fot. materiały prasowe

Tańcz ze wszystkich sił

Nowy film Coopera Raiffa to budzący skrajne emocje obraz o dojrzewaniu w cieniu kapitalizmu, poszukiwaniu siebie i zrozumieniu, że życia trzeba uczyć się krok po kroku.

Życiem Andrew zdaje się kierować odrzucenie. Po raz pierwszy, gdy ma 13 lat, studzi jego zaloty dużo starsza wodzirejka na urodzinach. Kobieta robi to oczywiście słusznie, ale od tej chwili odrzucenie będzie pojawiać na różnych etapach dorastania Andrew. Następnie z przyczyn naturalnych odejdzie ojciec, zanim syn zdąży się nim nacieszyć.

 

Matka zwiąże się z innym – kolejny cios.

Wraz z końcem koledżu chłopaka porzuci dziewczyna. Wybierze poznawanie życia w Barcelonie zamiast na amerykańskiej prowincji. Wreszcie Andrew zostaje odrzucony przez dorosłość – z dyplomem nie wiąże się żadna konkretna propozycja zawodowa. Młody mężczyzna projektuje porażkę, jednak robi to – z gasnącym, ale jednak – uśmiechem.

Podwójny seans

Tak rozpoczyna się „Taniec młodości” (w oryginale dużo lepiej, bo „Cha Cha Real Smooth”), drugi w dorobku zaledwie 25-letniego Coopera Raiffa film, który Apple TV+ kupił za bagatela 15 milionów dolarów. Pierwszy pełnometrażowy obraz „Shithouse” opowiadał o trudach Alexa w odnalezieniu się w koledżu, wśród zupełnie nowych ludzi, gdy „dorosłe życie” jest tuż za rogiem. W tym sensie „Taniec młodości” można uznać za kontynuację debiutu Raiffa.

 

„Taniec młodości”, fot. materiały prasowe

Tym bardziej, że zarówno Alexa, jak i Andrew gra sam reżyser na różnych etapach swojego prywatnego i zawodowego życia.

Andrew bez funduszy, ale i chęci, które pozwoliłyby mu podążyć za dziewczyną do Hiszpanii, wraca do rodzinnego miasteczka, do cierpiącej na chorobę dwubiegunową matki (Leslie Mann), gapowatego ojczyma (Brad Garrett) i (wczesno)nastoletniego brata Davida (Evan Assante). Z tym ostatnim będzie zresztą współdzielić pokój. Aby nie oszaleć z bezczynności i choć trochę zarobić, główny bohater zatrudnia się w knajpie z fast foodem, zaczyna też dostrzegać, że jego niepowodzenia pobudzają pełzającą chorobę alkoholową. Wybierając się z Davidem na kolejne bar micwy, Andrew orientuje się, że jest świetnym wodzirejem, który potrafi umiejętnie zachęcić nieśmiałe nastoletnie osoby do podrygiwania na parkiecie. W tłumie dzieciaków i zatroskanych mamusiek, które luzują się dopiero po drugim drinku, dostrzega Domino (Dakota Johnson) i jej neuroróżnorodną córkę Lolę (graną przez debiutantkę Vanessę Burghardt, również ze spektrum autyzmu) z poprzedniego związku.

 

Nieszczęśliwie zaręczona Domino i nieumiejący odnaleźć się w życiu Andrew bardzo szybko znajdują nić porozumienia.

Chłopak proponuje, że od czasu do czasu mógłby zająć się Lolą, która naprawdę go lubi (rozmowy o chomiku i kolekcji tłuczków do ziemniaków są rewelacyjne). Tak, ze spotkania na spotkanie, podczas nocnych rozmów przy winie Andrew zakochuje się w kilka lat starszej Domino.

Nierówna gra aktorska

Nagłe zakochanie w pozostającej w związku kobiecie ze sporym bagażem doświadczeń i z nastoletnim dzieckiem świetnie wpisuje się w zagubienie głównego bohatera. Jest niczym kolejna cegiełka do tego, jak jeszcze bardziej Andrew może próbować skompilować sobie życie. Cooper Raiff może i jest wystarczającym reżyserem, by pociągnąć film, jednak mimo dobrych chęci aktorem pozostaje średnim. Nie zawsze jego szeroko otwarte oczy wystarczą, aby oddać całą paletę skomplikowanych emocji, których wymaga – swoją drogą dobry – scenariusz. Raiff skupia się na własnym ironicznym podejściu do rzeczywistości, zamiast przedstawić Andrew jako niezależnego człowieka. Nie służy to filmowi, bo dysocjuje Raiffa od postaci, a widownia dostrzega aktorskie szwy.

 

„Taniec młodości”, fot. materiały prasowe

Tak jakby kostium Andrew nie pasował na Coopera, a ten i tak za wszelką cenę chciałby go założyć.

To, co się twórcy udaje, to casting. Nie tylko wspomniani Leslie Mann jako matka (swoją drogą w „Shithouse” matkę głównego bohatera grała równie fantastyczna Amy Landecker) i Brad Garrett w roli ojczyma, mimo zaledwie kilku scen, są bardzo dobrzy. Jednak „Taniec młodości” to film Dakoty Johnson, której Domino jest tak samo świetna, jak jej bohaterki w „Córce” i „Suspirii”. Aktorka urodziła się, by grać lekko wycofane, melancholijne i jednocześnie życiowo zdystansowane postaci.   Bajeczna, nieposkromiona i tajemnicza Domino. Kiedy pojawia się na ekranie, przykuwa wzrok, nie tylko widowni, ale też osób bohaterskich w filmie. Johnson wykonuje podwójną pracę, aby zbudować chemię między jej bohaterką i Andrew. Również ma przekonujące flow z Vanessą Burghardt. Za sprawą obu aktorek wierzymy, że faktycznie są matką i córką. Trzeba przyznać też Raiffowi, że bardzo sprawnie wprowadza opowieść o autyzmie Loli. Nie jest to główna cecha, która opisuje bohaterkę. Wręcz przeciwnie – to składowa jej całej osobowości.

 

W taki sposób twórca unika – tak powszechnej – stygmatyzacji, czyniąc zaburzenie (czy odstawanie od normy) tematem filmu.

W omawianym obrazie odnajdziemy wpływy takich twórców jak Wes Anderson czy Cameron Crowe. Oczywiście nie ma nic złego w inspirowaniu się, by w taki sposób oddać hołd ulubionym artystom i artystkom. Jednocześnie Cooper Raiff pozuje na reżysera i scenarzystę reprezentującego swoje pokolenie, będącego tubą nagłaśniającą jego problemy i oczekiwania. Zarówno w „Shithouse”, jak i w „Tańcu młodości” znajdziemy szereg oryginalnych pomysłów, jednak jest ich zdecydowanie za mało, by nazwać twórcę „głosem pokolenia”. Mimo to Raiff jest na dobrej drodze ku temu.

 

Film odstępny na Apple TV+

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0