fot. Materiały prasowe, fragment okładki książki, o której mowa w artykule

Się – „Ja” pisze historię.

Źródła pisane uznawane są za pewniejsze, niż czyjeś opowieści. To, co spisane, od razu ma większą moc, niż wypowiedziane słowo.

Czy to jakieś echo kolonizacyjnego poczucia wyższości „białego człowieka” nad niepiśmiennymi – przedstawicielami kultur, które nie wytworzyły pisma, lub których losy uznano za niewarte utrwalenia w słowie?

 

Pismo utrwala opowieść, a wydane w formie książki otrzymuje już status „dokumentu”.

Jesteśmy wtedy bardziej skłonni wierzyć, że to prawda, kiedy za słowem napisanym, stoi prestiż wydawnictwa, redaktora książki, jej recenzenta itp. Jeśli jeszcze narracja prowadzona jest w obiektywizującej trzeciej osobie ma się wrażenie, że to opowieść mówiąca o tym, jak było „naprawdę”.

Dedykacja

Materiały pisane są nierzadko głównym (by nie rzec – jedynym) źródłem wiedzy dla historyków teatru, ale także happeningu czy innych ulotnych form sztuki. Dlatego, jako naukowiec, sama sięgam po książki opisujące rozmaite zdarzenia teatralne. Mam poczucie, że mogę ufać temu, co w nich napisano, choć nie znaczy to wcale, że muszę pójść tropem myślenia ich autorów.

 

Co jednak zrobić w sytuacji, kiedy czytam o wydarzeniach, w których sama brałam udział, ale historię opisaną pamiętam całkiem inaczej i co więcej – mam dokumenty, że nie wszystko było tak, jak autor napisał?

Ten tekst chcę zadedykować wszystkim moim studentom, byłym, obecnym oraz tym, z którymi spotkam się w nowym roku akademickim. Historia, która doprowadziła do jego powstania jest stara – liczy sobie 17 lat, a wróciła do mnie dzięki książce.

Tą książką było opasłe tomiszcze wydane przez Narodowe Centrum Kultury w 2013 roku zatytułowane „Waldemar Major Fydrych” (a przynajmniej to sugeruje układ graficzny okładki). Narracja prowadzona jest w niej w trzeciej osobie, więc nie od razu zorientowałam się, że jej autorem jest sam zainteresowany, czyli Waldemar Fydrych – a „Major” to tytuł.

Powstanie tego tekstu zostało sprowokowane jego opisem dwóch akcji z lat 2000, które odbyły się w Poznaniu (a przynajmniej z naszym miastem i jego kulturą miały związek).

Przywracanie pamięci

O Majorze wiemy dużo, lecz co wiemy o tych, z którzy brali udział w jego happeningach? Tak jak o studentach kulturoznawstwa UAM, którzy bezimiennie pojawili się w opisach dwóch akcji Majora.

Te kilkanaście lat, jakie upłynęło od owych zdarzeń, pozwoliło pokazać, że osoby – wtedy bardzo młode – które wzięły w nich udział, nie były przypadkowymi „ludźmi znikąd”, którym nie przysługuje pojawienie się w opowieści legendy polskiego happeningu pod własnym imieniem i nazwiskiem.

 

Tak właśnie zostali potraktowani przez Majora w budowaniu jego własnej legendy.

To im i ich opiniom, działaniom chcę teraz przywrócić pamięć: tym, którym w jego narracji, nadano formę bezosobową. „Major napisał ulotkę”, ale już plakaty „zostały zaprojektowane” a Poznań „został oplakatowany”.

O tym zdarzeniu z 2004 roku pisały gazety. Zabawnie wyglądało to w tytule: „Major i Kapral aresztowani”. Kim był wyższy rangą, było od razu wiadomo, ale co to za Kapral?

W książkowych wspomnieniach Majora pojawia się tylko jako „jeden z uczestników”, z którym autor (książki) wylądował na komisariacie. Sprawdzić kto to był, nie było trudno – można było sięgnąć do artykułów, albo zapytać… Fydrych opisuje akcję promocyjną nieistniejącego specyfiku o nazwie Biosynteks, który na Placu Wiosny Ludów, był rozdawany wszystkim, którzy chcieli być młodzi, silni i piękni.

 

Robili to właśnie Major oraz Kapral – Kuba Kapral, którego każdy interesujący się teatrem w Poznaniu zna bardzo dobrze.

