fot. Marek Lapis

Widownia wróci do kina

 „To naturalne, że pojawiają się dziś opowieści o upadku kin. Podobnie było, kiedy telewizja zagościła w większości domów – wtedy również zwiastowano kryzys i koniec istnienia sal kinowych. Uważam, że branża znajdzie w tym, co się dzieje, nowe pole do działania” – mówi Dorota Reksińska z kina Muza w Poznaniu.

Jakub Wojtaszczyk: Jak pandemię znosi kino Muza?

Dorota Reksińska: Obserwowaliśmy dzienne zakażenia i musielibyśmy być odklejeni od rzeczywistości, aby nie przewidzieć, że drugi lockdown kina może nastąpić. Jednak ta rządowa decyzja jest w pewien sposób niesprawiedliwa. Przecież kina od czerwca do listopada działały i w żadnym nie było przypadku zakażenia.

 

Wszyscy dostosowaliśmy się do obostrzeń sanitarnych. Funkcjonowaliśmy w przestrzeni, w której było o wiele bezpieczniej niż w przeciętnym sklepie spożywczym.

Mimo tego, niestety, przewidywaliśmy, że rząd zamknie instytucje kultury. Dla ludzi, którzy kochają kino i całe życie zawierzyli temu, żeby to kino prowadzić i robić to jak najrzetelniej, jest to prawdziwy cios. Za rodzaj misji obraliśmy dzielenie się miłością do filmów z innym. Znosimy źle zamknięcie Muzy i de faco pozbawienie możliwości bycia blisko ludzi, rozmawiania z nimi i doświadczania filmów w najlepszej formule, czyli w zamkniętej i wyciemnionej przestrzeni sali kinowej.

 

JW: Czym różni się pierwsze zamknięcie od obecnego?

Dorota Reksińska, fot. Marek Lapis

DR: Przy pierwszym lockdownie myśleliśmy, że jest to chwilowe zaradzenie sytuacji. Teraz nie mamy już realnej perspektywy, że w najbliższym czasie ten stan rzeczy się zmieni. Oczywiście możemy być optymistami i zakładać, że niebawem wrócimy do normalnego działania, ale ja w to nie wierzę. Myślę, że ta sytuacja będzie trwała jeszcze pewien czas. Oczywiście trudno mówić, że przez ten krótki okres działaliśmy normalnie, raczej – normalnie w warunkach nienormalnych.

 

JW: Czy zaobserwowałaś zmiany wśród widzów i w ich podejściu do kina?

DR: Do Muzy przychodzą wyjątkowi i świadomi ludzie. Na początku września, gdy realizowaliśmy Millennium Docs Against Gravity, mieliśmy wrażenie, że odbijamy się od tej pandemicznej rzeczywistości i że wracamy do tego, co było kiedyś.

 

Gdy graliśmy ten festiwal do pełnych połówek sal, bo wtedy obostrzenia zakładały wypełnienie do pięćdziesięciu procent widowni, czuliśmy zbiorowość i kolektywność. Czuliśmy, że ludzie mają potrzebę wymiany myśli.

Prowadziliśmy hybrydowe spotkania z twórcami – część odważyła się do nas przyjechać, z częścią łączyliśmy się przez Zoom oraz Skype. Mieliśmy wrażenie, że czujemy te emocje, które nas nakręcają, że wracamy do działania i do tworzenia kina, ale przede wszystkim do odwiedzania go.

 

JW: Mówi się o tym, że przez pandemię zmienia się postrzeganie filmów i samego kina. Wolimy oglądać produkcję na ekranach domowych komputerów czy telewizorów. Boimy się zamkniętych sal z nieznanymi osobami wokół. Czy zauważyłaś taką tendencję wśród widzów Muzy?

