fot. Archiwum prywatne

Twarze literatury: Jerzy

Jerzy. Tak kazał do siebie mówić, a mieliśmy przecież tylko po 25 lat. Byliśmy szczeniakami – bez dorobku i bez jasnej wizji przyszłości – tymczasem on patronował polonistyce. Była druga połowa lat 80., w kraju panowała wielka smuta po Solidarności i stanie wojennym, dopalały się niedawne nadzieje, kto mógł, wyjeżdżał, jak wówczas sądzono, na zawsze.

Jerzy nie wspierał opozycji, z ironią mówił o sobie, że jest „samotnym czerwonym żaglem”, ze zdziwieniem odnosił się do pomysłów, wtedy przez większość uważanych za fantastyczne, żeby w Polsce na powrót zaprowadzić kapitalizm. Lewicowość była mu bliska, nie chciał się jej wyrzec, mimo że przecież widział, jak tak zwany realny socjalizm raz za razem plugawi drogie mu idee.

Inaczej patrzyliśmy na ówczesną politykę, on ze smutkiem i niepokojem, my z gniewem, a po trosze z rozpaczą. Na siebie patrzyliśmy jednak po ludzku. Jerzy nie krzywdził inaczej myślących, na odwrót – starał się im pomóc, dyskretnie lub stanowczo ochronić. Wierzył w pracę, więc kiedy środowisko popadało w stupor i bezsilność, o co pod koniec tamtej dekady nie było trudno, wzniecał dyskusje o książkach, naszych tekstach, inicjował sesje i regularnie zwoływał zebrania zakładu, które były naukowym świętem, a zarazem przypominały wysokiej próby towarzyskie zabawy, z dowcipem, inteligentną zaczepką, kalamburem w roli głównej. Myślenia nie da się zniechęcić do samego siebie, przyszło mi kiedyś do głowy. Myślcie, a także trochę się bawcie, podpowiadał Jerzy.

Według dzisiejszych reguł nie zasługuje na miejsce w panteonie, można co najwyżej prywatnie kultywować pamięć o nim. To niesprawiedliwe, a co gorsza niemądre i – co najgorsze – promujące głupotę.

 

W Poznaniu nie ma ulicy jego imienia, mimo że w Poznaniu i w Wielkopolsce, i w całym kraju nie ma polonisty, który nie czytałby jego książek.

Dla podtrzymania naszych tradycji, dla polskości w szerokim sensie zrobił o niebo więcej niż większość dzisiejszych hurrapatriotów.

Jednak nie chcę wplątywać go w nasze dzikie konflikty, nie zasłużył na to z pewnością. Wtedy, w latach mojej młodości, które okazały się jego ostatnimi, otaczał go szacunek, wobec zaś przejawów niechęci czy zawiści – a zawiść w światku akademickim jest zjawiskiem dobrze znanym – zachowywał imponującą rezerwę. Nie zdarzyło mi się słyszeć żadnych wycieczek osobistych w jego wykonaniu, czym różnił się od paru innych (rzekomych) znakomitości, którym takie wycieczki przytrafiały się nader często. Był swobodny, otwarty i elegancki.

Nie celebrował swojej wybitności, stać go było na autoironię, przyznanie się do słabostki, a nawet słabości. Nieposzlakowany starał się być jedynie w stroju. „Jak on bezbłędnie dobiera kolory” – zachwycały się dziewczyny. Wszyscy zachwycaliśmy się sposobem, w jaki dobierał słowa. Umiał jednym zdaniem uchwycić kwestie, nad którymi łamaliśmy sobie głowy przez długie tygodnie i dziesiątki akapitów. Robił to lekko, bez zasadzania się na złote myśli, hojnie.

 

Był wspaniale oczytany, znał języki, pasjonował się po równi literaturą i teatrem, przyjaźnił się z artystami, chętnie zachodził do nieistniejącego już Smakosza.

