fot. prywatne archiwum Romana Szkudlarka

Ta moja ukochana harmonijka

„Kiedyś, będąc na najwyższym szczycie w Norwegii, zapragnąłem zagrać jakąś melodię. Nic innego nie przyszło mi do głowy, jak »Wio, koniku«. I proszę sobie wyobrazić, że prawie wszyscy, po całym tym wysiłku wspinania się na górę, wykrzesali jeszcze trochę siły i zaczęli tańczyć” – mówi Roman Szkudlarek, właściciel największej kolekcji harmonijek w Polsce.

Sebastian Gabryel: Jean-Jacques Milteau, znany paryski mistrz harmonijki ustnej, powiedział kiedyś, że „harmonijka to instrument, który sprawia, że zaczynasz marzyć”. Pan również mógłby się pod tym podpisać?

 

Roman Szkudlarek: Oczywiście, bo tak właśnie było w moim przypadku. Harmonijka fascynowała mnie od najmłodszych lat, choć będąc młody nie miałem czasu na takie „marzycielskie stany”. Realizuję się dopiero teraz, wciąż rozmyślam nad kolejnymi harmonijkowymi planami… Wielkość tego instrumentu pozwala na noszenie go za pazuchą, można na nim zagrać, gdzie dusza zapragnie. A wracając do marzeń, to istnieje wiele takich miejsc, w których grając na niej, można się właśnie rozmarzyć. Czasem na turystycznych szlakach widać ludzi niosących gitarę w futerale – wtedy wiadomo, że będzie grane. Tymczasem z harmonijką ustną jest inaczej, może być niespodzianką. Swoją drogą, by dorównać wagowo gitarze, trzeba by nieść ich z kilkanaście (śmiech).

 

Roman Szkudlarek, fot. archiwum prywatne Romana Szkudlarka

Kiedyś, będąc na najwyższym szczycie w Norwegii, pięknej i łatwej do zdobycia górze Galdhøpiggen, zapragnąłem zagrać jakąś melodię. Nic innego nie przyszło mi do głowy, jak „Wio, koniku”. To piosenka, którą śpiewał kiedyś Stanisław Jopek.

I proszę sobie wyobrazić, że prawie wszyscy, po całym tym wysiłku wspinania się na górę, wykrzesali jeszcze trochę siły i zaczęli tańczyć. Żałuję, że nikt tej sytuacji nie nagrał, zwłaszcza, że całe to kilkudziesięcioosobowe towarzystwo składało się z obcokrajowców, więc tej melodii nie znali. I to właśnie jest magia i czar, jaką ma harmonijka ustna…

SG: Pamięta pan jeszcze swoją pierwszą harmonijkę? Ten moment, w którym już pan wiedział, że to właśnie z tym instrumentem będzie pan chciał związać całe swoje życie?

 

RSz: Tak się składa, że swoją pierwszą harmonijkę mam w swojej kolekcji do dziś. Choć inny egzemplarz, bo tamten uległ zniszczeniu podczas dziecięcych zabaw. To harmonijka „Echo Leśne” Częstochowskiej Fabryki Artykułów Muzycznych „Melodia”. W czasach mojej młodości dla „pospólstwa” tylko takie harmonijki były dostępne. Dziś na ich podstawie możemy zobaczyć, jakie były ówczesne możliwości technologiczne naszego przemysłu i produkcji w zakresie tego instrumentu. W tym samym czasie elity nabywały piękne i dopracowane instrumenty, produkowane przez zachodnie firmy z wieloletnimi tradycjami, dbające o ergonomię i badające technologię na każdym etapie produkcji.

 

Pamiętam, że dźwięki harmonijki zapadły mi w serce tak głęboko, że z początku pragnąłem nawet nie tyle umieć na niej grać, ile po prostu ją mieć. Od chęci posiadania do chęci zagrania jakiejś ładnej melodii droga była długa.

Zwłaszcza, że wydobycie pięknego dźwięku z harmonijek, jakie posiadałem w latach sześćdziesiątych, dosłownie graniczyło z cudem. W latach siedemdziesiątych było już trochę łatwiej, bo zwiększyła się dostępność lepszych – choć wciąż nie najlepszych – instrumentów. Wtedy moja miłość do harmonijki zmieniła się w miłość do lotnictwa, z racji wyboru zawodu. Ale i wtedy ona wciąż ze mną była, w tamtych latach ich ilość w mojej kolekcji nawet rosła. Ale nie jakość mojej gry… (śmiech)

 

SG: Jest pan właścicielem największej kolekcji harmonijek w Polsce. Z jak wielu instrumentów się ona składa i jakimi białymi krukami może się pan pochwalić?

 

RSz: Liczba harmonijek w mojej kolekcji zawsze była płynna, co po części wynika z mojego rozdawnictwa i wymiany eksponatów do muzeów. W stałej ekspozycji pozostają jedynie egzemplarze podstawowe i te, które darzę największym sentymentem.

 

Roman Szkudlarek, fot. archiwum prywatne Romana Szkudlarka

Świat harmonijki cechuje się ogromną różnorodnością – pod względem dźwięku, budowy, typu, kształtu. Każda z nich ma swoje specyficzne przeznaczenie, zależne od gatunku muzyki.

Ten mały, wciąż niezbyt doceniany instrument rozwijał się etapami i jego naprawdę perfekcyjną jakością możemy cieszyć się dopiero od niedawna. W przypadku harmonijek ustnych białymi krukami są przede wszystkim pierwsze egzemplarze tego instrumentu, tak samo jak egzemplarze pojedynczo wyprodukowane na przełomie lat produkcji. Jednak to, co dla jednego będzie białym krukiem, dla drugiego kolekcjonera będzie jedynie zwykłym egzemplarzem w kolekcji. Osobiście do białych kruków zaliczam wszystkie harmonijki wyprodukowane we wspomnianej już wcześniej Częstochowskiej Fabryce Artykułów Muzycznych „Melodia”. Również dlatego, że trudno się na nich gra i nie rozeszły się tak po świecie, jak w przypadku produktów firm Hohner, Koch, Fiszer, Rauner, Hering, Huang czy nawet Seydel, którą wyroby w czasach „jedynie słusznych” podpisywano „Made in German Democratic Republic” (śmiech). A co do mojej kolekcji, to staram się nie wyróżniać w niej żadnej harmonijki – w końcu inne mogą się obrazić… (śmiech)

SG: Podejrzewam, że każdy kolekcjoner ma swojego własnego „świętego Graala” – marzenie, które gdyby się spełniło, to zajmowałoby najważniejsze miejsce w zbiorze. Co byłoby to w pana przypadku?

 

RSz: O tak, też mam takiego wymarzonego „Graala”, który jak sama nazwa mówi, musi być absolutnie nietuzinkowy. Do takich egzemplarzy nawet nie podchodzę, najczęściej to wydatek porównywalny do zakupu nowego, nie najtańszego samochodu… No i trzeba zadać sobie pytanie, czy do domowego czy turystycznego użytku od razu potrzebny jest nam stradivarius. Gdybym miał możliwość koncertowania lub nagrywania moich melodii w studiu, to nie wahałbym się ani chwili. Kłopotliwy jest jedynie proces nabycia takiego egzemplarza, bo najpierw należy złożyć zamówienie, a potem czekać nawet do… dwóch lat. Dobrym przykładem są tu harmonijki firm Hohner – „Silver Concerto” i Seydel – „Renaissance”. Inne modele wyższej klasy nawet nie leżą na półkach sklepów muzycznych i w ich przypadku również trzeba poczekać, aż importer złoży zamówienie u producenta, a ten nie zawsze ma je w ciągłej, seryjnej produkcji.

 

Roman Szkudlarek, fot. archiwum prywatne Romana Szkudlarka

SG: Często wchodzi pan w rolę prelegenta przybliżającego historię powstania harmonijki. Gdyby chcieć wskazać – w pigułce – jej kluczowe punkty, to o jakich na pewno trzeba byłoby powiedzieć?

 

RSz: Bywają sytuacje, kiedy na temat harmonijki ustnej nawet muzycy wypowiadają się tak, że obrażają jej pomysłodawcę i twórcę, którym jest Richter z Hajdy w Czechach. To jemu zawdzięcza ona swoją dokładną nazwę, czyli „harmonijka diatoniczna Richtera”. Diatoniczna, a nie jakaś – jak mówią niektórzy – „bluesowa”. Tak samo jak nie ma harmonijki „swingowej”, „tangowej” czy „fokstrotowej”. Model ten powstał około 1847 roku, a rozpowszechnił się szczególnie w Stanach Zjednoczonych ze względu na specyficzne strojenie, które zastosowano przede wszystkim do muzyki bluesowej. Jej wielkość i łatwość produkcji spowodowały, że produkowano ją w dużych ilościach na terenach niemieckich, lecz zalewała rynek amerykański. Firma Hering powstała dopiero w 1923 roku w Brazylii. Kiedy na cesarskich i królewskich dworach Europy tryumfy zbierała harmonijka tremolowa lub wiedeńska, która rozwijała się od 1823 roku na terenie Wiednia, i to od tej harmonijki możemy rozpocząć historię produkcji, wtedy jeszcze nie wiedziano, jak będzie rozwijać się harmonijka ustna. Właśnie o tym i wielu innych rzeczach opowiadam na swoich prelekcjach w przedszkolach czy szkołach.

 

Przedstawiam informacje o niewątpliwie ciekawej historii powstania i dalszego rozwoju tego instrumentu.

Na przełomie dwustu lat jego miłośnicy wkładali w niego całe serce, a tym samym konstruowali kolejne, często jeszcze lepsze modele harmonijek. Omawiając ich poszczególne typy, pokazuję je na konkretnych modelach, grając melodie dostosowane do wieku słuchaczy. Z tej racji, że istnieje kilka różnych typów harmonijek, taki pokaz trwa przeważnie dwie godziny, a niekiedy nawet i cztery!

 

SG: Co warto powiedzieć o dzisiejszej scenie harmonijki w Polsce? Jak to wygląda obecnie, a jak było kiedyś?

 

RSz: Cieszę się, że mamy muzyków grających na harmonikach ustnych, którzy koncertując, rozpowszechniają wiedzę o tym pięknym instrumencie. W tym miejscu warto powiedzieć o triach czy kwartetach harmonijkarzy. W Polsce takim kluczowym zespołem, powstałym w latach sześćdziesiątych, jest Trio Con Brio, którego założycielem jest Zygmunt Zgraja. Z kolei w latach siedemdziesiątych z inicjatywy Jerzego Grzesiukiewicza powstał zespół Animato. Warto też wspomnieć o paniach grających na harmonijkach chromatycznych – Dominice Stokfisz i Katarzynie Rosińskiej oraz o Beacie Kossowskiej, która gra na harmonijce diatonicznej Richtera. Według moich wyliczeń, samych solistów, którzy grają na festiwalach odbywających w Mysłowicach, Poznaniu, Toruniu czy Kamieniu k. Rzeszowa, jest ponad 180.

 

Roman Szkudlarek, fot. archiwum prywatne Romana Szkudlarka

Na pewno głównym propagatorem gry na harmonijce ustnej jest w Polsce Zygmunt Zgraja, który odnosił światowe sukcesy zarówno jako solista, jak i późniejszy kierownik Con Brio.

Zespół ten wielokrotnie zajmował pierwsze miejsca na światowych festiwalach, a później koncertował w wielu prestiżowych salach koncertowych. To bardzo pracowity człowiek, gra na bardzo wysokim poziomie, cały czas koncertuje, nagrywa i uczy młodych adeptów harmonijki. Jego sukcesy i umiejętności ich inspirują. Choć oczywiście polska scena tego instrumentu wciąż ma się nijak do tej, jaka jest w małej Austrii i Szwajcarii czy nie wspomnę o Chinach.

 

SG: W jednym z wywiadów powiedział pan, że harmonijka to instrument, który w Polsce jest niedoceniany, kiedy w innych krajach już od dawna bryluje na poważnych scenach. Z czego to wynika?

 

RSz: Dokładnej przyczyny nie znam, mogę tylko przypuszczać, że w Polsce muzycy chcą grać raczej na dużych, bardziej uznanych instrumentach, na scenach w filharmonii, salach koncertowych czy deskach oper i operetek. Będąc wykształconymi muzykami, nie sięgają po tak plebejski instrument… Znam tylko jednego klarnecistę – jest nim Jerzy Karwowski – który gra na harmonijce chromatycznej. Inaczej jest w innych krajach, gdzie po studiach czy konserwatoriach muzycznych muzycy sięgają po harmonijki i bardzo ładnie na nich grają, koncertują. Tam takich jest naprawdę dużo.

 

Roman Szkudlarek – właściciel największej kolekcji harmonijek w Polsce, muzyk-amator, z zawodu lotnik. Od wielu lat promuje grę na harmonijce ustnej, grając koncerty, prowadząc prelekcje i publikując materiały w internecie.

 

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
9
Świetne
Świetne
25
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
1