fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Siła z dragu

„Odkąd robię drag, odkryłem, że make up i obcasy mógłbym założyć nie tylko do klubu, ale też do Biedronki, gdybym tylko czuł się z tym bezpiecznie. Nie zgadzam się na aplikowanie mi stricte męskich ról, nie mam żadnych zobowiązań z powodu płci” – mówi Jakub Kostewicz vel drag queen Dziursi.

Jakub Wojtaszczyk: Dziursi, czyli twoją drag personę, pierwszy raz zobaczyłem na tegorocznym Marszu Równości. Miałeś na głowie „kapelusz”, który wyglądał jak poznański Okrąglak. Czy to miasto jest dla ciebie ważne?

Jakub Kostewicz vel Dziursi: Tak, jestem przybranym poznaniakiem. Studiuję film animowany na tutejszym Uniwersytecie Artystycznym. Tutaj też zacząłem robić drag i zostałem wcielony do dragowego House of Orzeczenie, czyli mojej queerowej rodzinki, a jednocześnie kolektywu, w którym mamy podobne aspiracje, w pewnej mierze nawet gusta. Moi znajomi mówią, że Dziursi to moje drugie życie. Dla mnie jest ono pierwsze.

 

Drag jest główną osią moich działań artystycznych – np. maluję portrety drag queenek; w taki sposób chcę przenieść estetykę dragu na medium artystyczne, z którym ta sztuka rzadko ma do czynienia.

Dziursi, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Jest on obecny w klubach LGBTQ+, wideoperformance’ach, na marszach równości, w swojej bańce, ale pod taką postacią nie ma go w galeriach czy właśnie na UAP-ie. Na uczelni drag jest czymś obcym, a prowadzący interpretują go na swój sposób. Wiele osób, widząc drag, myśli, że to teatr, maska albo performance, a dla mnie to po prostu rozszerzenie prawdziwego, „naturalnego” mnie, którego wcześniej nie znałem. Nie muszę nikogo udawać, w dragu czuję się silniejszy.

 

JW: Czy szedłeś na uczelnię z nastawieniem, że wprowadzisz drag w jej mury?

JKvD: Nie, wtedy nie wiedziałem, że drag istnieje. Chodziłem do technikum informatycznego, do męskiej klasy, a więc przebywałem w bardzo heteronormatywnym środowisku. Miałem zerowy dostęp do queeru. Na studiach chciałem robić edgy, ostre, awangardowe filmy, które mówiłyby o mojej dwubiegunówce i nawiedzających mnie natrętnych myślach. Miały być to wielkie rzeczy, porównywalne z tym, czego wcześniej naoglądałem się na różnych festiwalach animacji, jak poznański Animator. Planowałem przekuć ciężar psychiczny w coś ambitnego i zarazem mrocznego. Myślałem wtedy, że taka sztuka jest najbardziej wartościowa.

 

JW: Udało się?

JKvD: Starałem się tak działać do licencjatu. Klasyczne podejście do produkcji animacji okazało się jednak zbyt czasochłonne, w porównaniu do tego, jak tworzę. Potrafię animować, wpadam na ciekawe rozwiązania plastyczne, ale na film animowany składa się wiele różnych aspektów, jak scenariusz, reżyseria i praca w dłuższej perspektywie czasu.

 

A ja nie potrafię utrzymać entuzjazmu wobec żadnego projektu dłużej niż dwa miesiące!

Dziursi, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Choć mi to przeszkadza, to i tak zawsze zaczynam działać na kilka dni przed oddaniem pracy. Mój film dyplomowy liczył zaledwie 2,5 minuty, nie miał zakończenia, zrobiłem go w cztery dni. Komisja miała mnie oblać, ale uznali, że nie wypada. Przestało mi zależeć na robieniu depresyjnych filmów, bo w trakcie roku dyplomowego zderzenie z dragiem zwyczajnie zmieniło mnie w bardziej pozytywnego człowieka. Nie będę tworzył czegoś, co nie rezonuje ze mną emocjonalnie. Rzeczywiście nadal chodzę do psychiatry, mam za sobą terapię – ale artystyczne zapędzanie się w depresję po prostu mnie nie motywowało. Okazało się, że robi to drag i współpraca z ludźmi.