Dorota Reksińska, Kino Muza, fot. Marek Lapis

DR: Prawda jest taka, że w działających do niedawna w pandemicznych realiach salach kinowych było bardzo mało ludzi. Nawet podczas premier potencjalnych hitów, jak „Tenet” Christophera Nolana, w dniu premiery na seansach było po pięć osób. Siłą rzeczy ta frekwencja jest niższa i to nie tylko dlatego, że nie mogliśmy sprzedawać pełnej sali. Sama jestem ze starej szkoły i mam inną potrzebę doświadczania filmów, bo uważam, że wiele z nich po prostu traci, kiedy jest oglądana na małym ekranie. Nie każdy z nas ma projektor i świetne warunki. Najczęściej oglądamy filmy streamingowe na komputerach. Wtedy taki obraz i jego odbiór traci po prostu na jakości.

 

JW: Możesz podać przykład?

DR: Na przykład „Roma” Alfonso Cuaróna, która równolegle grana była w kinach i była dostępna na Netflixie. Widzowie dostali wybór, jak i gdzie chcą ten film zobaczyć. Pamiętam, że wzruszona oglądałam go w Muzie, zachwycałam się zmianami w warstwie dźwiękowej i wizualnej. Po seansie miałam ochotę aż krzyczeć! Było mi żal każdego, kto nie zobaczył „Romy” w kinie, tak dużo było w niej elementów, które podczas domowego seansu po prostu umykały. Później prowadziłam wiele rozmów na ten temat.

 

JW: W domu też wiele rzeczy nas rozprasza…

Dorota Reksińska, Kino Muza, fot. Marek Lapis

DR: Tak! Zauważyłam to podczas tegorocznych Nowych Horyzontów i American Film Festival, które odbywały się hybrydowo – część filmów grana była we wrocławskim kinie, ale większość można było zobaczyć online. Z jednej strony jest to superformuła, która sprawia, że ktoś mieszkając w Poznaniu, może obejrzeć chociaż jeden film i symbolicznie uczestniczyć w festiwalu.

 

Ta dostępność jest dużym plusem. Ale z drugiej strony ludzie oglądali po czterdzieści czy nawet siedemdziesiąt filmów w ciągu dziesięciu dni i nawet tacy zaprawieni kinomani pisali, jak wiele rzeczy rozpraszało ich w ciągu tych seansów.

Robili przerwę, żeby wyjść z psem, żeby zaparzyć herbatę, bo mogli… Gdzieś te myśli odpływały. Tym bardziej, że podczas tego typu festiwali kina artystycznego, jak Nowe Horyzonty, zawsze było aż wstyd wyciągnąć telefon w trakcie filmu. Teraz dyscyplina oglądania się zmienia. Natknęłam się na opinie osób, które same siebie karciły za to, że w warunkach domowych nie potrafią skupić się tak jak w sali kinowej.

 

JW: Dla mnie taka forma festiwalu była idealna. Mogłem obejrzeć film, kiedy chciałem, w odpowiednim dla mnie momencie i bez innych ludzi…

DR: Rozumiem twój punkt widzenia. Znam wiele osób, które wolą się izolować i mają do tego pełne prawo. Jednak sama podchodzę do tej sytuacji optymistycznie i chcę wierzyć, że ci ludzie do kina wrócą. Musimy tylko zadbać o najwyższej jakości treść, którą chcemy zaprezentować widzom. Plusów przeżywania filmu w kinie jest cała masa. Nawet ta kolektywność…

 

puste Kino Muza, fot. Marek Lapis

JW: Porozmawiajmy trochę o platformach streamingowych. Co prawda „Nie czas umierać”, czyli najnowszy Bond, nie jest modelowym filmem kina Muza, ale niedawno szeroko mówiło się o tym, że Apple chciało kupić do niego prawa i puścić u siebie. Producenci postanowili poczekać, obawiając się precedensu. Ale nawet spoglądając na „mniejsze” tytuły „Pieces of a Woman” z Vanessą Kirby wejdzie w styczniu na Netflix, choć był szykowany do kin. Nie boisz się, że filmy będą robione tylko pod konkretne platformy?

