fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 12

W którym na białej koszuli pojawiła się czerwona plama.

Halszka Nowicka patrzyła, jak z tylnego siedzenia motocykla zeskakuje Krysia Dzięglowa. Kucharka mimo swej tuszy przerzuciła pulchną nogę tak wysoko, że kwiaciasta sukienka podwinęła się jej pod samo udo. Jedną ręką strzepnęła skraj materiału, w drugiej ręce trzymała wyciągnięte przed siebie kule i zaczęła biec w kierunku Halszki.

 

Halszka zdążyła zobaczyć, że bez Dzięglowego ciężaru motor aż podskoczył do góry, a kierujący nim Marco de Brigard zdjął kask z głowy i zaczął przecierać spocone czoło.

Kucharka ściągnęła kask dopiero po tym, jak dobiegła do ławki i rzuciła na ziemię kule.

– Co się stało? Co się stało?! – krzyczała. – O matko i wszyscy święci! – chwyciła się za głowę, zgniatając i tak przylizane kaskiem cienkie loczki. 

– Gdzie Marianka? – spytała podenerwowana Halszka.

– Rowerem moim przyjedzie. Zaraz będzie. Ale co to? – Pokazała palcem na obandażowaną prowizorycznie kostkę Halszki. Spojrzała dokładnie w momencie, gdy czerwony sok z topniejących, zduszonych owoców znalazł gdzieś ujście, zaczął przesiąkać przez postrzępione warstwy bawełnianego bandaża i skapywać na ziemię.

– Truskawki – wyjaśnił Michalski. – Skręcona tylko – dodał, wzruszając ramionami.

– Jak tylko? Jak tylko?! – krzyczała Krysia Dzięglowa, machając pulchnymi rękami wprost przed nosem cofającego się przed nią Michalskiego.

 

Krzyki sprawiły, że wokół niej zaczęli gromadzić się kolejni mieszkańcy pałacu. Leniwym krokiem podeszła Izabella Kowal, już dostatecznie znużona czekaniem na małżonka, który od dłuższego czasu układał coś i przekładał, wyciągając i wciągając do samochodu.

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Przytruchtała Koralia Brączkowska, cały czas oglądając się na odstawiającego motocykl Kolumbijczyka. Z pałacu wyszedł również pan Napoleon Ochocki, który zamierzał podejść do Marca Rafaela de Brigarda, ale gdy zobaczył, że ten rusza w kierunku Halszki, też udał się w jej stronę. Nawet ułan, który przed chwilą wyprowadził konia ze stajni, trzymając za uzdę swoją klacz, przystanął przy Halszce. Z sąsiedniej ławki wstała także Elżbieta Dębuś-Bajsert i wyglądało na to, że nie zamierzała odpuścić sobie takiego zbiegowiska.

W otaczający Halszkę krąg wcisnął się również de Brigard, podnosząc z ziemi rzucony przez kucharkę kask.

Perdoname. Szybciej się nie dało – stwierdził Kolumbijczyk, przepraszającym gestem wskazując Dzięglową.

Halszka patrzyła i pomyślała, że jest w totalnym oblężeniu. Nie może się nawet ruszyć, bo wszyscy otoczyli ją zwartym półkolem. Opuściła głowę i jęknęła pod nosem.

– Boli?! – zareagowała od razu Krysia Dzięglowa. Halszka pokręciła przecząco głową. – Marianka kapustę wiezie. Liśćmi ubitymi obłożymy tę kostkę!

– Tak, liście kapusty! – pokiwał głową Napoleon Ochocki. – Stary sprawdzony sposób. Niejedną ranę wojenną tak się leczyło. A i pewnie na tej ławce sam generał Dąbrowski siedział. Musi pan wiedzieć, panie Marco, i drodzy państwo, że nasz generał, a twój prapradziadek, był wielokrotnie ranny. Dosięgały go kule i bagnety. Jedna nawet trafiła go w samą pierś.

– Olaboga! – wykrzyknęła Dzięglowa.

– I przeżył? – zapytała z ciekawością Izabella Kowal, dopijając resztki z trzymanego w ręku kieliszka.

– Tak! W bitwie pod Bosco – potwierdził Napoleon Ochocki, nadzwyczaj dumny z przykucia uwagi. – Kula karabinowa w samą pierś, w sam środek  – oświadczył, uderzając się pełną dłonią w klatkę piersiową. – Ale go nie dosięgła, bo generał miał tam w kieszeni za pazuchą książkę! „Historię wojny trzydziestoletniej” Schillera. Tom drugi. Z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego drugiego roku. Kula nie przebiła tych kilkudziesięciu stron. Utkwiła w kartkach…  

– Szczęściarz – westchnęła głośno Izabella, obracając w palcach pusty kieliszek. Roman Kowal, który właśnie podszedł do otaczającej Halszkę grupki, natychmiast odchylił klapkę kosza piknikowego.

