fot. Mariusz Forecki

Kapłan, szaman, mnich

„Dziś większość artystów to w dużej mierze racjonalni przedsiębiorcy i bardzo głośno mówi się o tym, że inaczej tworzyć sztuki się nie da. Dążymy do sukcesu, czyli uzyskania zarobku, popularności lub innego kapitału symbolicznego” – mówi Wojtek Krzyżanowski, członek kolektywu dym records, absolwent kompozycji elektroakustycznej i muzykologii.

Rozmowie towarzyszy premiera audiowizualnego utworu, który był jednym z elementów dyplomu Wojtka Krzyżanowskiego, absolwenta kompozycji elektroakustycznej i muzykologii na Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu.

 

PIOTR TKACZ: Kilka twoich utworów, których miałem okazję doświadczyć, prezentowanych na scenach Akademii zdecydowanie odbiegało od wykonywanych tam zwykle kompozycji. Pomijając fakt, że nie były one zapisane jako partytury – zawierały takie elementy jak jedzenie ogórków czy obieranie pomarańczy. Czy szedłeś na te studia z nieco wallenrodowskim zamiarem, żeby szacowną instytucję rozsadzić od środka?

WOJTEK KRZYŻANOWSKI: Po prostu urodziłem się nieuczesany, dziś już nie widać, bo wyłysiałem. Nigdy nie czułem się komfortowo jako członek grupy „zwykłej”, „normalnej”, „poprawnej”. Zawsze wolałem być obok. Tak samo w muzyce.

Nie chciałem działać na szkodę konkretnej instytucji – naturalne było dla mnie, żeby muzycznie iść w nieco innym kierunku niż ten, który wyznaczały prądy obecne w środowisku Akademii.

 

Poza tym nie do końca przemawia do mnie milcząco przyjmowane założenie, że muzyka artystyczna, klasyczna czy współczesna jest warta więcej niż country, disco polo czy też wigilijne kolędowanie.

Takie przesłanie rzeczywiście chciałem podważyć. Myślę, że jeśli w ogóle istnieją jakiekolwiek dźwięki mniej warte od reszty, to są to te, które fizycznie szkodzą człowiekowi.

 

Nie miałem zamiaru sugerować ci działania na szkodę instytucji! Jak dla mnie, może to wręcz działać na jej korzyść – pytanie tylko, jak ona na to reaguje, jak sobie z tym radzi?

Poznańska Akademia Muzyczna to prawdziwy kolos, w ramach którego funkcjonuje wiele rozłącznych społeczności.

Wojtek Krzyżanowski, fot. Mariusz Forecki

Wojtek Krzyżanowski, fot. Mariusz Forecki

Przychodząc na studia, wierzyłem, że pozycja muzyki najnowszej jest w środowisku akademickim bardzo mocna, a tego typu koncerty i kompozycje mogą odbić się szerokim echem. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że na przykład studentki i studenci lutnictwa czy też skrzypiec barokowych mają swoje własne artystyczne pasje. Dopóki nikt nie planuje zamachu na „mercedesa”, Akademia żyje własnym życiem, a elektroakustyczni pracują na swoim podwórku. Trochę jak Tybet w Chinach.

 

Czy to właśnie brak szerokiego echa skłonił cię do zwrócenia się ku prywatności, czyli na przykład jedzenia ogórków w duecie? Skąd zainteresowanie takim wymiarem wspólnotowym, tylko na mniejszą skalę i niezhierarchizowanym (jak choćby orkiestra), ale opartym na otwartości, równości i dialogiczności?

Historia z ogórkami jest w ogóle bardzo złożona i osobista. Zdradzę tylko jeden trop:

Świadomie wycofałem się z sytuacji, w której kompozytor rozkazuje muzykom, co mają robić. To, moim zdaniem, bardzo przestarzały i niemal militarny system organizacji. Kiedy nadchodzi dyrygent, wszyscy wykonawcy mają stać na baczność i zamilknąć! Niech któryś tylko spróbuje się odezwać. Wolę tworzyć muzykę wspólnie z przyjaciółmi, a w idealnej sytuacji jak najmniej wpływać na przebieg dźwięków w utworze.

