fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 11

W którym okazuje się, że nie każdy jest znany i to niektórym przeszkadza.

– Od razu widać, że teren niezadbany – skrzywiła się Elżbieta Dębuś-Bajsert, przystając obok ławki, na której siedziała Halszka. Dziadek Michalski na jej widok pospiesznie ukrył malutką buteleczkę do przepastnej kieszeni spodni. Zdążył ją schować, ale nie zdążył przełknąć małego łyka. Zakrztusił się i rozkaszlał, na koniec splunął za plecami pani z fundacji. Ona jednak nie widziała tego, gdyż nie zwracała na niego najmniejszej uwagi.

 

Wyprostowana, z zapiętym pod samą szyję guzikiem cienkiej, ale sztywnej koszuli, z nienagannie przyczesaną fryzurą i żółtą teczką pod pachą, perorowała dalej. – O wypadek nietrudno. W dzisiejszych czasach mogłoby to już kosztować niebagatelne odszkodowanie – stwierdziła, patrząc na wyciągniętą sztywną nogę Halszki Nowickiej. – Niebagatelne. Na szczęście nasz projekt uwzględnia takie przypadki losowe.

– To tylko skręcenie – próbowała bronić się Halszka.

– Nie dla sądu i nie dla firm ubezpieczeniowych – przerwała jej, wzruszając ramionami. – Trzeba umieć przewidywać takie sytuacje.

– To tylko dziura w trawniku, nieuważnie stąpnęłam.

– Tylko dziura? A niby skąd się wzięła? To teren publiczny, nie powinno być tu takich dziur. Szczególnie takich, które grożą poważnymi konsekwencjami.

– Nic się nie stało…

– Widzę – stwierdziła Elżbieta Dębuś-Bajsert, patrząc na spuchniętą kostkę.

– Może to po prostu kret? – próbowała skończyć tę rozmowę Halszka.

– To nie kret! – stwierdził z pełnym przekonaniem dziadek Michalski.  – Jeszcze kreta z łopatą nie widziałem, a ludzi tak. – Podrapał się po głowie i mierzwiąc siwe włosy, patrzył, jak Roman Kowal wyciąga z samochodu zieloną skrzynkę, po czym ustawia je obok kosza piknikowego i łopaty. Izabella Kowal stała obok auta z kieliszkiem w ręku i z narastającym zniecierpliwieniem spoglądała na krzątającego się męża.

Halszka westchnęła. Oni też zaraz podejdą i będą ją wypytywać, co się stało. Była już zmęczona, nie tyle tlącym się bólem, ile zamieszaniem wokół siebie. Nie mogła się doczekać, kiedy przyjdzie malarz z lodem, którego dosyć długo już nie było. Marianka już zdążyła odjechać ubrana w kask.

 

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Była tak podekscytowana, że ledwie zdążyła jej pomachać z tylnego siedzenia motocykla de Brigarda. Bez słowa zostawiła niepocieszonego ułana, który na widok tej maszyny szybko odwrócił głowę, przeprosił i poszedł do stajni sprawdzić, czy wszystko u konia w porządku.

I dobrze, że poszedł, bo nikt oprócz Michalskiego nie zauważył, jak Marco posyła Halszce całusa, odpalając silnik w motorze. Nie wiedziała, czym się martwić bardziej: tym gestem, czy Marianką sadowiącą się na motocykl, który już na pierwszy rzut oka nie wyglądał na dziecinną zabawkę, a raczej na coś, czym można się ścigać na torach Formuły 1.

– Na pana miejscu przestałabym dywagować, a usunęła nierówności w terenie – stwierdziła Elżbieta Dębuś-Bajsert, zwracając się bezpośrednio do Michalskiego.  

– A co ja będę w dzień zakopywał, a ktoś w nocy będzie mi tu rozkopywał – żachnął się dziadek i splunął ponownie na ziemię, choć już nie kaszlał.  

Elżbietą Dębuś-Bajsert aż wstrząsnęło. Z obrzydzeniem odwróciła głowę. Skomentowałaby to prawdopodobnie, gdyby nie to, że właśnie podchodził Mariusz Wejman z miską w jednej ręce i jakimiś ścinkami materiału w drugiej.

            – Przyniosłem te zamrożone truskawki, będą się nadawały, przynajmniej za chwilę, dopóki nie zrobi się lód. Wstawiłem już do zamrażalki foremkę. Znalazłem.

