fot. Marta Konek, na zdjęciu Maria Jaszczyk

Robię, co robię i wiem, że nie robię nic złego

To słowa Marii Jaszczyk, która w niewielkich Nowinach organizuje kolejny marsz z tęczową flagą. Po co? Żeby naprawić coś, co poczytuje za swoją winę.

Łatwo nie jest w rozdartej sporami Polsce. Po artykule o jej tęczowych marszach ksiądz przed mszą wytykał tą, co z tęczową flagą chodzi i ludzi deprawuje, a członek rodziny wylał na nią wiadro pomyj. Ale Marysia mówi:

 

“Całe życie się wychylałam, to dlaczego na starość mam się przestać wychylać? Gdyby ktoś mi czterdzieści lat temu powiedział, że tak będę myśleć, to bym nie uwierzyła.” – kręci głową.

 

Do dzisiaj, jak cierń w sercu, tkwi w jej głowie wspomnienie o lekcji wychowania do życia w rodzinie. Miała przygotowaną dla uczniów Skrzynkę Pytań. Pytania były różne. Całkiem naturalne, proste i takie naprawdę trudne.

Jeśli znała odpowiedź, odpowiadała od razu. Jeśli czegoś nie wiedziała, szukała odpowiedzi i potem na kolejnej lekcji rozmawiała o tym z uczniami. Któregoś razu znalazła w skrzyneczce kartkę z pytaniem:

 

„Jak to jest z parami homoseksualnymi i adopcją dzieci?”.

 

Maria Jaszczyk, fot. Marta Konek

Maria Jaszczyk, fot. Marta Konek

Nie zastanawiała się nawet, od razu wyartykułowała, że to jest nienormalne i wbrew naturze. Po latach jeden z uczniów powiedział jej, że wtedy zrobiło mu się bardzo przykro.

 

A ona, pedagog z wieloletnim doświadczeniem poczuła, że wtedy nie sprostała, że zawiodła młodego człowieka, który szukał swojej tożsamości.

“Gdy byliśmy młodzi o tym się nie mówiło. Podskórnie się czuło, że to jest złe, ale nie wiedzieliśmy, o czym tak naprawdę nie mówimy.” 

 

Jak Marysia na Krajnę trafiła

Do Nowin pod Złotowem za mężem przyjechała. Bo tak w ogóle to Marysia jest ze Słupska, ale jak przyszło do wybierania szkoły średniej, znalazła w informatorze Technikum Przemysłu Spożywczego w Krajence. Nawet nie wiedziała, gdzie to dokładnie jest. Przyjmował ją dyrektor Stanisław Polański, legenda krajeńskiej szkoły. Nagle znalazła się dwieście kilometrów od domu.

 

Maria Jaszczyk, fot. Marta Konek

Maria Jaszczyk, fot. Marta Konek

Ze Słupska, w którym ludzie są bezimienni, trafiła do Krajenki, w której – jak w innych małych miejscowościach – nikt nie jest anonimowy.

Z przyszłym mężem właśnie w Krajence się poznali, a potem oboje poszli na AR-T do Olsztyna na studia. On na rolnictwo, ona na zootechnikę. Wtedy zaczęła się też jej przygoda z pszczołami, bo oboje bronili się u docenta Jerzego Bobrzeckiego.

On pisał swoją magisterską pracę o podkarmianiu pszczół, ona napisała monografię Zakładu Pszczelnictwa AR-T w Olsztynie 1956-1984. Praktykę odbywała w pasiece Konrada Kaczmarka w Dzierzążenku. Tego z „Krajniaków” w Wielkim Buczku, tego od „Obelnika”, „Na skraju puszczy” i od  monografii pt. „Z dziejów Bartnictwa na Pomorzu”.

 

“Zakochałam się w pszczołach przez niego.” – wspomina.

 

W końcówce ciąży rowerem na te praktyki jeździła. Słuchała opowieści o pszczołach, o roślinach miododajnych, pielęgnowała rabaty z roślinami tymi. Dziewczyna z miasta dowiadywała się, jak rośnie irga, co to jest facelia, dlaczego warto sadzić klony ginala i siać nostrzyk. Pomagała przy pszczołach, przy wirowaniu miodu.

 

Miodobranie, fot. Marta Konek

Miodobranie, fot. Marta Konek

Ten miesiąc praktyk wspomina jak najpiękniejszą przygodę, choć przy przesypywaniu pszczół z rojnicy do ula pszczoły ją tak pożądliły, że nie mogła obrączki z palca ściągnąć.