 

Dużo zawdzięczam wyrozumiałości i otwartości elektroakustycznej kadry profesorskiej, która zezwalała na moje eksperymenty. Dzięki temu mogłem ukończyć studia, właściwie nie komponując.

Raz oddałem utwór na jeden dowolny dźwięk na flecie, innym razem broniłem kompozycji, w której przez osiem godzin tłumaczyłem przechodniom, że nie wykonuję żadnego utworu, raz też czytałem fragmenty „O naśladowaniu Chrystusa” w towarzystwie free jazzu.

Dzięki temu, że Koło Artystyczno-Naukowe Studentów Kompozycji i Teorii Muzyki AM w Poznaniu organizuje tak wiele koncertów, studenci kompozycji mają wiele okazji na wystawianie swoich utworów. A za sprawą wspaniałej publiki, która wciąż pojawia się na tych koncertach i z cierpliwością doświadcza nawet najtrudniejszych kompozycji, młode kompozytorki i kompozytorzy mogą rozwijać się w każdym możliwym kierunku.

 

Opowiedz o tej kompozycji z przechodniami, jak to dokładnie przebiegało, jakie były reakcje?

Właściwie to chyba wszystko zaczęło się od mojej pracy licencjackiej na muzykologii. Pisałem o tym, jak postawa twórcza Johna Cage’a ma się do historycznego procesu racjonalizacji artystycznej muzyki zachodnioeuropejskiej. Zainteresowałem się więc muzycznym i filozoficznym indeterminizmem oraz względnością estetyki zachodniego kanonu muzyki artystycznej.

Wojtek Krzyżanowski, fot. Mariusz Forecki

Wojtek Krzyżanowski, fot. Mariusz Forecki

To wszystko sprawiło, że nabrałem przekonania, że jeśli zachodnioeuropejska tendencja do postępującego komplikowania struktury muzycznej kiedykolwiek wyznaczała „obiektywną” linię jakościowego rozwoju muzyki, to Cage ze swoimi „4’33” ciszy tę linię zakończył. Ta głęboko estetycznie i etycznie uzasadniona całkowita utrata kontroli nad dźwiękiem ukazała względność panujących wówczas wzorców wartościowania muzyki.

Dodam jeszcze, że Arnold Schönberg uważał, że wynalazł system, który „zapewni muzyce niemieckiej panowanie na najbliższe 100 lat”. Panowanie nad czym właściwie? Nad kim? W jakim zakresie? W takim właśnie kontekście intelektualnym musiał odnaleźć się Cage.

 

Jego rewolucja była więc w pewnym sensie rewolucją w polityce muzyki, zaburzeniem relacji władzy. Być może jeszcze ważniejszym aspektem była fenomenologia „4’33” – zmuszenie do bycia „tu i teraz”.

Treść utworu obejmowała wszystkie spostrzeżenia zmysłowe, które rodziły się podczas wyznaczonego czasu trwania wykonania. W pewnym sensie Cage wszedł więc również w antymuzykę, w której nie liczy się to, jak drgają struny, ale to, co drga wewnątrz słuchacza.

Post zamieszczony na prywatnym profilu na Facebooku Wojtka Krzyżanowskiego

Post zebrał wiele reakcji. Wywiązała się całkiem zaogniona i merytoryczna dyskusja, w której komentujący powoływali się na poglądy takich postaci jak Roman Ingarden, Hans-Georg Gadamer i Martin Heidegger. Następnie doszło do wyżej opisywanego wykonania na Akademii Muzycznej w ramach koncertu promenadowego. Czekałem na przechodniów w okolicach toalety na poziomie -1 pod Aulą Novą. Jeśli ktoś z mapy koncertu promenadowego dowiedział się, że w tym miejscu ma być jakieś wykonanie, przyszedł i o nie zapytał, a ja zaczynałem opowiadać.

 

Miałeś wielu słuchaczy?