– Ja też kiedyś byłam na paintballu. Kontrowersyjna gra zespołowa, ale nie wnikajmy, choć jestem w strzelaniu wyjątkowo dobra… – pochwaliła się animatorka, potrząsając z emocji rudymi lokami. – I tam ktoś trafił mnie kulą z farbką w samo serce – oświadczyła, przyciskając palce do prawej piersi. – W samo serce. Miałam znak. Musiał tam celować. Dokładnie tam – dodała, trzepocząc rzęsami.   

– Na pewno chciał w panią trafić – stwierdził Roman Kowal. Żona tylko spojrzała na niego, westchnęła i spróbowała świeżo dolanego wina. Roman Kowal nie powiedział już nic więcej.

– Tak! Dokładnie! Dąbrowski mógł być śmiertelnie raniony – wrócił do tematu Napoleon Ochocki. – Ale Jan Henryk Dąbrowski zawsze otaczał się książkami, zgłębiał życiorysy i strategie wielkich wodzów i to pozwoliło mu stać jednym z największych generałów. Muszą państwo wiedzieć, że do dziś ten przedziurawiony kulą egzemplarz „Wojny trzydziestoletniej” znajduje się w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie…

– Czyli dokładnie tam, gdzie powinien być! – skwitowała Elżbieta Dębuś-Bajsert, wzruszając ramionami. – W muzeum i gdzieś tam na kartach historii, a nie tu w Winnej Górze, która wyśmienicie nadaje się do bardziej złożonych zadań.

 

Halszka obserwowała, jak w powietrzu narasta konflikt, którego już nie da się uspokoić. Historyk nadął się i prawie wspiął na palce, próbując dorównać pani Elżbiecie wzrostem. Nie potrafił już ukryć wzburzenia. Za to ta była niewzruszona. Patrzyła na jego ekscytację z wyższością i politowaniem. Kłótnia wisiała w powietrzu.

– Pani… Pani sama powinna zniknąć z kart historii! Na wieki! Na zawsze! Ze swoimi, Bóg wie, jakimi nowatorskimi pomysłami, które są nowatorskie przez kilka lat i się starzeją. Najwyżej kilka lat. Najwyżej! – powtórzył zdenerwowany.

– Nie przesadzałabym – prychnęła przedstawicielka fundacji, machając ręką. – Swoją drogą, kilka lat to i tak lepiej niż być żywą skamienieliną na wieki. Pełną porozstawianych szuflad. Z zakurzonymi szybami… Z tymi samymi eksponatami przez dziesięciolecia.

– Jaką żywą skamienieliną! Nasz generał to nie dinozaur! – wykrzyknął Napoleon Ochocki. – I ma pani czelność wygadywać takie bzdury przy, przy, przy – historyk jąkał się ze wzburzenia – przy praprawnuku naszego generała?! – zapytał, pokazując na Kolumbijczyka, który do tej pory to patrzył z zaciekawieniem na kłócącą się parę, po przerzucał spojrzenie na Halszkę.

– Nie sądzę, abym uraziła, skądinąd wątpliwe, powinowactwo naszego gościa – stwierdziła, pokazując trzymaną w ręku żółtą teczkę.

– Słucham?! – wrzasnął historyk.

Disculpa! – zawołał Kolumbijczyk, mierzwiąc nerwowo włosy. – Czy ja dobrze zrozumiałem? – Marco spojrzał po zebranych.

– Jak pani śmie nas tu wszystkich obrażać? – wtrąciła się Dzięglowa, stając obok potomka Dąbrowskiego, tak jakby miała zamiar zasłonić go własnym ciałem przed zbliżającym się atakiem.

– Nikogo nie obrażam, tylko prezentuję swój głos w dyskusji – stwierdziła Elżbieta Dębuś-Bajsert, obrzucając kucharkę lekceważącym spojrzeniem. – Jak każdy mam do tego prawo, poza tym akurat ja, ja – podkreśliła, przytakując głową. – Ja mam czyste sumienie – dodała z uśmiechem, podnosząc podbródek do góry.

 

Krysia Dzięglowa, choć i tak była o dwie głowy niższa, skuliła się jeszcze bardziej. Stała się małą okrągłą kulką z ustami w podkówkę. Halszka nawet pożałowała, że nie ma jeszcze Marianki, która nie miałaby oporów, żeby zaatakować kobietę postukującą palcami w żółtą teczkę. Już miała się sama odezwać, gdy uprzedziło ją niespodziewane rżenie konia.

– Proszę pani – zwrócił się do Elżbiety Dębuś-Bajsert Zbyszko Wieczorek, który zdaje się pociągnął klacz za uzdę i w ten sposób wtrącił się do dyskusji. – Ja również lubię historię i nieobce mi są muzea. Zapewniam panią, wiele się można w nich dowiedzieć… moją pasją są rekonstrukcje historyczne… – tłumaczył, podkręcając wąsa.