Wtedy też młody Kuba nie był osobą bez doświadczeń teatralnych w przestrzeni publicznej, był wcześniej aktorem zespołu Terminus A Quo i dlatego stał się drugim z performerów i warto, by o tym pamiętano.

Tak przy okazji, akcja nie miała miejsca w kwietniu, jak napisano w książce, tylko później. Pamiętam to dlatego, że wieczorem, w dniu kiedy obu wykonawców zawieziono do komisariatu, zadzwonił u mnie w domu telefon.

 

To był Kuba, który swój jedyny kontakt z zewnętrzem, podczas zatrzymania na 48 godzin, przeznaczył na to, by poprosić o usprawiedliwienie go przed dr Krystyną K., którą bardzo cenił i lubił, a na egzaminie u której nie mógł się następnego dnia rano pojawić.

Taki to był pilny student! A dr K. wyraziła pełne zrozumienie dla nieobecności studenta.

Bagietki w majonezie

Drugie z wydarzeń, o którym opowiada rozdział XII, miało miejsce cztery lata później. Pierwszy akapit rozpoczyna się tak:

 

„W tym wypadku Major postanowił zająć się stereotypami”.

 

Akcja „Stereotypy” przedstawiona zostaje więc jako pomysł i działanie Majora. W rzeczywistości była konsekwencją współpracy między Université d’Artois i UAM. Waldemar Fydrych został do niej zaproszony przez studentkę z Arras, natomiast sama tematyka projektu powstała wcześniej, opracowana przez opiekunów naukowych z obu uniwersytetów.

 

O ile w tekście pojawia się nazwisko profesora z UAM, to już nazwisk kobiet, które pracowały nad projektem, znaleźć nigdzie nie można.

Grupą francuską opiekowała się prof. Christianne Page oraz Nathalie Pudlicki, a polską prof. Tyszka oraz niżej podpisana. Uczestniczyłam w całej pracy we Francji, przy montowaniu scenek przygotowanych przez obie grupy w jeden spektakl. Był to projekt studencki, więc to studenci mieli decydować o tym, co i jak chcą pokazać.

Niestety Major postanowił wykorzystać projekt, by przypomnieć o sobie i chciał przejąć rolę reżysera i przywódcy, na co młodzi ludzie niekoniecznie mieli ochotę. Stąd zrodził się konflikt, który w swoim „obiektywizującym” opisie Fydrych przedstawia jako starcie dwóch koncepcji: „sztuki dla sztuki” i „sztuki zaangażowanej”.

 

Natomiast w rzeczywistości cały konflikt zaczął się od bagietki, a konkretniej – jej użycia w spektaklu.

Wbrew temu, co zostało napisane w książce, młodzi ludzie (z obu stron) nie mieli nic przeciwko przebraniu się za policjantów, choć scena ta – wymyślona w ostatniej chwili, nie miała nic wspólnego z tematem projektu, ani tematyką poprzednich scen (zarówno jeśli chodzi o treść, jak i estetykę).

Mieli (a właściwie miały) za to duże opory przed odegraniem tzw. „robienia loda” policjantom, których przyrodzeniami miały być owe bagietki unurzane w majonezie. Scena była niesmaczna i młode kobiety (zarówno Polki, jak i Francuzki) nie chciały jej po prostu grać.

 

Miały prawo powiedzieć: „Nie” i z tego prawa skorzystały.

Nie musiały łamać swoich zasad w imię „sztuki zaangażowanej”. Miały swoje sceny, nad którymi samodzielnie pracowały, w których się wypowiedziały na temat stereotypów narodowościowych. W żadnej innej scenie Fydrych nie brał udziału – tę wymyślił dla siebie, Niestety naparł się i swoim uporem zaczął zagrażać całości przedsięwzięcia. Dla niego nie był to projekt studencki, dla niego była to okazja do przypomnienia o sobie przy pomocy skandalizującego happeningu (dlatego na prezentację paryską zaprosił korespondenta polskiej prasy).

Opis, zamieszczony w książce, powiększa rolę Majora, który na pewnym etapie pracy stał się przede wszystkim siłą destrukcyjną forsującą swoje pomysły za wszelką cenę. Uciekał się do manipulacji, nie rozumiał dlaczego nie chcemy zmusić podopiecznych do grania takiej sceny.

 

Dziś nikt raczej by nie śmiał proponować tego rodzaju scen studentom.

