fot. Janusz Jurek, na zdjęciu z prawej Beata Szady

Temat z olśnienia

„Kiedy oglądam plakaty Ryszarda Kai, na ich podstawie tworzą mi się różne opowieści o Polsce. Inspirują mnie do tego, żebym poszukała kraju po swojemu, żebym stworzyła swoją opowieść o nim” – opowiada Jakubowi Wojtaszczykowi reporterka Beata Szady, która na rezydencji w Antoninie pracuje nad portretem artysty.

Jakub Wojtaszczyk: Przy okazji książki „Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” wspomniała pani, że miasto okazało się miejscem z problemami. Takie miejsca przyciągają reportera czy reporterkę. Czym przyciągnął panią Ryszard Kaja?

Beata Szady: Powody, dla których zaczynamy pisać, są bardzo różne. Czasami są to miejsca, gdzie dzieje się źle. Czasami pojawia się temat, który nazywam tematem z olśnienia. Tak było w przypadku Ryszarda Kai, którego plakat wisi u mnie nad stołem. Pewnego razu przy śniadaniu patrzyłam na ten plakat, jak wiele razy wcześniej, i nagle mnie olśniło: „Lubię prace tego człowieka, a nic o nim nie wiem”. Usiadłam do komputera i zaczęłam zgłębiać temat. Okazało się, że informacji o artyście nie ma wcale dużo i głównie dotyczą jego twórczości. Pomyślałam, że z chęcią zebrałabym materiały o Kai i napisała jego portret, aby pokazać nie tylko, jakim był artystą, ale też jakim był człowiekiem.

 

JW: Plakaty z serii Polska są bardzo znane…

Beata Szady, fot. Janusz Jurek

BSz: Tak, kojarzymy je, ale bardzo często nie utożsamiamy z nimi nazwiska artysty.

 

JW: W takim razie kto kryje się pod tą charakterystyczną kreską?

BSz: Problem polega na tym, że rozmawiamy w momencie, kiedy stosunkowo krótko zbieram materiały do tekstu i po prostu nie jestem w stanie za dużo o Ryszardzie Kai powiedzieć. Rozmawiam z mnóstwem osób, a może przecież się okazać, że niepotrzebne jest wkładanie tyle energii, aby napisać portret jednego człowieka. Ale może uzbieram tyle materiału, że będzie mi go szkoda zmarnować.

 

JW: Czego o Kai już się pani dowiedziała?

BSz: Dowiaduję się o Ryśku bardzo wielu rzeczy, ale jeszcze nie potrafię z nich stworzyć historii. Od początku bardzo ciekawił mnie jego dom rodzinny, który na pewno będzie jednym z elementów portretu artysty. Spotykam się z członkami jego rodziny i z osobami, które znały Ryśka od małego berbecia, niezwiązanymi ze światem artystycznym.

 

JW: Ryszard Kaja urodził się w Poznaniu. Czy w jego domu rodzinnym było coś wyjątkowego?

BSz: Ważne jest, że pochodził z rodziny artystycznej. Jego ojciec również był plakacistą. Tworzenie plakatów było naturalną koleją rzeczy i Rysiek miał do tego smykałkę. Z kolei mama zajmowała się malarstwem i ceramiką. Znajomi ze studiów podkreślają, że często mu zazdrościli otwartego domu.

 

Ten dom funkcjonował nie po wielkopolsku, tzn. nie było w nim porządku, poukładania. Była to trochę rodzina zbieraczy.

W domu były trzy pokoje, każdy dla jednego z artystów. Pokój matki Ryszarda był równocześnie salonem, gdzie spotykali się goście. Ojciec miał swoją pracownię. Natomiast Rysiek początkowo pokój dzielił z bratem, ale przez dziesięcioletnią różnicę wieku szybko został w nim sam. Jaki tam panował nieład, najlepiej opisuje anegdota. Od czasu do czasu Kajowa zarządzała wielkie sprzątanie i podczas niego w pokoju Ryśka znaleziono… zapasowe koło do ich syrenki. Takie historie spisuję podczas rezydencji w Antoninie. Kiedy to zrobię, uporządkuję zebrane informacje.