DR:  Netflix przez bardzo długi czas produkował rzeczy tylko dla siebie i nie chciał się nimi dzielić z kinami - robił to tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy nie sprzedawano biletów na pokaz. Kiedyś moim marzeniem było pokazanie „Okji” Bong Joon-ho i nie mogłam tego zrobić. Później ich polityka się zmieniła przez oscarowe perturbacje – aby film mógł zostać wzięty za kandydata w wyścigu po nominację, musi być prezentowany w kinach. Spójrz na to, co graliśmy w zeszłym roku, czyli „Irlandczyka” Martina Scorsese czy „Historię małżeńską” Noaha Baumbacha. Za każdym razem, kiedy Netflix wprowadzał te filmy do kin, podana była informacja, od kiedy dany tytuł będzie dostępny na platformie. To okno wynosiło około dziesięciu dni. Zatem jeżeli nie jesteś zagorzałym fanem np. Scorsese i nie musisz od razu zobaczyć jego filmu, to spokojnie możesz poczekać. Jednak mimo to ludzie przychodzili na nasze seanse.

 

JW: Zatem nie mamy się czego obawiać?

Kino Muza, fot. Marek Lapis

DR: Bardziej boję się tego, że powstaną filmy, które, mimo że przyciągną ludzi do kina, nie dostaną takiego okna na dystrybucję. Wtedy rzeczywiście może być tak, że jakiś wartościowy tytuł nam umknie. Póki co ratuje nas sytuacja wspomnianych przepisów, które zachęcają do tego, aby ten obieg kinowy, nawet jeżeli symboliczny, był. Na chwilę przed drugim lockdownem mieliśmy pokazać netflixowskie „Elegię dla bidoków” Rona Howarda i „Manka” Davida Finchera.

 

Ułożyliśmy już repertuar do połowy grudnia (co tylko pokazuje, ile pracy zostało zmarnowane jednym rozporządzeniem).

Z tego, co pamiętam, ten drugi tytuł liczy sobie około trzech godzin. Ponownie pojawia się pytanie: czy lepiej skupić się na tej historii w kinie czy na domowym ekranie? Wierzę w to, że liczą się warunki odbioru i że jest więcej osób myślących jak ja. To naturalne, że pojawiają się dziś opowieści o upadku kin. Podobnie było, kiedy telewizja zagościła w większości domów – wtedy również zwiastowano kryzys i koniec istnienia sal kinowych. Uważam, że branża znajdzie w tym, co się dzieje, nowe pole do działania.

 

JW: Tak jak wspominane festiwale Nowe Horyzonty i American Film Festival?

Dorota Reksińska, Kino Muza, fot. Marek Lapis

DR: Nie zdziwię się, jeśli na stałe zostaną w formie hybrydowej. To nowa możliwość i nowe podejście do tematu, który do tej pory był realizowany w sposób tradycyjny. W tym sensie jest to odpowiedź na oczekiwania obu grup; tych osób, które chcą wrócić do kina i tych, które wolą zostać przed własnymi ekranami.

 

JW: Na razie jednak instytucje kultury stoją. Szczęście w nieszczęściu Muza jest finansowana z kasy samorządu, więc znajduje się w trochę lepszej sytuacji niż inne kina studyjne…

DR: Tak, Muza jest częścią Estrady Poznańskiej. Patrząc na to, z jakimi wyzwaniami mierzą się, zwłaszcza te małe, kina w całej Polsce, które muszą się same finansować, to nasza sytuacja jest dużo bardziej komfortowa. Chociażby z tego względu, że dzięki dotacjom mamy bezpieczeństwo utrzymania zatrudnienia.

 

Z tego, co wiem, obecnie kina zostały zwolnione z opłaty czynszowej, ale tylko te, które znajdują się w galeriach handlowych. W tej sytuacji w ogóle nie myśli się o tych samodzielnych, wolnostojących podmiotach, których opłaty czynszowe sięgają nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.