W latach 60. i 70. była to restauracja aktorów i pisarzy, lecz za Jaruzelskiego, kiedy nastąpiło ogólne zbiednienie, opanowały ją „nawisy inflacyjne”, jak żartował. To prawda, pamiętam do teraz, że obiad, zresztą taki sobie, na który jednego razu desperacko zaprosiłem przystojną koleżankę, kosztował bodaj równowartość miesięcznego stypendium.

Ale Jerzy lubił rozmawiać z ludźmi. Do południa pisał, po południu uczył, a wieczorami zwykł rozmawiać. Oczywiście byłem za młody, by należeć do jego przyjaciół, tym bardziej że wokół siebie miał wspaniałe postaci, przede wszystkim prof. Janinę Abramowską, ale także prof. Ratajczakową, prof. Wysłouch, profesorów Henrykowskiego, Przybylskiego, wielu innych. Jedna z jego ulubionych uczennic zadbała ostatnio o grób profesora – od niedawna stoi nowy pomnik z jakże prawdziwym napisem „wybitny humanista”.

 

Kiedy myślę o Jerzym, to sztuka bycia z ludźmi, nienapuszone mistrzostwo, bezpośredniość bez fraternizacji, sympatia do życia, zdają mi się nieomal równie ważne jak jego prace. „Renesans”, „Retoryka opisowa”, rozprawy o komizmie, książka o pisarzach katolickich, projekt nowej periodyzacji dziejów literatury – skutecznie opierają się upływowi czasu.

A to zdarza się rzadko. W humanistyce, która nie cieszy się ostatnio społecznym poważaniem, a przy tym nieustannie się zmienia pod wpływem coraz szybciej rotujących teorii, zdobycze przeszłości unieważniają się błyskawicznie. Jego pisarstwo trzyma się nieźle, bo stoi na mocnym, naukowym fundamencie.

Jerzy, mimo że miał zadatki i ciągotki krytycznoliterackie, świetnie znał się na literaturze współczesnej, jako autor stronił od współczesności, zapewne zrażony do uwikłań ideologicznych, niechętnie nastawiony do zgiełku, który nieuchronnie towarzyszy aktualnościom. Z jednej strony żałuję, ponieważ jego czytelniczy instynkt i gigantyczna wiedza historyka literatury, wyrobiony smak, przytomność umysłu, ciekawość rzeczywistości, czyli wcale niepowszechne akademickie przymioty, mogłyby dać świetne rezultaty i postawić go w rzędzie najwybitniejszych powojennych krytyków, obok Kazimierza Wyki, Jerzego Kwiatkowskiego, Jana Błońskiego. Z drugiej strony oparcie się na strukturalizmie, semiotyce, czyli najbardziej scjentycznych frakcjach humanistyki, okazało się dla literaturoznawstwa czymś niezwykle owocnym. Kreatywność i precyzja, pod tym względem pozostał niezrównany. I jeszcze wyjątkowa skala zainteresowań i kompetencji. Przymierzał się do napisania jednotomowej autorskiej monografii literatury polskiej – od początku do dzisiaj. Nie zdążył. Pozostał chyba ostatnim uczonym, który mógł takiemu zamiarowi podołać.

Niedługo znowu rocznica przedwczesnej śmierci Jerzego (13.10.1990), ja zaś rozglądam się wokół i myślę, że pamięć o nim – i jemu podobnych – jest nam coraz bardziej potrzebna. Pamięć przeciw doktrynerstwu, pamięć żywej myśli przeciw pyszałkowatej bezmyślności, a najważniejsze – pamięć o wspaniałym człowieku. Zapamiętajcie to imię, proszę: Jerzy Ziomek. Profesor.

 

PIOTR ŚLIWIŃSKI – krytyk literacki, badacz współczesnej poezji, wykładowca akademicki, profesor w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przewodniczący kapituły Poznańskiej Nagrody Literackiej.

 

CZYTAJ TAKŻE: Wiersze wywracają grilla. Rozmowa z Piotrem Śliwińskim