fot. materiały prasowe, The Sound of Metal

Recenzja „Sound of Metal”. O heavymetalowcu, który stracił słuch         

„Sound of Metal”, fabularny debiut reżysera Dariusa Mardera, zaczyna się od mocnego uderzenia. Pokryty tatuażami Ruben wali w talerze perkusji, a tuż przed nim Lou, jego dziewczyna i współczłonkini heavymetalowego zespołu, gra na gitarze i drze się do mikrofonu.

Zdezelowanym kamperem duet podróżuje po Stanach od klubu do klubu. Porankami Ruben ćwiczy pompki i przygotowuje dla siebie i Lou zielone koktajle, jak mówi, ohydne w smaku, ale dobre dla organizmu. Piją je do jazzowych standardów. Są młodzi i zdrowi, a ta trasa koncertowa może okazać się dla nich przełomowa.

 

Za scenariusz filmu współodpowiada Derek Cianfrance, czyli reżyser jednych z najbardziej depresyjnych obrazów w historii „Blue Valentine” i „Drugiego oblicza” oraz serialu „To wiem na pewno”.

W takiej sytuacji możemy spodziewać się, że bohater i bohaterka zostaną emocjonalnie zmaltretowani, a my razem z nimi. W „Sound of Metal” przepełnione dźwiękami życie Rubena niemal z godziny na godzinę zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni – mężczyzna prawie całkowicie traci słuch.

The Sound of Metal, fot. materiały prasowe

SEPARACJA

Riz Ahmed, który wciela się w głównego bohatera, jest takim typem aktora, który na ekranie sprawia wrażenie nabuzowanego wewnętrznymi emocjami. Wystarczy tylko jedna iskra, by mógł wybuchnąć. W filmie Mardera jest podobnie, tyle tylko, że kamera właściwie nie odstępuje Rubena na krok. Stąd wrażenie złapania bohatera w pułapkę (zresztą pułapkę kolejną, bo przecież nagła utrata słuchu sama w sobie jest usidleniem). Ahmed gra, nomen omen, koncertowo. Już od pierwszych chwil na jego twarzy maluje się zdziwienie i niedowierzanie, które szybko przechodzi w strach. Jednak do momentu diagnozy gwiazda „Długiej nocy”, jak ma w zwyczaju, dusi te emocje w sobie.

 

Dopiero podczas występu, kiedy jego uderzanie w talerze ma z rytmem niewiele wspólnego, rozumie, że został grubą kreską oddzielony od swojego poprzedniego życia.

Odseparowanie Rubena od świata świetnie pokazuje też relacja z Lou. Zaskakująco Olivia Cooke gra tę postać na chłodno, przekonująco wyzbywając ze złości i z jakiejkolwiek empatii do Rubena. Jej reakcja na jego stan pokazywana jest w urywkach scen, które dopełniają obraz i jednocześnie obrazują postępującą utratę słuchu. Para kłóci się, Lou kilkakrotnie przez telefon rozmawia z menadżerem i stara się przekazać nowe ustalenia swojemu chłopakowi. W końcu menadżer z wielką łaską postanawia pomóc.

PRÓBA AKCEPTACJI

The Sound of Metal, fot. materiały prasowe

Tak wkraczamy do środkowej części filmu. Ruben trafia do położonego wśród natury ośrodka dla wracających do zdrowia niesłyszących osób uzależnionych od różnych substancji (Ruben od czterech lat nie bierze narkotyków). Placówkę nadzoruje Joe, niesłyszący weteran wojny w Wietnamie. Gra go Paul Raci, sam będący słyszącym dzieckiem niesłyszących rodziców, który wnosi do roli nie tylko doświadczenie, ale też chęć życia mimo wszelkim przeciwnościom. Aktor ma bardzo dominującą prezencję. Jest kochającym, acz nieznoszącym sprzeciwu ojcem.

 

Uczy niesłyszącą społeczność, że należy zaakceptować utratę słuchu, a nie decydować się na z góry przegraną walkę z próbą jego odzyskania.