 

JW: Kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z dragiem?

JKvD: Pod koniec pierwszego roku studiów, w 2018 roku. W oczekiwaniu na konsultacje z animacji koleżanki puściły kilka ulubionych lip synców z „RuPaul’s Drag Race”, programu, który później, w trakcie pierwszego lockdownu, z wielką przyjemnością nadrabiałem. Tego samego roku pierwszy raz poszedłem na Pride w Poznaniu, a następnego na Animatorze widziałem drag performance Twojej Starej i Loli Eyeonyou Potocki, w którym brały ślub. Poznałem Dziadka Yantara, jeszcze zanim zaczął chodzić na vogue. Wreszcie zaprzyjaźniłem się z Bubą Porutą, który wyciągnął mnie do Lokum Stonewall,  a cały ten proces przypieczętowała Biała Płeć – moja drag matka i główne wsparcie w podążaniu drag ścieżką.

 

W ciągu paru miesięcy zostałem zbombiony queerem.

Wcześniej byłem dosyć cichą osobą, bo nie umiałem się odnaleźć w miejscach LGBTQ+. Nie chodziłem do Punto Punto Club, w którym praktycznie zaczęła się nowa fala polskiego dragu, ani na bale voguingowe – zwyczajnie się bałem, że nie pasuję. Mimo że na początku studiów byłem w miarę wyoutowany jako osoba bi, to nadal miałem w sobie zinternalizowaną homofobię, z czego nie zdawałem sobie sprawy. Lubiłem osoby queerowe, ale nie czułem się jako część ich świata.

 

JW: Jak objawiała się wewnętrzna homofobia?

JKvD: Między innymi tym, że bardziej podobali mi się hetero faceci. Uważałem ich za „normalnych”, z nimi się utożsamiałem.

 

Osoby queerowe mnie nie pociągały z typowych dla heteryków powodów – miały m.in. inny sposób mówienia, inną gestykulację.

Dziursi, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Przez szkołę miałem zakodowane, co wolno mi robić, a czego mam się wyzbyć dla własnego bezpieczeństwa – potem projektowałem to na innych. Jeszcze zanim poczułem się w Lokum jak u siebie, przyszedł pierwszy lockdown. Paradoksalnie nie zatrzymało to mojego oswajania się z byciem queerem – wszystkie imprezy dragowe przeniosły się do online’u. Zadebiutował „Młyn x Orzeczenie” Babci i Vrony, był Nów od Lokalnych Poznańskich Voguerów, „Twój drag brzmi znajomo” Twojej Starej. Chłonąłem drag i vogue w domu, nie musząc przygotowywać się mentalnie do wyjścia na miasto. Poza tym pandemia sprawiła, że przez zdalne nauczanie trochę osłabił się mój kontakt z ludźmi ze studiów. Zacząłem szukać nowych znajomych i tak przez Bubę Porutę poznałem osoby ze wspomnianego House of Orzeczenie. Zapraszano mnie na różne posiadówy. Biała Płeć zrobiła mi pierwszy make up, oddała kilka swoich strojów. W spadku po drag osobach, Gelejzie i Karaczan, dostałem pierwsze paletki. Próbowałem malować się w domu. Okazało się, że przez warsztat artystyczny wychodzi mi to całkiem nieźle.

 

JW: Rodzi się Dziursi?