Przez osiem godzin przewinęło się naprawdę sporo ludzi. Odbyły się trzy lub cztery wykonania, w których uczestniczyła zorganizowana grupa odbiorców „zwiedzających” koncert promenadowy. Mam ponad trzy godziny nagrań na dyktafonie, wydruki, zapisy i rysunki, które powstawały w trakcie wykonania, oraz całą księgę gości, w której wszyscy chętni zapisywali swoje odczucia.

Chyba najpiękniejszym momentem była wizyta jednej ze zorganizowanych grup widzów, podczas której utwór rozgrywał się praktycznie bez mojego udziału. Kiedy tylko na początku powiedziałem, że tu jest taki utwór, który nie jest utworem, jedna pani z widowni wyraziła swój stanowczy sprzeciw i wątpliwość. Następnie inna pani zaczęła bronić tej koncepcji, potem dołączyły się osoby, które już tego dnia wcześniej spędzały ze mną czas i wywiązała się z tego bardzo atrakcyjna sytuacja.

Stali bywalcy koncertów w Akademii Muzycznej mieli okazję, by wypowiedzieć się na temat swoich oczekiwań i preferencji estetycznych. To małe wykonanie zostało praktycznie w całości stworzone przez odbiorców. Myślę, że eksperyment się powiódł!

Popieram rozwój w każdym możliwym kierunku, jednak kompozytor, który właściwie nie komponuje, utwór, którego właściwie nie ma… To, że wszystko jest muzyką, mamy już ustalone, może jednak obecnie raczej nic już nie jest muzyką?

Kwestie definicji są dziś już względne i drugorzędne. Mimo to uważam, że warto popularyzować koncepcję muzyki jako pewnego poruszenia w świadomości, a nie zbioru fal akustycznych. Przede wszystkim jednak wydaje mi się, że dziś artyści powinni mierzyć się z problemami społecznymi. Sam próbuję tworzyć rzeczy jak najbardziej przystępne i inkluzywne, mieszać środowiska, szukać wspólnych języków.

Wojtek Krzyżanowski, fot. Mariusz Forecki

Wojtek Krzyżanowski, fot. Mariusz Forecki

Kontynuując taką retorykę – myślę, że debata Jordana Petersona i Slavoja Žižka była jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych tego roku. Każda sytuacja, w której osoby z dwóch stron barykady podają sobie ręce, to okazja do radości. A kiedy robią to ideologiczni przywódcy dwóch skonfliktowanych plemion, rezultat może być naprawdę ogromny.

 

Dziś większość artystów to w dużej mierze racjonalni przedsiębiorcy i bardzo głośno mówi się o tym, że inaczej tworzyć sztuki się nie da. Dążymy do „sukcesu”, czyli uzyskania zarobku, popularności lub innego kapitału symbolicznego.

Ostatnio w tekście „Assessing Social Media’s impact on electronic music” na stronie Attack Magazine pojawiło się ohydne sformułowanie: „It's important to make an artist know that whether they like it or not, they’re a business first and an artist second” [Ważne jest, żeby artysta wiedział, że – czy mu się to podoba, czy nie – jest przede wszystkim biznesem, a dopiero potem artystą.], z którym kompletnie się nie zgadzam.

Artysta powinien być w pierwszej kolejności kapłanem, szamanem, mnichem. Potem dopiero przejmować się „wartością artystyczną”, a na samym końcu wziąć pod uwagę to, że na sztuce można również zarabiać pieniądze. Ale nie trzeba. Pieniądze można zarabiać inaczej.

WOJTEK KRZYŻANOWSKI – członek kolektywu dym records, absolwent kompozycji elektroakustycznej i muzykologii. Mówi, że chciałby podchodzić do muzyki tak, jak Robert Makłowicz podchodzi do jedzenia: entuzjastycznie, wytrawnie i z zaangażowaniem.

 

CZYTAJ TAKŻE: Komunikacja, współpraca, procesualność. Rozmowa z Rafałem Zapałą

CZYTAJ TAKŻE: Bezgraniczne przestrzenie muzyki. Rozmowa z Robertem Gogolem

CZYTAJ TAKŻE: Poznańska Wiosna: muzyczna pora roku