fot. Karolina Belter, na zdjęciu Paulina Piórkowska

Równościowa wodzirejka

O „pandemicznych dziennikach”, warsztatach, które tak naprawdę warsztatami nie są, wtórnej izolacji osób z niepełnosprawnościami i o nieobecności ich głosu w debacie publicznej opowiada Paulina Piórkowska z Fundacji Lue Lu, tegoroczna stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego.

Jakub Wojtaszczyk: Działasz w Fundacji Lue Lu, w której prowadzisz m.in. spotkania z osobami z niepełnosprawnościami fizycznymi oraz intelektualnymi. Jak do niej trafiłaś?

Paulina Piórkowska: Swoją pracę zaczęłam po spotkaniu z Gośką Szaefer, która jest jedną z niewielu w Polsce badaczek sztuki outsider w Polsce. Poza aktywnością na polu promocji sztuki outsider na arenie międzynarodowej, Gośka przepracowała też wiele lat z outsiderami i z osobami z niepełnosprawnościami, które incydentalnie należą do kręgu artystów właśnie tej sztuki. Od razu zaznaczę, że twórczość osób z niepełnosprawnościami nie jest równoznaczna z działaniem w polu outsider art.

 

JW: Czym zatem jest sztuka outsider?

PP: To garstka artystów, która funkcjonuje poza systemem instytucji, nie są to artyści_ki profesjonalni.  Osoby te tworzą nie po to, aby należeć do środowiska artystycznego. Ich działania twórcze są ściśle związane z codziennością.

 

JW: Czyli oni i one tworzą dla siebie?

Paulina Piórkowska, fot. Karolina Belter

PP: Tak, ta sztuka to ich codzienność, to często systemy ich funkcjonowania, które nijak się mają do działania pod odbiorcę. Sztuka outsider wychodzi od pojęcia art brut. Outsider art nie jest doskonałym pojęciem. Jest bardzo pojemne i niejednoznaczne, jednak potrzebne było rozszerzenie terminu art brut, z którego to outsider art pochodzi.

 

Gośka pracuje obecnie nad redefiniowaniem tego obszaru i pojęciem brut now, które zawiera działania nowych technologii i technologizacji sfery życia.

Wcześniej działałyśmy w galerii, obecnie w Fundacji Lue Lu / Brut Now, gdzie działalność w polu sztuki to jeden z filarów, oparty na współpracy z outsiderami. Drugim jest tworzenie społeczności fundacji, w tym współpraca ze stałą grupą, z którą spotykamy się od 2017 roku. Są to osoby zrzeszone wokół naszych działań, uczęszczające też do różnych placówek terapii zajęciowych i innych stowarzyszeń. One artystami i artystkami de facto nie są. Jednak w czasie spotkań często korzystamy z narzędzi sztuki.

 

JW: Czyli do końca nie są to warsztaty artystyczne?

PP: Dokładnie. Bardzo chcemy odejść od pojęcia „warsztat”, bo wydaje się nam mocno hierarchiczne. Musi być osoba prowadząca i grupa, której ta osoba przewodzi. Przez czas naszej działalności wypracowaliśmy narzędzia pracy równościowej, stworzyliśmy bezpieczną przestrzeń, w której wspólnie decydujemy, co chcemy robić. Bardziej widzę siebie w roli wodzirejki niż osoby, która faktycznie dopina spotkanie. Obecnie tworzymy kółko dyskusyjne, podczas którego rozmawiamy, np. o prawach zwierząt czy człowieka, omawiając ważne dla nas bieżące sprawy. Skupiamy się jednak na omawianiu nośnych wydarzeń w życiu społeczno-politycznym. Uważam, że osoby z niepełnosprawnościami powinny na równi uczestniczyć w debatach publicznych. Niestety najczęściej ich głos jest pomijany. 

 

fot. Karolina Belter

JW: Niepełnosprawność to pojęcie bardzo różnorodne. Jak zatem dostosować poziom dyskusji?