– Zdążyłam się już zorientować – przerwała mu pani z fundacji – że świetnie się pan bawi, trwoniąc resztki majątku, który pozostawił panu w spadku dziadek. Znałam go. Pracował całe życie na swoje sklepy jubilerskie, uczył pana, a pan to przehulał i teraz próbuje się gdzieś zaczepić. Proszę mi wierzyć, podziwiam pańską ułańską fantazję. Szczerze – podkreśliła z nieskrywaną ironią w głosie. Ułan posmutniał i nawet klacz opuściła łeb.

Zapanowała cisza. Trwała do momentu, w którym dziadek Michalski głośno nie charknął i nie splunął przez lewe ramię, spoglądając z ukosa na kobietę z fundacji.

– Przepraszam, pracuję w przeciwieństwie do niektórych – teraz wyraźnie Elżbieta Dębuś-Bajser spojrzała na Halszkę, która poczuła większy chłód bijący od kobiety z fundacji, niż od rozpuszczających się mrożonych truskawek. – Ale jeszcze dużo przede mną, choć jestem całkiem zadowolona – dodała z uśmiechem pani z żółtą teczką, okręciła się raptownie na pięcie i ruszyła w kierunku pałacu. Najbliżej miała, wchodząc pomiędzy małżeństwo Kowalów, które wyraźnie stało jej na drodze. Między nimi było sporo miejsca, wybrała więc to przejście, by wyjść z grupki osób, które otoczyły siedzącą na ławce Halszkę.

Halszka prawie by dała sobie rękę uciąć, że wcześniej Izabella Kowal nie trzymała kieliszka na wyciągniętej w bok ręce. Patrząc z dołu na wszystkich, zauważyła, że Kowalowa wyciągnęła ją dokładnie w momencie, w którym mijała ją Elżbieta Dębuś-Bajsert. Zdaje się, że nikt oprócz niej tego nie zauważył, za to wszyscy usłyszeli krzyk przedstawicielki fundacji, w momencie gdy kieliszek pełen czerwonego tym razem wina rozlał się na jej koszulę.

 

Wściekła Elżbieta Dębuś-Bajsert próbowała strzepać wino z koszuli, rozmazując je w jeszcze większą czerwoną plamę. Izabella Kowal spojrzała na pusty kieliszek.

– Dobrze, że się nie rozbił, mogłaby pani wdepnąć w szkło. Radziłabym uważać – stwierdziła.

– Ja mam uważać?! – wrzasnęła przedstawicielka fundacji, strzepując krople wina z żółtej teczki. Niestety po stróżkach spływającego trunku zostawały fioletowe ślady. – Ja?!

Izabella Kowal spojrzała wymownie na swoją nieskazitelnie czystą suknię i na koszulę Elżbiety Dębuś-Bajsert.

– Na to by wychodziło.

– To wy uważajcie na mnie! – wrzasnęła przedstawicielka fundacji, spoglądając to na Izabellę, to na Romana Kowala. – Na tych ziemiach to może w średniowieczu rosły winogrona! Ale nie teraz! Myśli pani, że nie wiem, co się tu szykuje?! Że nie wiem… – pytała, oglądając teczkę z każdej strony.

– Myślę, że nie ma pani pojęcia – wzruszyła ramionami Izabella Kowal.

– Na nic się zda to kopanie w ziemi. Pod pozorem badania gruntu! I to przez byłego stomatologa. Co za śmieszność! Do tego geolog jest potrzebny, a nie kosz piknikowy! Może by to pani zrozumiała – stwierdziła, mrużąc oczy – gdyby pani choć przez chwilę trzeźwo spojrzała na sytuację! – wykrzyczała, pokazując na pusty kieliszek, który ciągle tkwił w wyciągniętej ręce Izabelli.

– Roman – Izabella przywołała męża, który stanął tuż obok. – Pozbądź się jej – rozkazała lekko znudzonym tonem, przymykając powieki. – I nalej mi wina – westchnęła nie patrząc już na przedstawicielkę fundacji.

Elżbieta Dębuś-Bajsert odeszła już bez słowa.

– My też chodźmy – zwróciła się Izabella Kowal do pobladłego małżonka, który już trzymał w ręku odkorkowane czerwone wino.

– Ale co ona mówiła? – wyrwał się z odrętwienia Napoleon Ochocki. – Kto kopie? Gdzie? Gdzie? Tu? – zaczął pytać, kręcąc się w kółko.

– Niestety, nie znalazłem żadnego dołka – Halszka usłyszała za plecami głos malarza. Mariusz Wejman zbliżył się od strony grabowej alei. Odwracając się w jego kierunku, natrafiła na wzrok dziadka Michalskiego.

– A nie mówiłem? – dziadek pokiwał głową i sięgnął ręką do kieszeni.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj