fot. Mateusz Kiszka

Rusałka incognita

Myślę, że traumy związanej z historią nie można przenosić na obecne pokolenia. Tłumaczę to takim hasłem: "Rusałka – jezioro, które łączy". I dla mnie to jest wspaniały symbol. Nie obóz koncentracyjny ogrodzony drutami, tylko piękne jezioro, które wpisało się w przestrzeń miasta - mówi Przemysław Prasnowski, prezes Fundacji Barak Kultury.

Maciej Kijko: Jakiś czas temu zorganizowaliście w siedzibie Fundacji Barak Kultury debatę poświęconą znanemu i lubianemu przez poznaniaków miejscu – Rusałce. Jednak nie omawialiście sposobu korzystania z niego, czy udogodnień w letnim wypoczynku. Rusałka pojawiła się w kontekście zdecydowanie nierozrywkowym.

Przemysław Prasnowski: Tak, debata była odpowiedzią na szereg wątków, które pojawiły się w mediach, kiedy po obniżeniu się lustra wody w jeziorze, wyłoniły się z niego macewy. Nie było ich dużo, dało się zauważyć kilka. To wywołało duże poruszenie.

 

Wrócił tym samym temat historii Rusałki, która łączy się z historią Poznania niemieckiego, Poznania żydowskiego. Ale też z martyrologią podczas drugiej wojny światowej narodu żydowskiego, a także polskich patriotów.

Jest szereg wątków i tak naprawdę mam wrażenie, że to dopiero początek rozmowy o historii jeziora Rusałka, a w zasadzie o historii Poznania. Temat bardzo głęboki i wielowątkowy. Ta debata miała tę wielowątkowość pokazać. Bo to nie tak, że skupiamy się na sensacyjnym aspekcie pojawienia się macew w jeziorze, co oczywiście jest ważne i trzeba o tym mówić, ale myślę, że to jezioro stanowi temat bardzo złożony i przez lata zaniedbany. A nawet swego rodzaju tabu. Zresztą z Barakiem Kultury uczestniczyliśmy w projekcie pt. "Rusałka niepamięci" pięć lat temu.

 

Jezioro Rusałka, fot. Mateusz Kiszka

Jezioro Rusałka, fot. Mateusz Kiszka

MK: No właśnie, to nie jest pierwsze podejście do tematu.

PP: Tak, nad jeziorem miało miejsce kilka wydarzeń zwracających uwagę na jego historię, w sposób bardzo mi odpowiadający – łączyły zdarzenie kulturalne z kontekstem historycznym, w ten sposób mówiły o historii miejsca. Wydaje mi się, że tak trzeba myśleć o tym temacie. Ta debata miała duży potencjał, bo połączyła osoby z wielu stron i pozwoliła w efekcie na bardzo szerokie omówienie zagadnienia. Na razie wstępne, bo trzygodzinna rozmowa nie wyczerpuje kwestii, raczej sygnalizuje skomplikowanie tego problemu.

 

MK: Gdzie usłyszałeś o historii Rusałki, skąd to zainteresowanie?

PP: Pięć lat temu zostałem zaproszony przez Marcina Mikołajczaka do projektu pt. "Rusałka niepamięci" i wtedy dotknąłem po raz pierwszy tej historii. Byłem bardzo zdziwiony, że wiedząc już dość dużo na temat dziejów Poznania, wcześniej się z tym wątkiem nie spotkałem. I z perspektywy kilku lat, które minęły od tego projektu, stwierdziłem, że nadal się o wątku Rusałki nie mówi, że niewiele się w tym zakresie zmieniło.

 

Pomyślałem sobie, że rzeczywiście jest coś dziwnego w ukrywaniu tej historii i wielu innych tego rodzaju. To jezioro było przecież elementem szerszego planu przebudowy Poznania, rekreacyjnego pasa zieleni i wody, który wymyślili sobie Niemcy, projektu zazielenienia przestrzeni od Strzeszyna do jeziora Malta. 

Przeanalizowałem plany niemieckich architektów, którzy projektowali budynki, ale też kliny zieleni, mające w sposób znaczący zmienić klimat miasta. I wydaje mi się, że to były plany jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej, wprowadzone jednak w życie podczas okupacji. Były realizowane dzięki niewolniczej pracy więźniów. Także tych z obozów koncentracyjnych, które były rozmieszczone w samym Poznaniu i naokoło niego. Było tam wielu Żydów, w większości spoza Poznania, ze wschodnich rejonów Wielkopolski, także z Łódzkiego, w zasadzie z gett z całego kraju.