Zamknięcie kin i brak odgórnej przemyślanej strategii pomocy dla wielu miejsc może być wyrokiem.

 

JW: Jak teraz, patrząc na czas, kiedy kina były otwarte, wygląda wynik finansowy całej branży?

Kino Muza w czasie pandemii, fot. Marek Lapis

DR: W Polsce mamy około czterystu kin studyjnych. Ich wynik finansowy za okres od czerwca do września względem roku poprzedniego jest mniejszy o 80%. Odbyłam wiele rozmów z kiniarzami z całego kraju. Bardzo często stykali się z taką sytuacją, że w pandemię na seans przychodziła jedna osoba. W porównaniu z nimi w Muzie nie możemy narzekać. My na większości pokazów gościliśmy dziesięciu, piętnastu widzów. Dużo zależy od specyfiki miejsca, od tego, jak wierną ma publiczność i gdzie się znajduje. Kina czekają na realną pomoc. Te miejsca stoją nie z ich winy i rosną ich długi.

 

JW: Kiedy kina wrócą, podobno czekają nas świetne filmy…

DR: Przede wszystkim pojawią się dwa tytuły, które prawie zagraliśmy. Prawie, bo jeden pojawił się premierowo raz – dzień przed drugim lockdownem kin. Myślę o „Nigdy, rzadko, czasami, zawsze” Elizy Hittman. Bardzo ważny film chociażby z punktu widzenia obecnych nastrojów społecznych w Polsce, bo podejmuje dialog w debacie na temat aborcji. Przykład niezależnego, amerykańskiego kina, które stawia wiele pytań. Mieliśmy zaplanowane pokazy filmu „Świat, który nadejdzie” Mony Fastvold, mówiący o kobiecej emancypacji i odkrywaniu w sobie uczucia do innej osoby. Klimat „Portretu kobiety w ogniu”, zeszłorocznego hitu. W listopadzie mieliśmy mieć premierę „Zabij to i wyjedź z tego miasta”, animacji Mariusza Wilczyńskiego. Planowaliśmy pokaz jeszcze dwóch tytułów, które nie miały do końca określonych dat premier. Oba bardzo aktualne i mocne. Pierwszy to „Nowy porządek” Michela Franco, który dostał nagrodę w Wenecji. To, co widzimy w tym filmie, jest bolesne, ale nigdzie nie będzie tak bolesne i prawdziwe jak właśnie w kinie. Drugi tytuł też jest w podobnym tonie, bo z gatunku tych trudniejszych emocjonalnie – to „Aida” Jasmili Žbanić. Opowiada o masakrze w Srebrenicy z punktu widzenia głównej kobiecej bohaterki. Zatem jest na co czekać!

 

Dorota Reksińska – kulturoznawczyni i filmoznawczyni, absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 2009–2015 związana z poznańskim kinem studyjnym Rialto. Autorka projekcji audiowizualnych do spektakli teatralnych „Powrót Wikingów” oraz „Nibylandia” wyreżyserowanych przez Dorotę Abbę (Teatr Nowy w Poznaniu, rok 2014). W latach 2015-2016 kierowała działem logistyki kopii filmowych i tłumaczeń napisów podczas Transatlantyk Film Festival w Poznaniu oraz Łodzi. Od roku 2015 współpracuje z Międzynarodowym Festiwalem Filmów Młodego Widza Ale Kino!, gdzie pełni funkcję konferansjerki: prowadzi zapowiedzi filmowe i rozmowy z twórcami oraz twórczyniami filmowymi. Od czerwca 2017 roku związana z kinem Muza w Poznaniu, gdzie wcześniejsze doświadczenie zawodowe pracy w agencji reklamowej wykorzystała do rozwijania działań promocyjnych, a także wizerunkowych w kinie. Tutaj regularnie prowadzi też zajęcia z edukacji filmowej. Główny obszar jej pracy to produkcja wydarzeń i ustalanie miesięcznego programu filmowego kina. Prywatnie zajmuje się również montażem filmowym.