 

JW: Czyli jest szansa, że oprócz portretu powstanie „coś więcej”?

Beata Szady, fot. Janusz Jurek

BSz: Widzę, jak Kaja na mnie działa. Kiedy oglądam jego plakaty, na ich podstawie tworzą mi się różne opowieści o Polsce. Inspirują mnie do tego, żebym poszukała kraju po swojemu, żebym stworzyła swoją opowieść o nim. Tak się złożyło, że obok Antonina jest miasteczko Mikstat, które Kaja sportretował na swoim plakacie. Postanowiłam skonfrontować dzieło z rzeczywistością.

 

Mnie nie chodzi o to, że sprawdzam twórcę, ale chcę dociec, dlaczego ten plakat wygląda tak, a nie inaczej.

Przede wszystkim jest stosunkowo niezrozumiały. Opowiada o małym mieście, które jest dla większości nieznane. Na plakacie widzimy piramidę zwierząt. W Mikstacie od trzystu lat 16 sierpnia, na Świętego Rocha, w kościele pod wezwaniem tego świętego odbywa się święcenie zwierząt. Plakat Kai jest przedstawieniem świeckim, nie ma na nim atrybutów religijnych, a przecież ten obrządek jest ściśle związany z religią katolicką. Dlatego zapytałam mieszkańców, co dla nich on znaczy i czy czegoś brakuje im w dziele artysty.

 

JW: Jakie były odpowiedzi?

BSz: Nie mogę na razie zdradzić… Ważne jest, że będąc na rezydencji, zaczęłam trochę konfrontować to, co widzę na plakacie, z rzeczywistością. Te plakaty mnie inspirują, by pojechać do konkretnego miasta. Może mnie zaintrygować jakiś element pracy i z niego powstanie historia, której nie ma na plakacie. Jeżeli chodzi o Mikstat, to chcę pokazać inny wymiar historii, którą przedstawił Rysiek. On zaznaczył świeckość obrządku, ja widzę go już w kategoriach sacrum i profanum. Dla mnie jest to opowieść o polskim katolicyzmie.

 

JW: W swoich książkach przemierzała pani Limę, następnie Warmię i Mazury, spotykała pani często przypadkowych ludzi. Jak to się ma do pracy nad esejem o jednym człowieku?

BSz: To są dwie różne roboty. Kiedy piszemy portret, trzeba mieć punkt zaczepienia. Sama nie znałam Ryszarda Kai ani osób z jego najbliższego otoczenia. Wiedziałam, że będę głównie krążyć między Poznaniem a Wrocławiem, bo do niego artysta później się przeniósł. Napisałam do Galerii Plakatu. Tak trafiłam na Krzysztofa Marcinkiewicza. Dostałam od niego namiary do kolejnych osób, tych najbliższych Ryśkowi. Od jego partnera otrzymałam numer do kogoś z rodziny, kto podarował mi kontakt do innych jej członków. Trafiłam na uprzejmych ludzi.

 

Beata Szady (z lewej), fot. Janusz Jurek

JW: Jak wygląda zdobywanie kontaktów w pracy nad reportażem?

BSz: W Mikstacie pierwszym człowiekiem, z którym chciałam porozmawiać, był ksiądz. Wsiadłam na rower i udałam się na plebanię. Akurat na niego trafiłam. Zgodził się na spotkanie i był bardzo otwarty. Spotkałam się też z burmistrzem, do czego zainspirował mnie właśnie mój pierwszy rozmówca. To się nazywa reporterskie szczęście.

 

JW: Co chciałaby pani, abyśmy zobaczyli w życiorysie Kai?

BSz: Jestem w takim ciekawym momencie, że wiele rzeczy kotłuje się w mojej głowie i totalnie nie wiadomo, w którym to wszystko pójdzie kierunku. Czy powstanie portret, a prócz niego różne opowieści z serii „Polska”? Nie wiem. 

 

Beata Szady – dziennikarka, redaktorka i wykładowczyni akademicka. Autorka książek reporterskich: „Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” oraz „Wieczny początek. Warmia i Mazury”. Publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Wysokich obcasach”, „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Piśmie”, a także meksykańskim „Travesías”.