fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 1

Do pałacu w Winnej Górze przybywa wyczekiwany, choć niezapraszany ułan na koniu.

– Wyglądasz tak, jakbyś osobiście poznała Curie-Skłodowską.

Halszka Nowicka przewróciła oczami, przez dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na suficie. Ostatnie, na co miała ochotę, to komentarze dotyczące jej wyglądu. I to wygłaszane przez własną, ledwo trzynastoletnią siostrzenicę.

– Chciałabym ją poznać – odburknęła jej, zdejmując z kuchenki czajnik z gotującą się wodą.

– Za pomocą fryzury nie przeniesiesz się w czasie – oświadczyła siostrzenica, wyciągając rękę po kubek z herbatą. – Kto dziś nosi warkocz, i to dobierany od samego czubka głowy?

Halszka odruchowo potarła się po luźno upiętych włosach, rzeczywiście jak co dzień uczesanych w warkocz.

– Wiele kobiet. Często widzę…

– Mówię o tych powyżej piątego roku życia.

– A ty, Marianka, niby co masz na głowie? – zapytała i wiedziała, jaka będzie reakcja.

– Nie mów do mnie Marianka! – warknęła naburmuszona nastolatka.

Imię to wymyśliła Halszka wraz ze swoją siostrą, gdy ta mała jeszcze znajdowała się w brzuchu. Zdawało się im wyjątkowo ładne, ale wtedy mała Marianna nie mogła się jeszcze sama wypowiedzieć. O tym, że jest „ohydne”, „zdziecinniałe”, „urągające wręcz” dowiedziały się znacznie później. Burzyła się za każdym razem, gdy zwracano się do niej po imieniu, najgorzej – zdrobniale. Od dłuższego czasu konsekwentnie reagowała tylko na Szpilkę. Tak miała na nazwisko po ojcu. Nawet do niej pasowało i to nie tylko ze względu na nastoletnie pyskowanie, wymądrzanie się i uszczypliwości przypominające wbijanie szpilek. Marianka była chuda i drobna. Nosiła ukręcony na samym czubku głowy niechlujny, szpiczasty kok. Tak splątane włosy odsłaniały co najmniej garść wpiętych w uszy okrągłych, mniejszych lub większych kolczyków. Kilka z nich sterczało jeszcze na brwiach, dwa w nosie. Podobno wszystkie dziurki przekłuła sobie własnoręcznie, z czego była niezwykle dumna. Halszka nie zamierzała pytać po co. Tak samo jak nie chciała słuchać niczego na swój temat.

– Przecież ci mówiłam, żebyś tak mnie nie nazywała. Nienawidzę tego! – powtarzała nastolatka, nadymając policzki. – Dlaczego ciągle tak mówisz?

– Liczę na to, że się obrazisz – skwitowała Halszka.

– Masakra! Na to nie licz – odparowała kategorycznym tonem Marianka, podciągnęła ogrodniczki i przysiadła okrakiem na drewnianej ławie stojącej przy długim drewnianym stole w kuchni, która znajdowała się w pałacowym przyziemiu. – A wiesz czemu?

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Halszka nie była ciekawa. Wyciągnęła ser z lodówki i położyła na bułce posmarowanej masłem.

– Czy ty sobie zdajesz z tego sprawę, że pierwsze, co widzę rano i ostatnie wieczorem… to jesteś ty – oświadczyła małolata. – Mój mózg jeszcze się kształtuje. Mogłabyś od czasu do czasu coś urozmaicić dla pobudzenia szarych komórek. Jeśli nie dla własnego samopoczucia, atrakcyjniejszego wyglądu… to chociaż po to, by zadbać o mój rozwój…

– Sama zadbaj – przerwała tyradę.

– Jak zadbaj! – jęknęła przeciągle Marianna. – To mała wioska, a przez metrowe mury w tym pałacu Internet ledwo chodzi. Jedna, dwie kreski. Masakra!

– Jeszcze tydzień możesz wytrzymać.

– Ale tu się nic nie dzieje! – jęknęła przeciągle, a Halszka westchnęła. Taki sam tekst, od kiedy przyjechała w odwiedziny z Anglii. Weekend u ciotki w Poznaniu z powodu kwarantanny przeciągnął się o dwa tygodnie, a następnie przemienił się w trzeci miesiąc. Z czego ostatni czas w pałacu w Winnej Górze. I prawie codziennie słyszała ten sam tekst. „Nic się nie dzieje!”. Nawet tu. Niewiele mogła na to poradzić. Na wyraźną prośbę siostry przetrzymywała Mariankę u siebie dłużej, niż to było konieczne. O czym Marianna nie wiedziała. Siostra chciała zaoszczędzić jej niepotrzebnych stresów. Podobno źle się działo w jej małżeństwie i potrzebowali z mężem czasu, by poukładać swoje sprawy. Być może zbyt długo przebywali ze sobą ostatnio. Albo źle się działo już wcześniej. Tego Halszka nie wiedziała. Wyprowadzili się i rzadko przyjeżdżali do Polski.

– Ja chcę już do domu! – jęknęła Marianna. – Kiedy stąd pojedziemy?

– Jak skończę – powtórzyła już mechanicznie.

 

Halszka pracowała w Departamencie Kultury Urzędu Marszałkowskiego. Marszałek odkupił historyczny pałac z rąk prywatnych. Początkowo pieczę nad nim miało muzeum w Dobrzycy, ale wkrótce obiekt wraz z parkiem miał uzyskać odrębność i stać się samodzielną jednostką muzealną lub kulturalną. Tak to określano w papierach.