Pierwszą córkę Anię urodziła pod koniec studiów. Po obronie zamieszkali przy ulicy Moniuszki w Złotowie. Tu urodziła się Urszulka. W maju 1985 roku przeprowadzili się do Nowin, gdzie jej mąż dostał pracę. Marysia hodowała kury, kaczki, gęsi gołębie, króliki, a nawet kozy i świnki wietnamskie. Od Konrada Kaczmarka dostali kilka pszczelich rodzin. Po zmarłym pszczelarzu przejęli sprzęty. Miodarkę mieli ręczną, na cztery ramki. Cała rodzina pszczołami się zajmowała.

Od września 1985 roku Maria Jaszczyk zaczęła pracę w oświacie. Panią magister od pszczół na nauczyciela biologii przyjął do szkoły w Górznej dyrektor Norbert Szeffler.

 

“Byłam zootechnikiem nie pedagogiem i ciągle myślałam, że czegoś nie wiem, dlatego po rocznym kursie nauczycielskim – pan Zdzisław Pasymowki taki dla mnie wyszukał w Pile w ODNie – kończyłam kolejne kursy fakultety i podyplomówki.”

 

Lekcja o pszczołach, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Lekcja o pszczołach, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

W 1991 roku została dyrektorką szkoły w Świętej. W styczniu 1992 roku jej życie wywróciło się do góry nogami. Mąż miał poważny wypadek, zmarł w lutym i Marysia została sama z siedmioletnią Ulą i dziesięcioletnią Anią.

Wzięła roczny urlop, potem przez kilka miesięcy uczyła w Starej Wiśniewce i wreszcie na dobre zapuściła korzenie w szkole w Górznej, z czasem ucząc jeszcze dodatkowo w Gimnazjum Szkoły Katolickiej w Złotowie, w SSP w Zalesiu i MOSie w Radawnicy.

 

Nie ma rzeczy niemożliwych, a gwiazdy są w zasięgu ręki

Po śmierci męża spadły na nią wszystkie obowiązki, które do tej pory dzielili. Duży ogród, dom, praca, pasieka. 

 

“Ja byłam od monografii o pszczelarstwie, nie od bezpośredniego pszczelarzenia.” – Marysia oddała ostatnie pszczele rodziny swojemu nauczycielowi pszczelarstwa Konradowi Kaczmarkowi, choć od pszczół uciec się nie dało i wcale tego nie chciała.

 

Prowadziła pszczele warsztaty dla dzieci i dorosłych, a dzięki pszczołom wystąpiła nawet w programie prowadzonym przez Dorotę Wellman i Marcina Prokopa pt. ,,Kawa czy Herbata”.

Przez 35 lat uczyła dzieci. 

 

“Po piętnastu latach pracy, zrobiło się tak trochę nudno.” – opowiada.

 

W 2001 roku wymyśliła Forum Ekologiczne i przez 10 kolejnych lat Szkołę w Górznej odwiedziło ponad siedemdziesięciu różnych specjalistów. Dzieciaki z naukowcami łapały w żywołówki myszy, rozkruszały wypluwki i oznaczały zwierzątka zjedzone przez sowy. Badały gwiazdy, poznawały dinozaury, uczyły się w Akademii Khana, gościły w szkole artystów występujących na międzynarodowych scenach i naukowców z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, Muzeum Arkadego Fidlera w Puszczykowie, czy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. 

 

“Chciałam tym dzieciakom pokazać, że nawet w małej wiosce można być częścią wielkiego świata, że ograniczenia są tylko w naszej głowie.” – Maria Jaszczyk mówi, że uczniowie żyli tym, co działo się w szkole i to budowało w niej przekonanie, że nauka właśnie tak powinna wyglądać, że może być świetną zabawą.

Może, ale przecież nie musi… Więc gdy usłyszała, że jak z dziećmi do lasu czy nad jezioro chodzi, to nie uczy ich przyrody, pomyślała sobie, że już chyba czas na emeryturę.

 

Spływ kajakowy, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Spływ kajakowy, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Założyła Stowarzyszenie Miłośników Przyrody Winniczek w Nowinach i zajęła się promowaniem społecznikostwa, organizacją spływów kajakowych i zawodów sportowych dla dzieci. Później z Drużyną Szpiku organizowali akcje, podczas których można było znaleźć się w bazie potencjalnych dawców szpiku.

Marysi wszędzie było pełno i nie było drzwi, których nie potrafiła otworzyć, jeśli trzeba było zorganizować dla kogoś pomoc. Dołączyła też do zespołu Krajniaków z Wielkiego Buczka. Ciągle w biegu, ciągle zajęta.

 

Pod tęczową flagą

Przeznaczenie zapukało do jej drzwi w najmniej spodziewanym momencie. Znajomi zaprosili ją na kręgle do Poznania. Jak zwykle zagubiła się po drodze, nie mogła tej kręgielni znaleźć, ale nie to w tym wszystkim było ważne. Ważna była rozmowa ze znajomym, który jej pomógł drogę odnaleźć, który jej opowiadał o swoich pasjach, o niezrozumieniu przez ojca. Który jej w końcu powiedział:

 

„Wiesz, bo ja gejem jestem”.

 

Marysia nawet nie myśląc wypaliła po swojemu:

 

Z tęczą, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Z tęczą, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

„Ty taki dobry człowiek i gej?”.

 

I wtedy usłyszała pytanie, które jej życie wywróciło do góry nogami:

 

„A co ty wiesz o gejach?” – zapytał znajomy.

I Marysia zaczęła się zastanawiać. Pojechała z przyjaciółką z Drużyny Szpiku na rekolekcje fundacji „Wiara i Tęcza” do Krakowa.

 

“Nie było transparentów, nie było dziwnych scen pokazywanych przez media. Były normalne pary – pan z panem, pani z panią. Modlitwy, rozmowy o akceptacji i jej braku, o tym, jak czasami trudno jest zwyczajnie żyć. Boże, to nie jest tak, jak myślałam. Bo nie myślałam do tej pory o konkretnych ludziach, ale o ideologii, o której dziś wiem, że nie istnieje. Nie myślałam o tym, że tacy się urodzili, że to nie jest kwestia wyboru, ale tego, kim są. I pomyślałam, że przez 60 lat życia robiłam im krzywdę nawet nie myśląc o nich źle.” – opowiada.

 

Postanowiła, że musi podzielić się tym doświadczeniem i spróbować otworzyć ludziom oczy. Bo zdaniem Marysi ludzie nie są źli, tylko czasami robią złe rzeczy z niewiedzy. I brak akceptacji dla odmienności też bierze się z niewiedzy, ze strachu przed nieznanym, a może czasami przed samym sobą.

 

Z dyrektorką Muzeum Ziemi Złotowskiej, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Z dyrektorką Muzeum Ziemi Złotowskiej, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Zatem Marysia, jak na pedagoga przystało, zaczęła edukować.

Na efekty długo nie musiała czekać. Lokalny polityk powiedział jej:

 

„Pani Mario, ja panią szanuję, ale ta tęcza…”.

 

Miejscowy portal internetowy zajął się jej działaniami, wskazując na to, że promuje ideologię LGBT. Dyskusja, jaka się rozpętała, na chwilę ścięła ją z nóg.

 

“Ten hejt był straszny.” – wspomina.

 

Pomyślała jednak, że skoro jej ta nienawiść dała się we znaki, to jak w tym świecie mają się czuć osoby nieheteroseksualne? Jak mowa nienawiści, piętnowanie i oskarżanie wpływają na psychikę młodych ludzi, którzy dopiero poznają siebie?

Napisała wniosek o grant do Funduszu dla Odmiany i teraz w małych Nowinach Stowarzyszenie Miłośników Przyrody Winniczek realizuje projekt „Tolerancja przez duże T”.

 

Warsztaty z haftu krajeńskiego, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Warsztaty z haftu krajeńskiego, fot. z archiwum Marii Jaszczyk

Włączyła w te działania Koła Gospodyń Wiejskich, szkoły, sąsiadów i byłych uczniów.

Razem z doktorem Kosmą Kołodziejem organizują warsztaty dla nauczycieli i pedagogów o tym, jak rozmawiać z dziećmi o ich orientacji, jak ich nie wpychać w poczucie winy, jak pomóc im zrozumieć to, co się z nimi dzieje.

Warsztaty pt. „Potrzeby i problemy uczniów nieheteroseksualnych” trzeba już było dwukrotnie przekładać w związku z pandemią, ale Marysia jest niepoprawną optymistką.

I wie jedno – na pewno nie robi nic złego. Wie, że cały hejt spływa na nią za to, że naruszyła tabu. Ludzie, dobrzy ludzie, myślą przecież – niech TO sobie istnieje, po co o TYM mówić?

 

A Marysia swoje – że mówić trzeba, bo nie ma się czego wstydzić i że milcząc, też można krzywdę zrobić.