PP: Jeżeli myślę o poziomie, to tylko w kwestii tego, jak go nie obniżać. W wielu miejscach często nie traktuje się tych osób serio. A to przecież często ludzie w dużej mierze samodzielni, na maksa kumaci, przede wszystkim różnorodni.  Przy organizowaniu spotkań z grupą skupiam się na tym, aby poziom był po prostu „normalny”. Oczywiście pojawiają się trudności, np. wśród uczestników_czek jest osoba, która nie widzi.

 

JW: Co wtedy?

PP: Wypracowaliśmy zasadę, że nie wypowiadamy takich słów jak: „tutaj” czy „tam”. Jeżeli pokazujemy zdjęcia, to uczymy się transkrypcji. Ta osoba jest naszym przewodnikiem – przekazuje nam, jak opisywać coś, co wysyłamy, aby było zrozumiałe. W grupie są bardzo różni ludzie i każdy z nich funkcjonuje trochę inaczej. Staramy się jednak, aby język był równościowy, ale to nie moja domena, tylko praca całej grupy.

 

JW: Prowadzisz zajęcia i przychodzi pandemia. Jak zmienia się ich formuła?

PP: Nie możemy się spotykać. Do tej pory najczęściej robiliśmy to w kawiarni Zemsta, gdzie  zamawialiśmy kawę i debatowaliśmy. Chodziliśmy też w plener. Kiedy rozpoczął się lockdown, byłam przerażona. Przez cały czas staraliśmy się utrzymywać ze sobą kontakt.

 

Ludzie pisali, że nie jest dobrze. Ich placówki zostały zamknięte. Dla mnie było to przerażające.

Tym bardziej, że po raz pierwszy doświadczyłam zamknięcia. Natomiast osoby z grupy uświadomiły mi, że dla nich to była wtórna izolacja. Dotyczy to przestrzeni miejskiej, publicznej, dyskryminacji na wielu poziomach, m.in. braku osób z niepełnosprawnościami w dyskursie medialnym. Jeżeli już, to te osoby się trywializuje. Wszystko to wzmaga ich izolację i sprawia, że funkcjonują one w swoich światach – mieszkania, placówki, przyjaciół.

 

JW: Zaczęłaś „spotykać się” z grupą na WhatsAppie…

PP: Tak, w końcu stanęło na tej aplikacji, bo jest przystępna i darmowa. Rozmawiamy co tydzień, we wtorek o osiemnastej, czyli tak, jak przez ostatnie lata, tyle że online. Na początku było chaotycznie, ale w końcu stworzyliśmy zasady i powróciła swobodna konwersacja. Już od początku zaczęliśmy zajmować się tematem koronawirusa, co nie przez wszystkich zostało przyjęte z entuzjazmem…

 

JW: Dlaczego?

Paulina Piórkowska, fot. Karolina Belter

PP: Niektóre osoby czuły się tym tematem przytłoczone. Wszystkim nam było trudno zrozumieć tę sytuację,  panował ogromny niepokój, wtedy jeszcze jeździły samochody z komunikatami informujące o reżimie sanitarnym. Jednak szybko okazało się, że ta grupa zaczęła funkcjonować jako system wsparcia. Zależało mi na tym, aby podtrzymać dynamikę, ale nie sądziłam, że pójdzie to w tę stronę. Członkowie podjęli inicjatywę – czat był cały czas aktywny, wymieniali się swoimi doświadczeniami.

 

JW: Jak wyglądały te spotkania?

PP: Pierwsza część to rundka, co u kogo słychać. W drugiej wprowadzamy zagadnienie. Co tydzień ustalamy sobie, o czym chcemy gadać.

 

Pierwszym tematem była próba ugryzienia tego, czym jest koronawirus.

Zwizualizowaliśmy go za pomocą prostych prac rysunkowych, rzeźb albo opowieści. Pojawiły się emocje związane z obecnością wirusa, dlatego na kolejnych zajęciach napisaliśmy do niego odezwę, aby już sobie poszedł. Cały proces twórczy nie był dla mnie na tyle istotny, co próba przepracowania emocji, które jemu towarzyszyły. Wtedy też poczułam, że odczucia dotyczące opresji nie są tylko moje, bo jestem w grupie, która ma podobne obawy. Przynależność dała poczucie ciepła.

 

JW: Twój projekt, który otrzymał stypendium Marszała Województwa Wielkopolskiego, dotyczył pandemicznych dzienników osób z twojej grupy. Możesz powiedzieć o nim trochę więcej?

PP: Pandemiczne dzienniki to hasło. Na spotkaniach ustaliliśmy_łyśmy, że każdy robi to, co na co ma ochotę.  Tak powstał zbiór wielu wytworów. Niektóre osoby malowały, rysowały, inne skrupulatnie zapisywały to, co działo się każdego dnia, dzieliły się też swoimi strategiami przetrwania. Szukaliśmy różnych narzędzi do przepracowania tej sytuacji. Dzienniki były dla mnie metaforą. Przez parę miesięcy je opracowywaliśmy, bo były w bardzo różnej formie.

 

JW: Całość ma skończyć się publikacją…

PP: Tak, tworzymy ją wspólnie. Jednym z jej aspektów będzie opracowanie merytoryczne. Zależy mi, aby po tych kilku latach mojej działalności opisać metodykę pracy tworzącą bezpieczną przestrzeń i  równościowy klimat. Słuchając tych osób, robiłam notatki, które później wspólnie czytaliśmy i podsumowywaliśmy. Tego akurat nie redagowałam, ale „Manifest do koronawirusa i świata” już tak. Powstał ze zlepków wypowiedzi, ale poprzedził to dłuższy proces autoryzacji.

 

JW: W projekcie napisałaś, że „podczas lockdownu musiały zostać wypracowane nowe strategie przetrwania”. Co to oznacza?

PP: Nie chciałabym uogólniać sytuacji osób z niepełnosprawnościami, ale mówiąc o konkretnej grupie, z którą pracuję – to jednak ich stan zazwyczaj bywa gorszy od reszty społeczeństwa.  Ich obawa w czasie pandemii była podwójna. 

 

To był szereg sytuacji, które były po prostu bardzo trudne.

fot. Karolina Belter

Do tego dochodziła niewiedza, kiedy placówki zostaną na nowe otwarte, oraz brak narracji na temat osób z niepełnosprawnościami w mediach, o której wspomniałam. Każdy w sposób indywidualny wypracował strategię, ponieważ życie każdej z tych osób wygląda zupełnie inaczej, jednak wszystkich nas dotyczył brak poczucia stabilności.

 

JW: W takim razie jak mówić i co robić, aby głos osób z niepełnosprawnościami był słyszalny?

PP: Z Gośką, z grupą myślimy o tym, czy można zmienić samo określenie „osoby z niepełnosprawnościami”, bo jest ono niefortunne, sugerujące, że ktoś ma jakiś bagaż. Język jest niesamowicie istotny. W grupie bardzo dużo czasu zajmuje nam jego budowa, czy to przez pryzmat osób, które nie widzą, czy tych posiadających inny sposób komunikacji. Jeśli ktoś inaczej funkcjonuje, to nie znaczy, że funkcjonuje gorzej i ma jakieś deficyty. Najważniejsze jest, aby dopuszczać je do głosu. Żartuję, że w grupie tworzymy taką bojówkę, która powie: „Nie!”, wytknie innym, że patrzą na nią krzywo, powie: „Może i wyglądamy inaczej, ale to nie znaczy, że nasze życia różnią się od twojego”. Te osoby mogą i powinny samostanowić o sobie i zwracać uwagę na to, jak się do nich zwraca.

Na koniec nie mogę się powstrzymać od pozdrowienia całej ekipy: Gośki, Lidki, Daniela, Mariusza, Karoliny, Wojtka, Pawła, Oli, Eweliny i Metki!