Kobiety zdecydowanie odmówiły udziału w takim finale, więc to Major sam wcielił się w rolę, „gwałconego” przez usta przy pomocy bagietek więźnia (co widać na zdjęciach zamieszczonych w książce).

Konflikt z policją

Sama prezentacja w Paryżu też nie wyglądała tak dramatycznie, jak zostało to opisane. Owszem, cała grupa weszła w kontakt z policją francuską. Trzeba jednak zacząć od tego, że umawiający granie w Paryżu Major chciał grać w niecce pod Centre Georges Pompidour, zwykle pełnej ludzi.

 

Nie sprawdził jednak, że tego dnia Centrum było zamknięte, więc nie było pod nim nikogo, kto mógłby stanowić widownię.

W związku z tym postanowił, że przeniesiemy pokaz przed Centrum, na plac Edmond Michelet. To tam nie pozwolili grać policjanci, tłumacząc, że zajmujemy za dużo miejsca. Nie mieli nic przeciwko temu byśmy grali pod Centrum. Przez cały spektakl balansowaliśmy więc na granicy niecki i placyku. Kiedy akcja za bardzo przenosiła się na placyk, policjanci się ujawniali.

 

To nie Major z nimi dyskutował – on na widok policji odsunął się od naszej grupy. Uwiecznione jest to na jednym ze zdjęć w książce – twarz Majora widać w oddali, między innymi przyglądającymi się całemu zdarzeniu.

Przed policjantami tłumaczyli się prof. Page i prof. Tyszka. Nie było w tym żadnej agresji, po prostu obie strony robiły to, co jak uważały musiały. Oczywiście, nie było to przyjemne, tak jak nie jest przyjemny jakikolwiek kontakt z policją czy też konflikt.

Osoby

Marta – występująca we wspomnieniu jedynie jako imię – to Marta Keil, obecnie kuratorka teatralna współpracująca z wieloma teatrami w Polsce i Europie. Zastanawiam się, czy obecnie to dla niej byłby większy zaszczyt wspomnieć, że współpracowała z Majorem, czy raczej dla niego?

Krzysztof – to Krzysztof Dziemian, jedyny chodzący w tym spektaklu na szczudłach, bębniarz i ktoś w rodzaju konferansjera. Przez te kilkanaście lat dał się poznać jako znakomity animator kultury na Suwalszczyźnie, obecnie dyrektor Suwalskiego Ośrodka Kultury.

 

Pozostałe uczestniczki widać na zdjęciach, ale ich imiona nie pojawiają się wcale w tej his-story.

Marianna Piskorz – kobieta instytucja w poznańskiej kulturze, animatorka i producentka wydarzeń kulturalnych.

Agata Amelia Wawrzyniak – prowadząca kawiarnię będącą domem kultury na Wildzie, wspaniale śpiewa, wydała swoją płytę.

Agata Elsner – performerka, aktorka kilku poznańskich zespołów teatru niezależnego.

Ewa Janicka – tworząca z Agatą duet twórczy.

Jadwiga Zimpel – obecnie naukowczyni, specjalistka od kultury miasta.

Dorota Hensche – obecnie twórczyni dekoracji, kostiumów, charakteryzacji, nie tylko teatralnych.

 

To oni i ich francuscy koledzy stworzyli akcję uliczną „Stereotypy”, nie Major. A jednak ich historia została zawłaszczono tylko z tego powodu, że jako młodzi ludzie zostali potraktowani przez bardziej znanego jako „no name”.

Twórczość artystyczna – teatralna, happeningowa rzadko kiedy bywa dziełem jednego człowieka, szczególnie wtedy, gdy na scenie widać całą grupę osób. Należy się im przyznanie miejsca w
utrwalonej w książce historii.

Sam fakt, że ktoś jest młody i na początku swojej drogi artystycznej, aktywistycznej nie jest wytłumaczeniem dla pominięcia jego roli w zdarzeniu, które przypisuje się bardziej znanej osobie.

 

Historia nie powinna być pisana jako propaganda sukcesu, sukcesu jednej osoby.

Takich osób w całej wielkopolskiej kulturze jest sporo, tych, którzy pracują codzienne „u podstaw”, których nazwiska znane są nielicznym. A przecież to oni budują siłę wielkopolskiej kultury, właśnie „u podstaw” działając – tworząc miejsca, gdzie bardziej doświadczeni mogą pracować z tymi, którzy dopiero zbierają doświadczenia.

Ich nazwiska też muszą się znaleźć w Historii.