            – A to? – spytała Halszka, patrząc na pocięte pasy białego materiału. Dziesięciocentymetrowe paski były poszarpane z brzegów i miały liczne plamy z kolorowych farb.

            – Pociąłem koszulkę na bandaż…

            – Co?

            – Czysta jest. Bawełniana. I tak miała dziury – stwierdził malarz, klękając z miską i ścinkami przy jej nodze.

            – Czyli apteczki też tu nie ma! – podchwyciła Elżbieta Dębuś-Bajsert, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Mogłam się tego spodziewać.

            – Jest! – syknęła przez zęby Halszka w momencie, gdy malarz podnosił jej nogę, kładąc stopę na swoim kolanie.

            – Tak, na pewno – stwierdził spokojnie Mariusz Wejman. – Ale przecież nie mogłem pani prosić, by jej szukała. Siostrzenicy nie zdążyłem spytać. Krzyknąłem na nią przez okno, ale nie słyszała albo nie miała czasu posłuchać.

            – Raczej to drugie – westchnęła Halszka, patrząc na swoje paznokcie ze zdartym lakierem. Cała stopa znikała obłożona woreczkiem z truskawkami i owijana paskami nakrapianej kolorowymi plamami bawełny. Na widoku zostawały tylko te paznokcie.

            – Tak się domyśliłem, będzie pani miała najbardziej artystyczny bandaż w okolicy – zaśmiał się malarz. – Nie wygląda to groźnie, proszę się nie martwić. Choć bardzo, bardzo abstrakcyjnie.

            – Rzeczywiście, mam dzieło sztuki na nodze – potwierdziła Halszka, patrząc na kręcący się wokół kostki fantazyjny wzór z kolorowych plam rozchlapanej farby.

            – Dzieło sztuki to będzie, jak truskawki zaczną przesiąkać – znów roześmiał się malarz, wstając z kolan i podziwiając zabandażowaną prowizorycznie nogę.

            – A przepraszam… – wtrąciła się stojąca z boku Elżbieta Dębuś-Bajsert. – Czy pan się posługuje jakimś pseudonimem? – zwróciła się bezpośrednio do Mariusza Wejmana, bacznie się mu przyglądając.

            – Ja? – zapytał malarz.

            – Tak pan.

            – Niby czemu?

            – Bo ja pana nie znam.

            – A zna pani wszystkich? – zapytał, a Halszka widziała, jak zadrżała mu szczęka i zacisnęły się zęby.

            – Wszystkich, którzy się liczą – odparła, mrużąc oczy.

            – Widocznie się nie liczę. Nie przeszkadza mi to. – Malarz wzruszył ramionami.

            – Nie przeszkadza panu również – nie ustępowała przedstawicielka fundacji – branie udziału w projekcie, podając się za człowieka sztuki. Jest to wyraźne wykorzystywanie sytuacji. Chce pan zamienić ten obiekt w placówkę artystyczną, przeznaczoną na plenery malarskie i inne tego typu akcje, których notabene pełno wszędzie – oświadczyła z niesmakiem. – A czy tak naprawdę jest pan artystą? 

            – A kto to ocenia: kto jest artystą, a kto nie? – Mariusz Wejman wyprostował się, naprężył i odsunął się od niej o dobry metr.

            – Mam nadzieję, że nie komisja do spraw oceny projektu – chrząknęła dwuznacznie Elżbieta Dębuś-Bajsert. – Sprawdzałam. Nie ma pana w żadnym wykazie. Żadnym spisie malarzy biorących udział w ważnych wystawach. Przynajmniej tych z ostatnich kilku lat. Dzwoniłam też po wszystkich znanych mi galeriach, a znam ich dużo, proszę mi wierzyć, i tam nikt o panu nie słyszał – zakończyła, wzruszając ramionami.

            – Dużo trudu sobie pani zadała, prześwietlając moją skromną osobę – zauważył Wejman, zaciskając palce w pięści i wkładając ręce do kieszeni.

            – To moja rola wiedzieć wszystko o konkurencji. A ja jestem bardzo skuteczna – oświadczyła z zadowoleniem, stukając palcami po żółtej teczce.

            Halszka patrzyła na malarza, na jego poplamione farbą malarską spodnie i zastanawiała się, co odpowie. Liczyła na jakąś ciętą ripostę.  

