Matwiejczuk, artystka postawiła sobie niełatwe zadanie. I moim zdaniem – niestety – nie do końca sobie z nim poradziła.

Solowe sonaty Bacha to repertuar niezwykle wymagający, w którym każda, nawet najdrobniejsza niedoskonałość jest wyraźnie słyszalna. Zwłaszcza w tak bliskim kontakcie – na małej przestrzeni ewangelicko-augsburskiego kościoła niczego nie dało się ukryć.

Można by jeszcze wybaczyć jakieś drobne potknięcia, choć w zasadzie nawet one nie powinny się przytrafić, bo to wystarczy, żeby popsuć całość. Wykonawca musi być pewny swoich umiejętności i opanowania, żeby podejmować takie wyzwanie.

Podczas koncertu, szczególnie w fugach, zdarzały się dźwięki przypadkowe. Nie pomagało też inwazyjne, szkliste, a czasem wysilone brzmienie instrumentu nie z epoki – zatem z metalowymi strunami. Mniej raziło to w wykonanej pomiędzy sonatami fantazji Telemana, ale zagrany na zakończenie utwór Eugène’a Ysaÿe’a, inspirowany kompozycjami Bacha, nie pozostawił dobrego wrażenia –też zdarzyły się kiksy.

Po takim skromnym otwarciu wieczorem nastąpiła inauguracja z rozmachem – w kościele pw. św. Jana Chrzciciela zagrała Capella Savaria. Węgierski zespół założony w 1981 roku z kolei upodobał sobie instrumenty historyczne – znany jest jako pierwszy ansambl z Europy Środkowej, który na stałe oparł na nich swoją praktykę wykonawczą.

 

Węgrzy poświęcili cały wieczór Telemanowi, konkretnie jego zbiorowi „Tafelmusik”, który w programie został określony (czyżby prowokacyjnie?) jako muzyka biesiadna. W istocie były to utwory przeznaczone do wykonywania podczas uczt, dlatego niezbyt szczęśliwa wydaje mi się decyzja o umieszczeniu tego koncertu w tak dużej świątyni. Pogłos rozmywał kontury, pierwotnie przecież całkiem wyraziste, i zacierał dynamikę, aż chwilami robiła się z tego wyblakła muzyka do wind (kuchennych?).

Zacząłem podejrzewać, że może Węgrzy lata świetności mają już za sobą – ale to jednak nie to. Jaka była różnica w wyrazistości, gdy podczas jednego fragmentu zamiast całej obsady smyczków – sześciorga skrzypiec i trzech altówek – usłyszeliśmy tylko po jednym instrumencie!

Sakralne okoliczności, doprawione „nastrojowym” oświetleniem, były tym bardziej nieprzystające, jeśli wziąć pod uwagę taneczną proweniencję wielu z tych utworów. Nic więc dziwnego, że niektórzy słuchacze zaczynali podrygiwać – czy po prostu poruszać się do rytmu – co w sumie przyjmuję za miarę sukcesu grających.

Może organizatorzy chcieliby wyciągnąć z tego wnioski i pomyśleć o jakiejś bardziej pasującej do tej muzyki formie prezentacji? Czemu nie powrócić do źródła i nie zestawić tych utworów z jedzeniem? Chyba nie uwłaczałoby to tym kompozycjom, a moim zdaniem nie wyrządziłoby większej szkody niż podejście na kolanach do postawionej na piedestale sztuki z zamierzchłych czasów.

ZNANI I ZAPOMNIANI

 

Do Leszna wróciłem na koncert, który umożliwił intymny wręcz kontakt z kameralną muzyką. Skrzypek Mateusz Małecki, dyrektor artystyczny festiwalu, wraz z Anną Wieczorek (skrzypce), Jakubem Kościukiewiczem (wiolonczela) i Ewą Mrowcą (klawesyn) – w sali Miejskiego Ośrodka Kultury rozmieścili się przed sceną, na równi z odbiorcami, co już przed pierwszymi dźwiękami wytworzyło bliską relację.

 

Muzycy zaproponowali utwory kompozytorów znanych słabo (Giovanni Antonio Pandolfi Mealli, Domenico Gabrielli, Giuseppe Maria Jacchini) lub w zasadzie nieobecnych w repertuarach (Gioseffo Maria Placuzzi, Giovanni Battista Vitali, Bernardo Storace).

Wymienieni kompozytorzy byli aktywni w XVII wieku i mniej lub bardziej związani z Bolonią; po części są wydobywani z zapomnienia dzięki działalności naukowej Anny Wieczorek. Szkoda, że nie wyjaśniono, co oznacza dopisek „prawykonanie” umieszczony w programie przy niektórych pozycjach, który w tym kontekście dość zaskakuje.

W ogóle książeczka programowa mogłaby być zredagowana staranniej, a jeszcze lepiej by było, gdyby zamiast suchych biogramów znalazły się tam choćby krótkie teksty wprowadzające. Trzeba jednak przyznać, że zapowiedzi Piotra Matwiejczuka powetowały ten brak z nawiązką.

Wracając do koncertu – okazuje się, że bardzo słusznie przypomniano o tych zapomnianych twórcach. Utwory zagrane z oddaniem i precyzją zyskały jeszcze ułożone w przemyślaną sekwencję: zaczęło się od kwartetu, potem skład zmniejszał się aż do samego klawesynu, następnie dla kontrastu znów wszyscy – i ponowna redukcja aż do samotnej wiolonczeli (intrygujący ziemistym brzmieniem Vitali).

Być może miałem już wystarczająco dużo wrażeń na ten dzień i dlatego jakoś nie przejął mnie występ Agaty Zubel z Cellonet, założonym i prowadzonym przez Andrzeja Bauera.

 

A może to dlatego, że znam i lubię oryginały pieśni Gustava Mahlera oraz Richarda Wagnera, które w aranżacji na skład wiolonczel otworzyły koncert. Same w sobie były bez zarzutu, ale w porównaniu z pierwowzorem jednak brakowało im głębi i bogactwa.

A może to dlatego, że nie dawał mi spokoju dziwny układ akustyczny – głos Zubel był nagłośniony i wydobywał się przez głośniki z kościelnym niemal pogłosem, a instrumenty pozostawały w tle. Druga część zrobiła lepsze wrażenie, docenić należy włączenie do programu wciąż zbyt rzadko wykonywanych – Manuela de Falli i – zwłaszcza – Heitora Villi-Lobosa.

Z BATUTĄ I HUMOREM

Do Leszna wróciłem na koncert Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus, założonej i prowadzonej przez Agnieszką Duczmal. Zespół poświęcił wieczór swojemu ukochanemu kompozytorowi, ale zaczął nie bezpośrednio od Mozarta.

Piotr Moss, kompozytor obchodzący w tym roku siedemdziesiąte urodziny, wielokrotnie współpracował z orkiestrą, a „Variations sur un thème de Mozart” sprezentował jej w zeszłym roku, kiedy to świętowała pięćdziesięciolecie. Uroczy drobiazg, trochę bibelot, bo nie wiadomo do czego służący, w którym instrumentaliści mogą żonglować znanymi motywami.

 

Potem przeszliśmy do rzeczy – dwa divertimenta oraz „Eine kleine Nachtmusik”, grane z werwą i radością (choć nie obyło się bez drobnych nieczystości i rozjechań). Znów doskwierało nagłośnienie z pogłosem, które wygładzało i zamazywało przepływy i przebiegi w tych pięknych utworach, robiąc z nich ładną muzyczkę.

Z jednej strony decyzja o nagłośnieniu była słuszna, bo w tylnych rzędach MOK-u byłoby słabo słychać, ale z drugiej – można było pomyśleć o innym układzie sali, choćby rozmieścić muzyków na środku, a publiczność posadzić na około. Albo w ogóle wyjść z budynku i pokusić się o koncert promenadowy, zwłaszcza że Amadeus mógłby dobrzeć sprawdzić się w takich okolicznościach. Mają w zanadrzu repertuar bardzo przystępny, co udowodnili bisami – drugim był „Marsz Radetzky’ego”.

 

Niespodziewanie przystępnie było na wieczornym spektaklu „La serva padrona” Giovanniego Battisty Pergolesiego w reżyserii Bartosza Bandury. Utwór, który dał początek operze komicznej, wykonano w oryginalnej wersji językowej, w uwspółcześnionej inscenizacji. Była ona skromna, w tle sceny kilka ułożonych w stos przedmiotów, głównymi elementami były krzesła, ale to wystarczyło w zupełności. Bo też fabuła nie jest skomplikowana, a muzyka również nie ma zapędów wirtuozowskich.

Co nie znaczy, że nie należy się przyłożyć do jej interpretacji, z czego na pewno zdają sobie sprawę członkowie Capelli 1547: znani nam już Anna Wieczorek i Mateusz Małecki oraz Joanna Gręziak, Karolina Habało, Karolina Szewczykowska, Michał Bąk, Anna Firlus pod wodzą Dominiki Małeckiej. Stanowili oni idealnie zgraną całość, co dawało oparcie solistom – Ingridzie Gapovej i Dawidowi Biwo.

Choć był tu materiał do przeszarżowania, a nawet wygłupu, to oni umiejętnie wypośrodkowali emocje i środki, dzięki czemu świetnie odnaleźli się w utworze zarówno aktorsko, jak i wokalnie.

 

Leszno Barok Plus, 25 sierpnia – 1 września 2019, Leszno – Miejski Ośrodek Kultury, Teatr Miejski, Kościół ewangelicko-augsburski, Kościół pw. św. Jana, Chrzciciela, Kościół pw. św. Krzyża.

CZYTAJ TAKŻE: Poznańska Wiosna: muzyczna pora roku
CZYTAJ TAKŻE: Kapłan, szaman, mnich. Rozmowa z Wojtkiem Krzyżanowskim
SŁUCHAJ TAKŻE: Zamieniam się w słuch #41: Agnieszka Duczmal