Zanim to się jednak miało wydarzyć, panowało bezkrólewie. W jego trakcie Halszka została tymczasowym administratorem obiektu i przeprowadzała szczegółową inwentaryzację wszystkiego, co się w budynku, w parku, w wozowni i stajniach znajdowało. Początkowo dojeżdżała sześćdziesiąt kilometrów z Poznania codziennie. Potem z tego zrezygnowała. Poprzedni właściciel odrestaurował cały budynek. Na piętrze rozmieścił siedem pokoi. Nie było sensu jeździć w tę i z powrotem. Zabrała Mariannę. Nie miała co z nią zrobić. Zresztą zawsze to jakaś odmiana. Sama by się również na to nie zdecydowała. W wielkim pałacu było pusto. W parku podobno widziano zaskrońca, a panicznie bała się węży. Nawet tych niegroźnych. Jedyną osobą, która znajdowała się w pobliżu, był Michalski, który pod nieobecność ogrodnika pełnił funkcje złotej rączki i zajmował pokój nad wozownią. Wozownia niby znajdowała się całkiem blisko pałacu i było to pocieszające. Z tym, że Michalski, choć całkiem pijany nigdy nie był, to i zupełnie trzeźwy też nie.

Marianka była zachwycona. Przynajmniej na początku.

 

Pałac, park, ogród, stajnie, ale to tylko do momentu, w którym spostrzegła, jak słabo działa tu Internet. Jego jakość uniemożliwiała siedzenie przez cały czas i wpatrywanie się w ekran telefonu. Z jednej strony dobrze. Z drugiej Halszka nie miała chwili spokoju od zarzucania jej wszelkiego rodzaju mądrościami. Uwielbiała córkę swojej siostry, ale nie zawsze.

– Masz – powiedziała, podając jej bułkę z serem.

– Cóż to za wykwintne śniadanie?! Masakra, ciągle to samo. Ojciec mówi, że nie masz męża, bo kompletnie nie umiesz gotować – stwierdziła, międląc w ustach odgryziony kawałek bułki.

– To by się zgadzało – żachnęła się Halszka. – Twój ojciec też nie umie gotować i też nie ma męża – dodała, siadając przy ławie z drugą kanapką w ręku.

– Wiedz, że ja nie zamierzam siedzieć w kuchni właśnie z tego powodu. Ale w moim wieku to normalne. A ty dlaczego jesteś sama?

– A jak myślisz? – zapytała Halszka, chcąc spokojnie zjeść i popić herbatą to, co wkładała do ust. Jednak nim skończyła zadawać to pytanie, już pożałowała. Marianka zaczęła się jej przyglądać, przekręcając głowę z jednego boku na drugi. Jak taka szpilka, która zastanawia się, w co się wbić.

– Myślę, że nie chodzi o te parę kilogramów nadwagi… – wypowiedziała w końcu. Halszka o mało się nie zakrztusiła. Rzeczywiście parę wycieczek w nocy do lodówki zaliczyła. Przytyło się jej ostatnio, pupa szczególnie, ale znowu nie tak, żeby o tym rozmawiać. Lekko pucułowata zawsze była. Nie za wysoka, więc zdawało się jej, że wygląda na naturalnie zaokrągloną. Ale na pewno nie grubą. Przynajmniej tak kiedyś myślała.

– Miła jesteś – skwitowała bezradnie, zastanawiając się, czy jeść dalej, czy odłożyć bułkę z serem na potem.

– Wiem – odparła rezolutnie zadowolona z siebie Marianna. – Jakbym była niemiła, to bym powiedziała z dziesięć kilo co najmniej. To by było niemiłe. Czaisz, nie? A tak powiedziałam przecież parę. Parę to mniej niż dziesięć. Może problem w tym, że się źle odżywiasz. Jejku, ile bym dała za coś innego do jedzenia.

– To zrób – stwierdziła Halszka, sprzątając po śniadaniu.

– Ile ja bym dała, żeby coś się zaczęło dziać! – zaczęła znowu biadolić, wykrzywiając twarz.

– Wychodzę! – oświadczyła Halszka i pośpiesznie ruszyła w kierunku drzwi. Marianka zerwała się również i zaczęła iść za nią.

– Ale powiedz… – nie dawała za wygraną. – Tak poważnie. Jak między kobietami. Nie jesteś taka stara. Trzydzieści osiem to przecież nie wieczność. Podobno! Dlaczego nie masz chłopaka?

– Przestań.

– No powiedz. To sobie pójdę.

– Kuszące – odwróciła się Halszka, jedną ręką chwytając za dużą, mosiężną klamkę. – A więc słuchaj. Ciągle czekam na rycerza… – oświadczyła i otworzyła drzwi wyjściowe na oścież.

– Takiego na koniu? – dopytywała Marianka, wychodząc za nią z pałacu.

– Dokła… – rzuciła Halszka, ale nie dała rady dokończyć. Stanęła jak wryta. Na plecach poczuła zastygłą w pół kroku siostrzenicę.

Przystanął też koń. Czarny z białą strzałką na łbie. I jeźdźcem na grzbiecie. Dokładnie naprzeciwko nich. Marianka wychyliła głowę zza jej ramienia.

– To się doczekałaś – wydukała w końcu.