JKvD: Oficjalnie drag queenką zostałem w czerwcu 2021, pół roku po pierwszych make-upach. Wtedy właśnie poszedłem w poznańskim Marszu Równości z Okrąglakiem na głowie, co zresztą było parodią ikonicznego looku Shady Lady z warszawskim Pałacem Kultury. Miałem gigantyczne wsparcie od House of Orzeczenie i Białej Płci. W dragu nie narzucam sobie większych barier. Póki co, wygląd Dziursi jest zależny od tego, jakie ciuchy wybiorę w lumpie albo pożyczę od znajomych, ale powoli zaczynam też projektować outfity od zera. Make-up dopasowuję do stroju, dorabiam ozdoby z kartonu, drutu i kleju na gorąco. Nie skupiam się na tworzeniu jednego spójnego wizerunku Dziursi, tak samo jak w filmach i malarstwie nie trzymam się jednej estetyki lub nastroju. Jeśli chcę zrobić look na demoniczną sprzątaczkę, to biorę mop i gumowe rękawiczki z łazienki, doklejam pazury i to też jest drag.

 

JW: Okej, ale w dragu nosisz imię i masz charakterystyczny wygląd. Te dwie rzeczy nie mogą być przypadkowe, prawda?

JKvD: Imię wzięło się właśnie z przypadku i trochę zostałem do niego nakłoniony przez Białą Płeć, ale od razu mi przypasowało. „Dziursi” w lingo poznańskich drag queenek wzięło się od Klaudii el Dursi z „Hotelu Paradise”, czyli kogoś ze stereotypową telewizyjną prezencją. Ma to elegancki sznyt, ale też brzmi strasznie głupio przez podmiankę na dziurę, więc myślę, że do mnie pasuje. Moje looki mają w sobie coś z klauna, horroru, szkoły, w pokrętny sposób z gier komputerowych, ale też z glamouru i punku. Często robię na twarzy ozdoby z papieru. Nie idę w konwencjonalny drag, czyli female illusion, które znamy z programu RuPaula, choć potrafię go docenić, gdy jest robiony z charakterem.

 

Dziursi, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

JW: Co daje ci drag?

JKvD: Poznałem ogromną liczbę fantastycznych ludzi tylko przy okazji kręcenia się w queerowym towarzystwie. Poza tym nie muszę zabiegać o uwagę, bo z marszu jestem w jej centrum.

 

Prywatnie na większych domówkach zdarza mi się wyciszać, bo nie mam energii na zabieganie o głos, gdy każdy chce coś powiedzieć. Natomiast perfo Dziursi wszyscy muszą oglądać i to ja decyduję, co inni widzą i co słyszą.

Za tym idzie pewność siebie i poczucie obecności w danym momencie, w danej przestrzeni. Drag daje mi też swobodę plastyczną, ponieważ moje kreacje mogą składać się ze wszystkiego, co mnie otacza, z każdej rzeczy, którą znajdę w domu czy sklepie. Bycie Dziursi pozwala mi na eksplorowanie nowych rzeczy we mnie, ale w połączeniu z tym, kim jestem na co dzień. Dotychczas też myślałem, że wpisuję się w definicję normatywnego mężczyzny, albo przynajmniej, że powinienem. Drag pokazał mi, że w rzeczywistości jest to przestarzały konwenans.

 

JW: Twoje poczucie płci ewoluowało z dragiem?

JKvD: Odkąd robię drag, odkryłem, że make-up i obcasy mógłbym założyć nie tylko do klubu, ale też do Biedronki, gdybym tylko czuł się z tym bezpiecznie. Nie zgadzam się na aplikowanie mi stricte męskich ról, nie mam żadnych zobowiązań z powodu płci. Kiedy chodziłem do gimnazjum, mówiono, że dana muzyka jest „gejowska”. Teraz odkryłem, że muzyka może być też heterycka, albo że dane zachowania mogą być hetero. Aczkolwiek nie oznacza to, że teraz jako osoba queerowa muszę się bardzo pilnować. Wszyscy wychowujemy się w kulturze hetero i jeśli chcemy, możemy ją ze sobą wnieść na kolejny etap. Na mój performerski debiut wybrałem utwór Ozzy’ego Osbourne’a, a to przecież starolski metal, którego słuchałem w gimnazjum. „Let Me Hear You Scream” znam na pamięć od dziesięciu lat, więc dlaczego by tego nie squeerować? Drag dał mi możliwość reinterpretacji kultury, w jakiej się wychowałem, wyniknęło z tego też oddalenie się od typowo męskiej strony mojej płci.

