fot. Magdalena Kasperczak

Salonowo i plenerowo

Odmrożone upalnym latem życie koncertowe dawało wiele możliwości obcowania z muzyką poważną – także z mniej znanym repertuarem lub w mniej zobowiązujących okolicznościach.

Kiedy w zeszłym roku opisywałem płytę „Warszawski salon muzyczny” Arte dei Suonatori Piano Quartet, nieśmiało sugerowałem, że kolejnym krokiem mógłby być jego poznański odpowiednik. Bardzo się ucieszyłem, kiedy okazało się, że moje podszepty zostały wysłuchane i zmaterializowały się jako koncert „Muzyczny Salon Radziwiłłów”, za którym mają pójść też nagrania.

Salonowi wirtuozi

15 lipca Arte dei Suonatori wystąpiło w Sali Białej Urzędu Miasta, a miejsce to zostało wybrane nieprzypadkowo. W XIX wieku to dawne kolegium jezuickie było pałacem namiestnikowskim Radziwiłłów, a w Sali Białej odbywały się koncerty. Nie ma dowodów na to, że akurat utwory wybrane na ten koncert były tam wykonywane, ale nawet sama możliwość, że mogło tak być, działała na wyobraźnię. Usłyszeliśmy dwie kompozycje twórców wciąż czekających na odkrycie. O ile postać Józefa Krogulskiego (1815–1842) może być już niektórym znana, to August Fryderyk Duranowski (1770–1834) jest zupełnie zapomniany. Na niezrozumiałość tego stanu rzeczy zwracał uwagę skrzypek Paweł Zalejski, solista w jego „Koncercie skrzypcowym A-dur”.

 

Arte dei Suonatori, fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Muzyk przedstawił go opinią Niccolò Paganiniego, który miał stwierdzić, że to Duranowski uświadomił mu istnienie nowych możliwości gry na skrzypcach. Takie referencje od wirtuoza wszech czasów robią wrażenie.

A jakby tego było mało, Zalejski powoływał się też na krytyków, którzy przy okazji pojedynku Paganiniego i Karola Lipińskiego, mającego rozstrzygnąć, kto jest najlepszym skrzypkiem, przypominali, że w tej rywalizacji należałoby uwzględnić właśnie Duranowskiego. Jak więc się to stało, że to nazwisko nic nam obecnie nie mówi?

Być może przyczynił się do tego wędrowny i awanturniczy tryb życia – „wagabundzki”, jak to określił Zalejski, który przybliżył barwny życiorys artysty – gdzie było miejsce na aresztowanie w Mediolanie i wydobycie z więzienia za wstawiennictwem Napoleona. Duranowski był też znany z tego, że nie miał swoich skrzypiec – w każdym mieście, do którego przyjeżdżał, pożyczał instrument (co, zwłaszcza w przypadku skrzypka, jest niespotykane). Po takim wprowadzeniu byliśmy przygotowani na dzieło pełne energii, werwy, efektowne, chwilami wręcz ogniste.

Jak to bywa w przypadku utworów pisanych przez wirtuozów, także ten, opublikowany ok. 1810 roku, służył przede wszystkim zaprezentowaniu wszelkich walorów solisty. Z niełatwą partią Zalejski poradził sobie znakomicie.

 

Koncert usłyszeliśmy w opracowaniu pianistki Katarzyny Drogosz, w którym to jej instrument przejął na siebie obowiązki wynikające ze zmniejszenia obsady sekcji dętej.

Nie mogło obyć się bez bisu, a Zalejski w eleganckim geście stwierdził, że wieczór z muzyką poważną bez twórczości kompozytorki byłby wieczorem niepełnym i zaproponował kompozycję Grażyny Bacewicz, bo jak zauważył – epoka, z której dzieł słuchaliśmy wcześniej, nie była dla artystek zbyt łaskawa. Jej „Kaprys polski” (1949) wykonał brawurowo.

Wieczór rozpoczął się od „Oktetu d-moll” Józefa Krogulskiego, utworu spopularyzowanego kilka lat temu dzięki nagraniu pod przewodnictwem Nelsona Goernera wydanemu przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Jego autor był z kolei wirtuozem fortepianu i choć ten instrument odgrywa w utworze ważną rolę, to inne są dla niego równorzędnymi partnerami, a nie tłem.

Podczas koncertu było to szczególnie odczuwalne dzięki rozstawieniu muzyków po łuku. Po lewej stronie skrzypce (Aureliusz i Ewa Golińscy), altówka (Natalia Reichert), na środku fortepian (Katarzyna Drogosz), flet (Anne Freitag) i klarnet (Toni Salar-Verdu), a po prawej kontrabas (Anna Bator) i wiolonczela (Maciej Łukaszuk).

Dzięki takiemu układowi można było docenić w pełni kontrasty barwowe i zmyślną konstrukcję całości – architektura skomponowanego ok. 1833 roku dzieła faktycznie rozgrywała się w przestrzeni.

 

Arte Dei Suonatori, Arkadiusz Goliński

Orkiestra Arte Dei Suonatori, fot. Magdalena Kasperczak (Modelina)

Jako pierwowzór oktetu wskazuje się „Septet d-moll” Johanna Nepomuka Hummla, ale to wykonanie co i rusz przypominało mi o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie ze względu na melodykę i relację między instrumentami. Partia fortepianu w swojej potoczystości i śpiewności kojarzyła się z twórczością Fryderyka Chopina, a te walory lepiej pozwolił wydobyć wybrany przez Drogosz instrument, współczesna kopia wzorowana na modelu z początku XIX wieku.

Po koncercie miałem okazję porozmawiać z Aureliuszem Golińskim, którego podpytałem o znaczenie tych kompozytorów i przyczynę tego, że popadli w zapomnienie. Muzyk zwrócił uwagę na to, że być może nie posiadamy klucza do języka, jakim oni operowali i że jemu samemu znalezienia takiego klucza też zajęło trochę czasu. Podkreślił, że warto dać tym utworom szansę, gdyż dzięki nim możemy lepiej zrozumieć styl epoki, również twórczość aktywnych wtedy kompozytorów, których teraz uznaje się za wybitnych.

Obcowanie z tymi utworami sprawiło, że Goliński inaczej zaczął postrzegać i podchodzić do utworów, z którymi miał wcześniej do czynienia. Od siebie mogę dodać, że to przedsięwzięcie jest kolejnym argumentem za tym, że warto wyjść poza kanon, bo również to, co wcześniej przeoczone, może okazać się interesujące, jeśli zostanie ukazane w ciekawym kontekście. A przygoda Arte dei Suonatori z tą muzyką się nie kończy – w planach jest nagranie kompozycji Krogulskiego, Duranowskiego oraz innego wirtuoza skrzypiec, Feliksa Janiewicza.

W okolicznościach przyrody

Niedaleko Urzędu Miasta, bo w Parku Chopina, 10 lipca wystąpiła Orkiestra Antraktowa Teatru Polskiego. Był to jeden z trzech lipcowych koncertów zespołu – pierwszy odbył się przed Teatrem, a ostatni na dziedzińcu CK Zamek. Warto docenić, że orkiestra smyczkowa prowadzona przez Adama Domurata zdecydowała się na nie do końca standardowy jak na plenerowe występy repertuar. Muzyka była przystępna, pasowała do miłych okoliczności przyrody i niezobowiązującej atmosfery słuchania na trawie, ale wciąż były to utwory na poziomie.

 

Najstarszą z kompozycji była „Serenada na orkiestrę smyczkową” z 1892 roku Edwarda Elgara (1857–1934), z 1910 roku pochodzi „Fantazja na tematy Thomasa Tallisa” Ralpha Vaughana Williamsa (1872–1958), a o trzy lata młodsza jest „Suita św. Pawła” Gustava Holsta (1874–1934). Gra zespołu jest bardzo elegancka, ale też zdecydowana i pełna energii, kiedy partytura tego wymaga. Jedyne co mi przeszkadzało, to zbytnia bliskość przejeżdżających tramwajów.

Domyślam się, że muzycy chcieli uhonorować patrona parku, grając przed jego popiersiem, ale aż prosiło się o to, żeby bardziej oddalić się od ulicy, a przecież teren jest rozległy. To jednak niewielka niedogodność, która nie zakłóciła poważnie odbioru i satysfakcji z słuchania muzyki w nietypowym,  a jakże przyjemnym otoczeniu. Takie wychodzenie z sal koncertowych to szansa na przyciągnięcie nowych odbiorców, którzy na muzykę mogą natknąć się przypadkiem, choćby będąc na spacerze. A może zainteresowani w ten sposób przyjdą na kolejny koncert. Ja nie mogę się już doczekać.