Z czasem Ruben zdaje się zadomawiać w ośrodku, staje się jego ważną częścią, uczy się języka migowego, a nawet pomaga dzieciakom w pobliskiej szkole dla niesłyszących. Marder sugeruje, że główny bohater jest na drodze do odnalezienia nowego sensu życia.

GDZIE JEST GOOGLE?

Środkową część uważam za najsłabszy fragment tego – w gruncie rzeczy dobrego – filmu. Reżyser buduje obraz ośrodka jako, mającą pewne wady, ale jednak idyllę, w której dom znajdują ludzie przez utratę słuchu wykluczeni ze społeczeństwa. W prowadzonym przez Joe przybytku mogą poczuć się wartościowi i mogą zawiązać przyjaźnie z osobami, które przez podobne doświadczenia ich faktycznie rozumieją.

 

Samo umiejscowienie ośrodka jest nieprzypadkowe – w otoczeniu przyrody, co sprzyja kontemplacji.

The Sound of Metal, fot. materiały prasowe

Nawet bycie uzależnionym zdaje się nie stanowić tutaj większego problemu. Ten temat zresztą pojawia się jedynie może dwukrotnie. A przecież dlatego Ruben trafił do Joe, bo niespodziewana utrata słuchu narażała go na odnowienie nałogu. Odczytuję to jako błąd narracyjny. Uzależnienie od narkotyków wydaje mi się jedynie scenariuszowym pretekstem, by móc umieścić bohatera w tym konkretnym miejscu. Podobnie trudno uwierzyć, że Ruben chciałby wszczepić sobie implanty, gdyby wiedział, jak będzie „słyszał” po operacji. Dlaczego nikt go nie ostrzegł? Dokładnie nie opisał ich działania? Dlaczego bohater tego nie wygooglował? Czy kiedy w internecie szuka informacji o Lou, nie przyszłoby mu na myśl znalezienie forum dla osób z implantami?

 

Śledzenie dziewczyny staje się kołem zamachowym kolejnych posunięć Rubena. Natomiast to jego niezaspokojone i wygłodniałe ego, a nie chęć słuchu, popycha go do takich, a nie innych rozwiązań.

Z jednej strony Marder i Cianfrance działają na przekór oczekiwaniom widzów_ek. Z drugiej wydają się też iść na łatwiznę. Dowodem tego jest nierówny trzeci akt, w którym w dużej mierze twórcy na szybko dopowiadają historie pochodzenia Lou i Rubena. Jednak to dopełnienie relacji nic nie wnosi, tylko sprawia, że film jako całość niebezpiecznie zaczyna osuwać się w banalny wyciskacz łez.

KULTOWOŚĆ?

The Sound of Metal, fot. materiały prasowe

Co jednak sprawia, że „Sound of Metal” jest dobrym filmem, to nie tylko świetne kreacje aktorskie, ale również jego sound design. Obraz nie traci na głośności. Nieważne, czy Marder zabiera nas na heavymetalowy koncert, czy na obiad w ośrodku dla niesłyszących, dźwięk jest integralną i zaskakującą częścią każdej ze scen. Płynnie przechodzi z oklasków w przytłumiony pisk, z przygaszonej krzątaniny w zdominowaną uderzeniami dyskusję, z porywającego utworu w zniekształcone odgłosy robota.

 

Trochę mnie to dziwi, ale audialna cecha „Sound of Metal” wraz z pokrzepiającym przesłaniem sprawiły, że film już uzyskał status kultowego.

Zachwyt fanów_ek i ciepłe przyjęcie przez krytyków_czki przełożyły się na nominacje do najważniejszych nagród. Obraz ma szansę na Oscary w kategoriach: najlepszy film, najlepszy aktor pierwszo- i drugoplanowy, najlepszy scenariusz oryginalny, montaż i dźwięk. Czy wszystkie nominacje są zasłużone? Wątpię. Niewątpliwie jednak „Sound of Metal” wypycha Riza Ahmeda na aktorską czołówkę Hollywoodu. Nareszcie!

 

„Sound of Metal”, reż. Darius Marder, 2020 r.