 

JW: Zacząłeś kwestionować zachowania wpojone w procesie socjalizacji?

JKvD: Dokładnie. Zawsze byłem niewystarczająco męski – szydełkowałem, nie chodziłem na WF, bardzo dużo się wygłupiałem, zamiast wyrabiać sobie respekt w klasie.

 

Dziursi, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Heteropropaganda obecna nawet w najbardziej prozaicznych momentach.

Pamiętam, jak ojciec powiedział mi, że na przywitanie trzeba mocno ścisnąć dłoń drugiemu facetowi, żeby pokazać swoją siłę i pewność siebie. W gimnazjum wiele czasu spędziłem na ćwiczeniu rąk. Później koledzy ojca byli zaskoczeni, jak „dobrze” się witam, co dawało mi poczucie męskiej walidacji. Teraz, wśród osób queerowych, przytulamy się na powitanie i pożegnanie, i to tylko wtedy, jeśli ktoś chce. Dla mnie obowiązkowe przybijanie sztamy na powitanie jest czymś trudnym, rzadko trafiam z ręką, ha, ha. Podobne zachowania, typowo heteryckie, zauważam dosłownie wszędzie. Chociażby na uczelni, kiedy jeden z prowadzących użył określenia: „Powiem to panu jak mężczyzna mężczyźnie”. Co on innego jest mi w stanie powiedzieć, kiedy poprzedzi swoją wypowiedź takim tekstem? Doszedłem do tego, że nie godzę się na nazywanie mnie mężczyzną w taki patriarchalny, kulturowy sposób. Bliżej mi do określenia „chłopak”.

 

JW: Czym różni się chłopak od mężczyzny?

JKvD: „Chłopak” oznacza coś bardziej delikatnego i niezobowiązującego, jest bardziej neutralne w porównaniu do „mężczyzny”. Ostatnio podoba mi się również label „demiboy”, bo poza chłopakiem zawiera w sobie poczucie, że w pewnej mierze nie potrzebujesz konceptu płci do funkcjonowania. Być może moja tożsamość z czasem będzie coraz bardziej neutralna? Mój drag też przecież jest zawieszony gdzieś pomiędzy tymi konstruktami.

 

JW: Dziursi stosunkowo niedawno pojawiła się na scenie dragowej. Jakie trudności dostrzegasz?

JKvD: Po pierwsze, kompletowanie looku w lumpach wymaga czasu i rzadko udaje się za jednym razem zebrać całość. Przez to na początku chodziłem tylko w obcasach, marynarce i kąpielówkach. Po drugie, zima to zdecydowanie nie jest pora na rajstopki i fishnet. Zamarzam, jak teraz gdzieś wychodzę w dragu. W końcu po trzecie – perfo zawsze jest dla mnie emocjonalnym, wręcz zdrowotnym wyzwaniem, bo drag jest silnie powiązany z moim wizerunkiem.

 

Dziursi, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Skoro Dziursi równa się Kostewicz, to chcę takie równanie podtrzymać, bo nie jestem astralnym bytem, który rozpłynie się po zejściu ze sceny albo zmyciu makijażu.

Kiedy puszczam film lub pokazuję malarstwo, ludzie nie muszą wiedzieć, jak wyglądam, oglądanie może wydarzyć się bez mojej obecności. Z kolei gdy wychodzę na scenę, totalnie podpisuję się całą swoją osobą pod tym, co się wydarzy. Ten performance nie istnieje w oderwaniu od człowieka. Jest to największe wyzwanie, ale i zaleta – energia między mną a innymi bardzo mnie napędza, bo pełno w tym wszystkim entuzjazmu. Obecność osób dragowych w mojej przestrzeni dodawała mi mnóstwo odwagi do bycia queerowym. Odkąd powstała Dziursi, dostaję sygnały, że podobno działam na innych.

 

 

Jakub Kostewicz vel Dziursi – artysta wizualny, student Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, drag queen Dziursi.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
14
Smutne
Smutne
2
Komiczne
Komiczne
1
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0