Wykorzystywano ich do pracy, oczywiście w skandalicznych, nieludzkich warunkach. Realizowali konkretny plan przebudowy Poznania, a Rusałka stanowiła jego znaczący element. Ta przebudowa obejmowała również Golęcin i Sołacz. Klin zieleni miał się ciągnąć do Jeziora Maltańskiego i w zasadzie powinniśmy mówić o dwóch jeziorach wykopanych niewolniczą pracą.

 

MK: Można by jednak powiedzieć: to jest historia.

PP: Z pewnością, jednak historia zaniedbana. Nie wiem dlaczego.

 

MK: No właśnie, bo ja sam niedawno dopiero o tym usłyszałem. Nie jestem wprawdzie rodowitym poznaniakiem, ale tu mieszkam większą część życia i mimo to nic o tym nie wiedziałem. Jak myślisz, dlaczego jest to taką nieopowiadaną, milczącą historią?

PP: Bierze się to po części stąd, że po wojnie na tematy związane z Żydami mówiło się niewiele. Nie tylko zresztą w Poznaniu. Wiadomo było przecież, że Polacy częściowo w bezprawny sposób zajmowali majątki żydowskie, stąd niekoniecznie chciało im się później przypominać o tym, kto i co po naszych żydowskich sąsiadach przejął.

Druga rzecz jest taka, że - ponieważ my długi czas byliśmy państwem nieposiadającym suwerenności - po drugiej wojnie światowej wpadliśmy w orbitę wpływów radzieckich i staliśmy się kolejną republiką rad, więc komunikat o tym, co zdarzyło się wcześniej, był zakłamany. Nie dochodzono tych historii, nie eksponowano ich, nie ujawniano.

Przypominam, że Jezioro Maltańskie, którego wykopywanie zostało zaczęte przez więźniów żydowskich, dokończyli po wojnie polscy robotnicy. W związku z tym zapewne też nie wracano do bolesnych spraw, kto wykopał te dwa jeziora. Jakże istotne dla Poznania obecnie. Malta i Rusałka spełniają funkcje rekreacyjne. Myślę, że wypierano po prostu ten temat i nikomu nie zależało, żeby go ujawniać.

 

MK: Dlaczego dla ciebie ten temat jest tak istotny? Dlaczego chcesz go wydobywać na wierzch?

PP: To zawsze było zadaniem Baraku Kultury, żeby przywoływać takie tropy, które są spychane na margines, niezauważane przez ogół. Zawsze bliskie były nam takie kwestie. Realizowaliśmy przez siedem lat Poznańskie Dni Kultury Prawosławnej, które przypomniały poznaniakom że mają cerkiew. I tu mamy podobny mechanizm. Z tym, że w tym przypadku mamy do czynienia nie z czymś zmarginalizowanym, a z tematem tabu. Dla miasta, wyobrażam sobie, dosyć kłopotliwym.

 

Dla mnie historia jest szalenie ważną dziedziną życia. Po prostu to, co było kiedyś, kształtuje nas dzisiaj.

Poza tym przemilczanie tego fragmentu historii Poznania nie służy dobrze samej atmosferze miasta, które obecnie stara się być przecież otwarte na mniejszości, na różnorodność.

 

A po części przecież historia dwóch jezior jest opowieścią o różnorodności. Pojawia się tam wątek niemiecki, żydowski.

Jezioro Rusałka, fot. Mateusz Kiszka

Jezioro Rusałka, fot. Mateusz Kiszka

Niemiecka historia Poznania też jest w dużej części tematem tabu. Jeżeli jednak to miasto ma normalnie funkcjonować, także w kontekście historycznym, czyli budować swoją współczesną tożsamość w oparciu o prawdziwą historię, to musimy o tych wątkach mówić. Dla mnie Rusałka jest węzłem, w którym splatają się tematy żydowskie, niemieckie i polskie.

Będziemy starali się te wszystkie trzy strony zaangażować w działania, które mają odkłamać historię Rusałki, przedstawić ją poznaniakom i przywrócić pamięć, która została zamazana. Zresztą to nie dotyczy tylko Rusałki, ale i innych różnych przestrzeni w mieście. Wymagają one, żeby je na nowo skomentować, i przedstawić we współczesnym kontekście

Będziemy to dążenie wzmacniać przez działania kulturalno-społeczne, edukacyjne, bo w tym obszarze też jest wiele zaniedbań.

Jeśli my nie wiedzieliśmy, skąd te jeziora się wzięły, to jest wina między innymi przekazu wiedzy. Czy raczej braku przekazu, Wydaje mi się, że powinniśmy dążyć do przywrócenia pamięci ich historii, nie tracąc jednocześnie funkcji, którą teraz jeden i drugi akwen pełni.