            – Gratuluję – rzucił w kierunku Elżbiety Dębuś-Bajsert i odwrócił głowę. – To ja poszukam tego dołka – zwrócił się do Halszki. – Żeby nikt już nie wpadł. Proszę poczekać na tej ławce. Chociaż pół godziny. I nie ruszać nogą. Niech naczynia krwionośnie się obkurczą – powiedział i ruszył w kierunku grabowej alei.

            – Cóż… – żachnęła się przedstawicielka fundacji. Zdaje się, że była niepocieszona uciętą rozmową. Szybko jednak doszła do siebie. Wzruszyła ramionami, patrząc za oddalającym się malarzem. – Nie tylko on jest tu podejrzanym indywiduum. Wszystkich sprawdzę – rzuciła, odwracając się. Niby przed siebie, ale akurat tam stał dziadek Michalski, który słysząc to, wciągnął policzki, ale nie odważył się drgnąć. – Przepraszam, wracam do pracy. Kompetencja tego wymaga. Nie od wszystkich oczywiście.

 

Odeszła kilkanaście metrów, usiadła na najbliższej ławce, zakładając nogę na nogę i zaczęła się przyglądać Kowalom. Halszka nie dałaby sobie ręki uciąć, ale prawie była pewna, że Elżbieta Dębuś-Bajsert zza kolana robi im zdjęcia telefonem.

            – Co za wstrętny babulec! – Dziadek Michalski splunął po raz trzeci, tym razem bardzo blisko nogi Halszki, ledwo zdążyła ją odsunąć. Syknęła trochę z bólu i spojrzała z wyrzutem na Michalskiego. Ale on na nią nie patrzył. Spoglądał w kierunku malarza, który zdążył już odejść na znaczną odległość. – Napoiłbym ją nalewką z dziegcia i czarciego pazura. Wymiotłoby ją, że hej… Ale może mieć rację! – Pokiwał do siebie głową, drapiąc się po zmierzwionych siwych włosach.

            – Z czym? – zapytała Halszka odruchowo, próbując chwycić stopę w ręce. Robiło się jej coraz bardziej zimno w nogę. Lód zaczynał mrozić kostkę.

            – Jaki tam on malarz?

            – Jak to jaki? – zapytała lekko zaniepokojona.

            – Widać, że nie pije, to jaki z niego artysta?

            – Aha – tylko westchnęła.

            – Sztalugę to ma taką, co nie wiem, jak ją chce ustawić, żeby się kupy te sztachety trzymały. – Halszka odwróciła głowę i wzniosła oczy do nieba. Ciekawe, ile Michalski sztalug rozkładał w swoim życiu. – A teraz poszedł szukać tego dołka – stwierdził i wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę. Pociągnął niewielki łyczek, oblizują usta z zadowoleniem. – Wróci i powie, że nie znalazł.

            – Niby dlaczego?.

            – Sam go wykopał, to sam go zakopie. – Wzruszył ramionami. – Przecież jak się do tej pory nie przyznał, to się nie przyzna. W zaparte pójdzie – Halszka zrobiła wielkie oczy, patrząc w kierunku dziadka. Otworzyła też usta, ale nie była w stanie wydusić słowa. Michalski spojrzał na nią, chwilę się jej przyglądał.

            – A… – wydał z siebie dźwięk, jakby właśnie zrozumiał i wyciągnął rękę z buteleczką w kierunku Halszki. – Niech pije. Sok porzeczkowy. Lekko tylko zaprawiony na smaka. Nie czuć prawie.

            Halszka otrząsnęła się na samą myśl o lepiącym się gwincie szklanej butelki.

            – Nie – szybko odmówiła. – Co znaczy wykopał?

            – A widziałem go w nocy, jak chodził po parku. A rano dziury?

            – Chodził w nocy? – Halszka prawie krzyknęła. Czego malarz mógł szukać w środku nocy między drzewami. Poświaty księżyca?

            – W gardle mi zaschło. To wstałem. Patrzę, widzę i myślę, po co ten łazi i to jeszcze chowa się za drzewami. Ja przecież z góry wszystko widzę. Myślę, że pójdę i co powiem… A potem myślę… – Wzruszył ramionami.

            – I?

            – I nie poszedłem. Tylko…

Dziadek Michalski chciał powiedzieć coś jeszcze, ale jego głos zagłuszył dźwięk wjeżdżającego motocykla. Maszyna zbliżała się, jadąc wyjątkowo wolno, i jedno było pewne: na tylnym siedzeniu nie było Marianki.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj