fot. Materiały prasowe

Ulotne istoty

„Dolina motyli. Requiem” to skromny objętościowo tom poetycki Inger Christensen wydany przez specjalizującą się w literaturze skandynawskiej oficynę Driada z Lubonia.

Autorka nie jest nieznana polskiej publiczności. Wcześniej ukazał się to „alfabet”, za którego przekład tłumaczka i obecnej książki – Bogusława Sochańska – otrzymała w 2020 roku Nagrodę Literacką miasta Gdyni.

Inger Christensen to jedna z najznamienitszych postaci duńskiej poezji i oba tomy znakomicie o tym zaświadczają. Dość powiedzieć, że „Dolina motyli” znalazła się na liście kanonicznych dokonań kultury duńskiej jako jedyny tom poetycki.

Sonety 

Co czyni go tak znaczącym? Ewentualnie, by nie przesądzać z góry i nie zdawać się na czyjąś ocenę: co powoduje, że zasługuje na uwagę, że wart jest lektury?

Wpierw forma. Poetka sięgnęła po klasyczne metrum sonetowe – trudne, wymagające dużych umiejętności warsztatowych, posiadające długą i świetną tradycję. Samo w sobie może to stanowić potwierdzenie rzemieślniczej biegłości. (Choć może rodzić się pytanie kiedy i dlaczego biegłość warsztatowa została oddzielona od mistrzostwa w sztuce i uznana za poślednią umiejętność?). Dodatkowo jeszcze wzmocnionej narzuconym sobie rygorem.

 

Oto ostatni wers jednego sonetu stanowi pierwszy następnego, a ostatni ostatniego pierwszy pierwszego (to tzw. wieniec sonetów, układają się bowiem w kolistą strukturę). Na sonet XV zaś składają się pierwsze wersy kolejnych czternastu go poprzedzających. I tu znać już przejście na inny poziom. Formalnie zorganizować sonet w zakresie rytmu i rymu to jedno, posiadać umiejętność panowania nad tworzywem poetyckim, by osiągnąć spójność intelektualną na poziomie relacji treściowych w przyjętych ramach formalnych to inna rzecz.

„Dolina motyli” nie może nie przywoływać innych cykli sonetów, jak choćby (dla polskich czytelniczek i czytelników przynajmniej oczywistego) Adama Mickiewicza „Sonetów krymskich”, czy Johna Donne’a „Sonetów świętych” (a i wielu dalszych: Petrarki, Shakespeare’a, Rilkego).

Z pierwszym może ją łączyć zmysłowość obecnej w wierszach rzeczywistości. Jest ona konkretna, fizyczna, uchwytna w barwach, kształtach, zapachach. Z drugim metafizyczny oddech. Postać motyla spójnie łączy owa walory, a Christensen wykorzystuje to doskonale. Ulotność, migotliwość, eteryczność, ruchliwość, to tyleż cechy fizyczne motyli, co znaki kojarzonych z nimi metafizycznych wymiarów egzystencji.

Motyle

Co istotne, poetka nie przywołuje abstrakcyjnego motyla, w kolejnych sonetach zjawia się kilkadziesiąt gatunków tych owadów, wypełniając łopotem swoich skrzydełek kolejne przestrzenie geografii, pamięci, emocji.

fot. Materiały prasowe

fot. Materiały prasowe

 

Rozpiętość tematów podjętych dzięki ulotnym istnieniom motyli obejmuje przemijanie, śmierć, miłość, piękno, ciemność i jasność. To pełna paleta tradycyjnych poetyckich dociekań, jednocześnie naznaczona autorską sygnaturą.

I chociaż podtytuł cyklu to „Requiem”, trudno uznać go za utwór żałobny. Przeciwnie, nawet (może wręcz) w momentach przywoływania śmierci i przemijania triumfalność niekończącego się życia wybrzmiewa wyraźnie.

 

Zastanawiając się, co składało się na wywołane przez motyle sonety Christensen wrażenie, sformułowałbym nie roszczące sobie pretensji do bezwzględnej słuszności, a będące raczej wypadkową osobistych spotkań z poezją, przypuszczenie. We współczesnej poezji dominujący jest przymus poszukiwania i posiadania własnego głosu. Pociąga to za sobą dwie przynajmniej rzeczy.

Po pierwsze czyni to z poezji na poziomi treściowym przestrzeń ekspresji indywiduum w jego wyjątkowości, aż do nieczytelności dla postronnych w skrajnych przypadkach. Po drugie czyni zbędnym balastem formę jako pewną podzielaną ramę poetyckiego wyrazu, co czyni często poezję jedynie tekstem, przeznaczonym do cichej (i indywidualnej) lektury. Zanika jej zdolność do istnienia muzycznego, w melodii języka. To może być też efekt wyrażanej na początku zasady – że nie ma konieczności wiedzy o i mieszczenia się w ramach jakichkolwiek technik poetyckich, bo liczy się indywidualna (a co za tym idzie niepowtarzalna) ekspresja – jakoby nieposiadająca i niepotrzebująca ram.

 

Te wiersze istnieją jedynie w literach, nie w głoskach. Nadają się do czytania analitycznego, są szaradami intelektualnymi, nie dają się przeżyć. Z trudnością przeszłyby próbę głośnego czytania.

Wcześniejsze, tradycyjne metra odrzucone z awangardami, dawały wierszowi śpiewność, pozwalały być czytelnymi szerzej, niż w ograniczonym kręgu wielbicieli łamigłówek. Tworzyły też pewną ramę dla wspólnoty doświadczenia, zmuszały do poszukiwania sposobu zespolenia tego, co własne z tym, co wspólne. Dla krytyków miały być schronieniem dla poetyckiej miernoty, jednak ich odrzucenie nie zmieniło wiele – tyle samo co i wcześniej lichej poezji się zjawia (jeśli tamta miałaby być trywialna w powtarzalności aż do wyświechtania obrazów i metafor, tak współczesna zgrzyta często pretensjonalnością i wymuszoną, pustą aż do miałkości oryginalnością).

Christensen sięgając do formy sonetu nie zaprzepaściła szansy na głębię ani oryginalność. Pewnie je wydobyła w melodii swoich wierszy. Należałoby jednak ująć rzecz inaczej: sonety Christensen śpiewają do nas dzięki tłumaczce, Bogusławie Sochańskiej. Ona to znalazła ekwiwalent muzyki języka duńskiego w polszczyźnie.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0