fot. Michał Sita, Teren PAK Kopalni Węgla Brunatnego Konin S.A. Punkt widokowy na odkrywkę Jóźwin IIB

Straż Widmo

O wysiedlonych pod kopalnię wsiach, z artystką wizualną Dianą Lelonek, reporterem i komendantem harcerskim Mateuszem Krzesińskim oraz historyczką sztuki Moniką Marciniak – autorami projektu „Zakopany krajobraz” – rozmawia Michał Sita.

Michał Sita: Co robicie w pustych wsiach otaczających kopalnie niedaleko Konina?

Diana Lelonek: Wysiedlone tereny to dla mnie jedna z najbardziej szokujących rzeczy, jakie się tu ogląda. Jedziesz przez obszary pokopalniane, czy raczej przedkopalniane – wsie przygotowane na ekspansję odkrywki. I nagle urywa się droga, jest już tylko wielka dziura w ziemi. Na Google Street View możesz zwiedzić okolice Roztoki czy Izabelina, chociaż w rzeczywistości nie ma tam już nic. Temat znikających wsi i tego, co po nich zostaje, pojawił się już w 2018 roku, kiedy pracowałam nad innym projektem.

 

Teraz mamy szansę zacząć tworzyć archiwum społeczne. Jego zadanie to rejestrować doświadczenia osób przesiedlonych z miejsc, zajmowanych przez kopalnię.

Staramy się dowiedzieć, co oznacza ta sytuacja z ich osobistej, prywatnej, intymnej perspektywy. Jak ich społeczności funkcjonują? Czy kontakty między ludźmi są utrzymywane, czy zrywają się raz na zawsze?

Może te wsie rzeczywiście przestają istnieć, nie tylko fizycznie, ale też w społecznym wymiarze? A może na jakiś nowy sposób żyją nadal?

Patrzymy na ten teren od strony osobistych przeżyć. To działanie idące wbrew dużym narracjom na temat regionu, takim jak ta prowadzona przez kopalnię, albo ta, charakterystyczna dla historyków.

Diana Lelonek w trakcie fotografowania Roztoki, fot. Michał Sita

Diana Lelonek w trakcie fotografowania Roztoki, fot. Michał Sita

Monika Marciniak: Kontekst opowieści o historii Konina jest ważny. Nowa, powojenna część miasta zbudowana jest przecież wokół kopalni węgla brunatnego, elektrowni i huty. To dla ich pracowników powstały bloki po prawobrzeżnej stronie Warty. I dzięki kopalni miasto mogło się rozwinąć.

Mateusz Krzesiński: Wcześniej to była kilkunastotysięczna mieścina.

MM: To taka klasyczna narracja o Koninie, ale ostatnio o wiele więcej przebija się do świadomości informacji o kosztach tych zmian. Wypowiadają się ekolodzy, rolnicy czy hydrolodzy. Nie mówiło się za to o kosztach społecznych.

 

W Muzeum Okręgowym w Koninie mamy taką makietę, na której tłumaczymy działanie odkrywki węgla brunatnego. Najważniejszy jest oczywiście wielki wykop w ziemi, w nim zminiaturyzowane maszyny.

Opowiadamy dzieciom, co te maszyny robią i jaka jest droga węgla od wydobycia do momentu, kiedy trafia na pociągi. Dalej widać tereny rekultywacyjne – ilustrują, w jaki sposób obszary pokopalniane są przywracane do użytku. A po drugiej stronie jest kierunek, w jakim zmierza kopalniana dziura. I tam są domki ludzi. Dzieci pytają: co się dzieje z tymi domkami? Co się dzieje z tymi ludźmi? Odpowiadamy: dostają inne domy, w innych miejscach. Po prostu.

 

MS: To rozwiązuje sprawę? Czy na pytania o koszt ludzkich relacji, społeczny koszt działania kopalni, da się odpowiedzieć w ten sposób?

MK: Pytamy o wspomnienia i relacje. Okazało się na przykład, że mieszkańcy Roztoki nadal się spotykają, choć nieraz są oddaleni kilkadziesiąt kilometrów od rodzinnej wsi. W jej centrum jest Ochotnicza Straż Pożarna. Chociaż nie ma już miejscowości i zniknęła większość budynków, w Roztoce nadal funkcjonuje remiza.

DL: Dlatego nazywają ją Strażą Widmo.

MK: Na tym się skupiliśmy – zebraliśmy sporo wywiadów, materiałów archiwalnych i wspomnień. Rozmawialiśmy z Bogdanem Siwińskim – zaangażowanym w funkcjonowanie straży od lat, i Stanisławem Maciejewskim – jego sąsiadem. Dom pana Stanisława kopalnia zaadaptowała na swoje biura.

 

Mateusz Krzesiński i Diana Lelonek w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej w Roztoce, fot. Michał Sita

Mateusz Krzesiński i Diana Lelonek w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej w Roztoce, fot. Michał Sita

Ładnych lat mieszka już w nowym miejscu, ale serce wkłada w Roztokę. Spędza niedzielę z sąsiadami, których nie ma. We wsi, której nie ma.

MM: On żyje po prostu dzisiejszym OSP Widmo. Nie analizuje przeszłości sprzed 20 lat, tylko angażuje się w to, co ma dookoła dzisiaj. To zupełnie inna sytuacja, niż ta, jaka by miała miejsce gdyby Roztoka istniała nadal. Nie byłoby wtedy Straży Widmo, do jakiej zjeżdżają byli mieszkańcy. Byłaby zwykła, wiejska remiza.

 

MS: Nie dokumentujecie nieistniejącej Roztoki sprzed 20 lat, nie mówicie o niej jak o raju utraconym. Interesuje was raczej sytuacja z dziś, z tu i teraz? Jeśli pojawia się w waszej pracy nostalgia, to jest to część aktualnego świata ludzi, którzy doświadczyli przemysłowej transformacji?

MM: To właśnie mnie zaskoczyło. Pytałam, co ludzie czują patrząc na postapokaliptyczny krajobraz wokół roztockiej Straży Widmo. Myślałam, że będą mówić o żalu, tęsknocie… Tymczasem odpowiedzi były całkiem inne. Ludzie związani z dzisiejszą remizą skupiają się na aktualnych zdarzeniach. Pielęgnują wspomnienia, ale raczej liczy się dla nich to, że dzięki nim mogą spędzać czas razem właśnie tutaj.

DL: Jednak w innych osobistych historiach, ta perspektywa może się okazać całkowicie odmienna. Są sytuacje, w jakich wszystkie więzi zostały zerwane. W innych wsiach podobne remizy zostały przecież starte z powierzchni ziemi. Bez jakiejkolwiek materialnej pozostałości po starej wsi, jej mieszkańcom o wiele trudniej się spotkać.

MM: Ludzie opowiadający o swoich rodzinnych stronach dają się ponieść emocjom, pojawiają się łzy.

 

Takim przykładem jest Henryk Szczepankiewicz, który w bardzo plastyczny sposób opowiedział o Goraninie, wsi z czasów młodości. Słuchając go, widzieliśmy domy, lasy, torfowiska, dzikie ptaki, ludzi... Z całą stanowczością stwierdził, że gdyby nie ingerencja kopalni, jego losy na stałe związane byłyby z rodzinną wsią. 

Dom Strażaka w Roztoce – dokumenty i tableau strażaków, fot. Michał Sita

Dom Strażaka w Roztoce – dokumenty i tableau strażaków, fot. Michał Sita

DL: Pan Henryk zwrócił też uwagę na coś niezwykle istotnego, na związek ludzi z Goranina z otaczającą ich naturą. Zanim pojawiła się tam kopalnia był to teren podmokły, okolicę otaczały bagna. Występowało mnóstwo wodnych ptaków. Opowiadał o tym, jak jako dziecko podbierał kaczkom jajka i jak z bratem łowili ryby.

Ten cały ekosystem zniknął bezpowrotnie. Dla Henryka to była ich lokalna Dolina Rospudy, niestety z pojawieniem się kopalni zaczęła wysychać. Obecnie w tym miejscu jest składowisko popiołów z elektrowni i wysypisko śmieci. Po bagniskach nie ma śladu.

 

MS: Wspólnym aspektem tych doświadczeń jest moment opuszczenia rodzinnych wsi. Dlaczego ten proces jest szczególny, kiedy powoduje go właśnie kopalnia?

MM: To jest przecież normalne, że czasem ludzie muszą się wyprowadzić, ale zwykle mają szansę po latach pokazać wnukom: o, tu jest dom, w którym babcia się wychowała. Kopalnia odkrywkowa zostawia ludzi z niczym. W miejscu ich siedzib jest wielka dziura. To specyficzna sytuacja, charakterystyczna dla tego regionu. Może to stan bliższy doświadczeniom wojennym? Pewnie to nadużycie, ale świadomość, że gdzieś na mapie jest jakaś kolebka, znaczy dla nas naprawdę dużo. 

DL: Pomyśl – wyjeżdżasz na studia, wracasz, a tam nie ma już ani twojego domu, ani nawet jego okolicy. Może za kilkadziesiąt lat pojawi się tam pole albo jezioro. Bo odkrywki funkcjonują przez jakiś czas, zasypuje się je i znikają, ale zmiana w ekosystemie, w roślinności, w ludziach, w społeczności – zostaje na zawsze. Decyzja o tym, że kopalnia przesunie się w tę czy inną stronę ingeruje we wszystko. Łącznie ze zmianą wyobraźni, pamięci, społecznych relacji. Tu nie chodzi tylko o wyprowadzkę.

MK: Nawet w 40 lat po zasypaniu kopalnianej dziury, kiedy rosną tam wysokie drzewa, czuje się krajobrazowe zmiany, widać różnice w gatunkach, jakie tam funkcjonują. Są obce, ekspansywne, rosną na wyjałowionym piachu.

DL: Nawet kiedy spacerujesz po terenach opustoszałych wskutek II wojny światowej albo po Podkarpaciu wyludnionym w czasie Akcji Wisła – masz szansę natknąć się na ruiny. Pod ziemią tkwią fundamenty domów. A tutaj – nie ma nic. Ślady ludzkiej historii są zmielone. Archeolodzy nie mieliby tu czego szukać.

Mury domów z Roztoki są wymieszane z geologicznymi warstwami z karbonu. Fragmenty plastikowego czajnika, jaki ktoś wyrzucił dwadzieścia lat temu, leżą ileśset metrów pod ziemią w miejscu, gdzie powinny tkwić kości mamuta. Przetasowana jest cała historia. Wyobraź sobie, jakie to jest szalone podłoże!

 

Diana Lelonek fotografuje dom w Roztoce, zaadaptowany na biura kopalni, fot. Michał Sita

Diana Lelonek fotografuje dom w Roztoce, zaadaptowany na biura kopalni, fot. Michał Sita

MS: Monika, mówiłaś o analogii z wojenną sytuacją. Gdy człowiek przemocą wypędzony z domu mówi: nigdy nie zobaczę miejsca w jakim się wychowałem – rozumiemy, że przeżywa dramat, że stracił coś bezcennego. Jednak w sytuacji, kiedy się wyprowadzasz dobrowolnie, dostajesz za to niezłe pieniądze i układasz sobie życie w nowym miejscu…

MM: Nikogo to nie obchodzi. Nie istnieje gotowy język, który pozwoliłby powiedzieć, że zdarzyło się tu coś, co warto skomentować.

DL: Uczymy się właśnie tego języka. W tym jest sedno, że doświadczenia związane z ekspansją kopalni wydają się nieważne. Nie ma ich w historii regionu, podporządkowanej wyższym wartościom, jakimś ogólnym celom. Te małe, osobiste historie, się nie przebiją.

 

Nawet kiedy w końcu dokona się transformacja i odejdziemy od węgla – punkt widzenia mieszkańców Roztoki pozostanie marginalny. To jest za mała i za bardzo normalna opowieść, żeby się nad nią pochylać.

Tak jest, po prostu, tak działa odkrywkowa kopalnia węgla i nie ma się tu czemu dziwić. Wiemy to nie od dzisiaj. I właśnie dlatego uważam za bardzo ważne spróbować poznać historię regionu z tej właśnie perspektywy.

Podobnych do Roztoki wsi były przecież dziesiątki! Staramy się je zrekonstruować, jakimkolwiek sposobem. Robiłam kiedyś taką akcję – z sadów wykupionych przez kopalnię, już po wysiedleniu ludzi ale przed zrównaniem gospodarstw z ziemią, zbierałam owoce i robiłam z nich przetwory. Po pół roku w miejscach drzew owocowych była już tylko dziura w ziemi. Słoiki to wszystko, co z nich zostało.

 

Dzisiaj reagujemy na tą samą potrzebę tworząc społeczne archiwum.

 

MS: To jest dla ciebie Diana kolejny raz, kiedy przyglądasz się z bliska rzeczywistości, jaką pozostawia po sobie przemysłowa ingerencja. Powoduje ona zupełnie unikatowe zjawiska. Na hałdach rośnie rokitnik, tworząc nowy ekosystem. Albo, jak w waszej aktualnej pracy, powstaje coś tak szczególnego, jak remiza w Roztoce.

DL: Tak. To sytuacje, jakie nie miałyby prawa się wydarzyć w innych warunkach. Badamy struktury, które wytwarzają się na gruzach, bo właśnie na nich powstaje dziś coś nowego. Tak jak rokitnikowe hałdy – są elementem tego postapokaliptycznego krajobrazu.

 

Powstaje ekosystem, odradza się życie, ale ono musi być już inne – ma własny charakter. To nowa jakość.

 

Społeczne archiwum wsi, wysiedlonych wskutek funkcjonowania kopalni węgla brunatnego pod Koninem, realizują Diana Lelonek, Mateusz Krzesiński i Monika Marciniak. Ich projekt „Zakopany Krajobraz” finansowany jest w ramach programu „Kultura w drodze” Samorządu Województwa Wielkopolskiego.

Diana Lelonek – artystka wizualna, doktorat obroniła na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu w 2019 roku. Główne pola jej zainteresowań to fotografia i instalacje intermedialne związane z bioartem oraz akcje w przestrzeni publicznej, za pomocą których analizuje relacje między ludźmi i innymi gatunkami. Zrealizowała indywidualne wystawy m.in. w CSW Zamku Ujazdowskim, w MOCAK-u, na Fotofestiwalu w Łodzi, w Fondazione Pastificio Cerere w Rzymie, BWA w Bydgoszczy, Galerii Labirynt w Lublinie czy w ramach festiwalu Culturescapes w Bazylei. Nominowana m.in. do nagród artystycznych ING, Fotofestiwalu w Łodzi i Talentów Trójki, laureatka Paszportu „Polityki" w 2018 roku, nagrody Vordemberge-Gildewart Foundation.

Mateusz Krzesiński – absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Reporter Meloradia, współpracuje z lokalnymi mediami w Koninie. Od ponad dwudziestu lat członek Związku Harcerstwa Polskiego, obecnie pełni w nim funkcję komendanta jednego z konińskich szczepów. Organizator wielu biwaków i obozów , wychowawca kilku pokoleń harcerzy. Miłośnik lokalnego sportu i historii regionu.

Monika Marciniak – historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Publikowała w Obiegu i Magazynie Sztuki, współpracuje z portalem Kultura u Podstaw. Obecnie pracuje w Muzeum Okręgowym w Koninie. Zajmuje się praktykami artystycznymi w przestrzeni publicznej angażującymi lokalną społeczność. Działa w lokalnej przestrzeni kulturalnej, organizując m.in. Śniadania Sąsiedzkie, współtworząc miejski ruch OK Osiedle Konin czy inicjatywę Zmieniamy Konin.