 

I upatruję tu dla Rusałki szansę, choć nie jest to takie proste, bo połączenie funkcji rekreacyjnej z martyrologiczną, symboliczną jest bardzo trudne. Przecież nie jesteśmy w stanie jeziora zamknąć i powiedzieć poznaniakom: sorry, ale nie możecie się tam kąpać.

Przypominam, że zanim więźniowie żydowscy zaczęli pracować nad wykopaniem jeziora, było to miejsce egzekucji polskich patriotów. Wątków martyrologicznych jest tam mnóstwo i to też trzeba mieć na uwadze – że to teren naznaczony śmiercią nie tylko Żydów, ale i Polaków, być może i więźniów innych narodowości i religii.

Bo mieliśmy w Poznaniu i okolicach wiele obozów, z których więźniowie mogli pracować nad Rusałką. Na stadionie Szyca na przykład był obóz pracy i przebywali tam więźniowie różnych nacji. Temat jest więc rzeczywiście skomplikowany, ale jak powiedziałem, upatruję tu dużą szansę, bowiem symbolika jeziora sama w sobie jest czymś wyjątkowym.

Zwykle opowiada się takie historie poprzez obozy koncentracyjne, co kojarzy nam się z zamkniętymi przestrzeniami nacechowanymi negatywnie, drutami kolczastymi ograniczającymi wolność, a tutaj mamy jezioro. Chcąc nie chcąc, jest to jednocześnie symbol męczeństwa i symbol życia tego miasta obecnie. Jak to połączyć w jednolitą funkcję symboliczno-rekreacyjną? Pracujemy cały czas nad tym, ale myślę, że to jest do zrobienia, że paradoksalna atrakcyjność tej przestrzeni może być ratunkiem dla pamięci o jej tragicznej historii.

 

MK: Tak jak powiedziałeś: jeśli dziś mamy być miastem otwartym na różnorodność, to przywróćmy pamięć o wielokulturowości Poznania.

PP: Oczywiście. Rusałka jest jednym z pomników tej wielokulturowości. Częściowo opowiada też o absurdzie historii. Przecież żyjemy w mieście w dużej mierze niemieckim. Z drugiej strony trauma drugiej wojny światowej przeorała tę świadomość, odwróciła zupełnie proporcje. Musimy jednak do tego wrócić, bo ślady niemieckie są tu bardzo wyraźne. I jeśli mamy odkłamywać historię Rusałki, to czemu przy okazji nie odkłamać innych wątków z historii Poznania? Jeśli będziemy żyć w zakłamaniu, to zawsze będziemy się tu czuli nie do końca u siebie.

 

MK: Można powiedzieć, że upiory będą wychodziły, bo zaczniemy napotykać znaki takie, jak te wyłaniające się z toni jeziora macewy i nie będziemy wiedzieli, skąd to jest. Będzie to tylko straszyło.

PP: Dlatego tak ważna jest edukacja i budowanie świadomości tego, jaką Rusałka ma wartość symboliczną i że można to pogodzić z jej ekosystemem. Choć są pomysły, żeby jezioro osuszyć i wydobyć wszystkie macewy. Musi to być skonsultowane z ekologami, bo w konsekwencji ekosystem zostałby zburzony.

 

Pojawia się podstawowe pytanie: czy warto? Czy nie lepiej informować, edukować, że te macewy tam są?

Być może będą pojawiać się coraz częściej, bo mamy do czynienia z coraz większym niedoborem wód gruntowych i wysychanie jeziora też może się zacząć. Jeżeli będziemy mieli świadomość, że te macewy tam są, nie będzie nas to już tak bardzo bulwersować.

A być może – to już ryzykowny pogląd, ale w tym momencie wszyscy się nad tym zastanawiamy, więc szereg pomysłów, nawet kontrowersyjnych, można formułować – one powinny być widoczne w tym jeziorze, jako znak czy symbol. Dlaczego to jezioro miałoby być zamknięte, osuszone? To tylko może wzbudzić gniew czy dodatkowo zrazić ludzi do tematu różnorodności, wielokulturowości, który chcemy przy tej okazji wyeksponować.

 

MK: Można też zapytać o nasze miasto: czy chcemy, nawet pamiętając o historii, zamienić je w muzeum, czy ma być przestrzenią życia?

PP: To jest bardzo ważny wątek. Dla mnie Rusałka żyje i nie chciałbym jej kierować w stronę muzeum, bo uważam, że ta jej funkcja rekreacyjna – jest przecież wielu ludzi, którzy tam wypoczywają, biegają wokół niej – jest istotna i trzeba to uwzględnić. Stworzyć program działań, które upamiętnią to, co się tam zdarzyło, nie zakłócając obecnej funkcji.

 

Jezioro Rusałka, fot. Mateusz Kiszka

Jezioro Rusałka, fot. Mateusz Kiszka

Myślę, że traumy związanej z historią nie można przenosić na obecne pokolenia.

Tłumaczę to takim hasłem: "Rusałka – jezioro, które łączy". I dla mnie to jest wspaniały symbol. Nie obóz koncentracyjny ogrodzony drutami, tylko piękne jezioro, które wpisało się w przestrzeń miasta, z wszystkimi ścieżkami wokół, które też – realizując projekty edukacyjne, kulturalne, społeczne – można wykorzystać.

Dlaczego projekty, mające służyć zachowaniu pamięci, nie mogłyby też przyczyniać się do tego, żeby ono coraz piękniej wyglądało? Żeby było atrakcyjne także wokół linii brzegowej. Żeby działy się tam rzeczy upamiętniające historię, a jednocześnie przyciągające ludzi, którzy chcą tam wypocząć. Żeby nadać mu swoiste nowe życie.

 

MK: Czy macie już jakiś plan?

PP: Na pewno chciałbym powrócić do koncertu, który przed pięcioma laty nie doszedł do skutku ze względu na pogodę. Wrócimy więc do koncertu na niebieskim pomoście, który teraz jest odrestaurowany i zmienił kolor. To będzie koncert zbudowany z relacji reporterskich, relacji świadków powstawania tego jeziora, a jednocześnie muzycznie wprowadzający życie w to wszystko. Miałby splatać historię, pamięć i to, że ta przestrzeń cały czas żyje.

 

Sygnalizować, że to jezioro ma drugie dno, na co wskazują ukryte pod jego taflą macewy.

Chcemy też podjąć wiele działań edukacyjnych, nie tylko wokół Rusałki, ale też w przestrzeni miasta, uświadamiając poznaniakom, czym to jezioro było, z czym to jezioro się łączy, jaka jest jego historia. I będziemy dążyli do tego, żeby te funkcje rekreacyjne w tych działaniach wykorzystać. Mamy parę pomysłów, które powoli kształtujemy; nie chcę mówić o całym projekcie, bo jest w fazie budowy, ale myślę, że już w tym roku uda się coś zrobić.

I też ta debata, od której wyszliśmy, zgromadziła ludzi podobnie myślących. Nawet jeśli się różnimy w kwestiach, co należy robić konkretnie, czy co to jezioro dla nas znaczy, to jednak należy połączyć siły. Myślenie ludzi kultury, artystów, społeczników, naukowców, aktywistów miejskich winno prowadzić do odkłamania historii tego jeziora, ale jednocześnie zainteresowania tym poznaniaków w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy sposób.

 

MK: To już odbiega od tematu Rusałki, ale przecież to nie jest pierwszy projekt, w którym jako fundacja chcecie dzieje Poznania pokazać jako historię żywą i niekoniecznie naznaczoną piętnem tragedii. Były już Poznańskie Dni Kultury Prawosławnej, o których wspomniałeś, a wątek żydowski pojawił się w projekcie Fira. To także było odkrycie przedwojennej historii miasta, które zamieszkiwali wspólnie Niemcy, Polacy, Żydzi.

PP: Tak. Zresztą dla poznańskich Żydów kultura niemiecka była bliższa niż polska, taki paradoks. Rzeczywiście, projekt Fira, którym zainteresował nas Andrzej Niziołek, to było pierwsze szersze spotkanie Baraku Kultury z kulturą żydowską. Zrealizowaliśmy spektakl „Toast” na podstawie biografii Firy Mełamedzon-Salańskiej i myślę, że potraktowaliśmy ten wątek kobiety, Żydówki, w niestereotypowy sposób. Tutaj jest podobnie.

Dodałbym jeszcze jeden projekt, czyli Bunt ’56 o Poznańskim Czerwcu, który też staraliśmy się zrealizować bez pomnikowego patosu Nie zapominając o historii, włączaliśmy nasze działania w krwioobieg współczesnego życia miejskiego.

 

I na tym też to myślenie o Rusałce powinno polegać. Aby nie cofać się do historii dla historii, ale by wpisać ją w rytm dzisiejszego Poznania.

MK: Można powiedzieć, że praktykę już macie, więc powodzenie jest niemalże pewne.

PP: Z tak trudnym tematem jeszcze się nie mierzyliśmy. Chociaż rzeczywiście mamy doświadczenie w łączeniu historii ze współczesnością. I to w sposób skuteczny, więc jestem dobrej myśli.