fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 13

W którym pada słów kilka o diademie cesarzowej.

Halszka Nowicka od kilku godzin leżała na łóżku w swoim pokoju i po cichu liczyła, że przeczeka w ukryciu do następnego dnia. Miała dobrą wymówkę. Noga co prawda nie puchła już bardziej, ale trochę jeszcze bolała, więc cały czas trzymała ją sztywno wyciągniętą przed sobą i wygodnie umoszczoną na poduszce. Chętnie zastosowała się do tego, co jej powszechnie radzono, czyli – nie chodzić, nie nadwerężać, nie forsować. Miała w planie korzystać z tego zalecenia co najmniej przez cały dzień albo nawet przez dwa.

Tłumaczyła sobie, że to nie obóz dla dzieci i poradzą sobie bez niej. W końcu to dorośli ludzie z wyjątkiem Marianki, której nie udało się zmusić do zostania przy cioci. Siostrzenica wykazała się tylko przyniesieniem bandaża z apteczki. Marco Rafael de Gloria de Brigard, który wraz z ułanem pomógł jej dotrzeć do pokoju, zaoferował się, że zmieni jej artystyczny opatrunek na bardziej profesjonalny, że pobiegnie po nowe truskawki, a te roztopione może nawet zjeść… i jest pewny, że będą one „słodsze od wszystkich kolumbijskich, które jadł do tej pory”. Mówiąc to, cmoknął ustami własne palce. Zrobił to tak głośno, że przykuł uwagę Marianki, która natychmiast wykrzywiła się, jakby chciała zwymiotować, a by nie było wątpliwości, włożyła palec do ust i przewróciła oczami.

 

Swoją pomoc zaoferował również ułan Zbyszko Wieczorek. Zaczął od pułkowych wspomnień, opisując, jak to bandażował bombardiera Śmierzchalskiego, ale ucięła tę relację, chwyciła kule i zostawiając ślady z truskawkowego soku na podłodze, zatrzasnęła im wszystkim drzwi przed nosem. Przede wszystkim chciała umyć stopę.

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kasicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kasicki

Krysia Dzięglowa przyniosła jej pierogi z jagodami, a Marianka wpadła ciągu dnia z opowieściami. Nim pognała dalej, pomagając kucharce w kuchni i w interesach, zdała jej raport z tego, co działo się w pałacu. I tak: przyłapała animatorkę na tym, jak ta usiłowała wejść na strych. Podobno Koralia Brączkowska opracowywała jakiś plan interaktywnej gry pałacowej i szukała pomieszczeń do ukrycia. Malarz wyszedł ze sztalugami do parku, ale ich nie rozstawił, tylko oparł o drzewo, a sam usiadł na trawie i patrzył. Ułan przyszywał guzik do uniformu i wmawiał Mariance, że jeden jego guzik jest droższy niż wszystkie mundury pułku. Napoleon przez cały czas nie odstępował Kolumbijczyka, opowiadając mu coś z przejęciem, ale Marianka nie wiedziała co, bo jak do nich podchodziła, to historyk zaczynał mówić szeptem. Roman Kowal poprzenosił kilka lnianych woreczków z samochodu, ale chyba niezbyt mu zależało na ziemi, którą zawierały, bo jak się jeden rozsypał, to nawet tego nie pozbierał. Izabella Kowal spała w pokoju z błotem na twarzy, co Marianka widziała, zanosząc jej obiad. Elżbieta Dębuś-Bajsert przez cały czas albo coś pisała, albo rozmawiała przez telefon, siedząc na najbardziej oddalonej od pałacu ławce. Marianka uważała, że nie musiała iść tak daleko, jak chciała być sama, bo i tak wszyscy ją omijają szerokim łukiem. Sama zresztą zamierzała namówić Michalskiego, by ten wrzucił jej rój os do pokoju, albo Dzięglową, by zrobiła jej pierogi z grzybami halucynogennymi, podobno kucharka wiedziała, gdzie rosną. Halszka zabroniła jej kategorycznie jednego i drugiego. 

Mimo tych morderczych planów popołudnie toczyło się w miarę spokojnie i miała nadzieję, że uda się jej dotrwać tak do wieczora, a może i rana.

 

Właśnie ucinała sobie drzemkę, już prawie zapomniawszy o gościach, dołkach, zaskrońcach, światłach w parku, gdy rozległo się energiczne pukanie do drzwi. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Była prawie pewna, że wie, kto tak może opukać i miała rację.

Nie zdążyła wypowiedzieć do końca słowa „proszę”, gdy drzwi otworzyły się i w wejściu zobaczyła podskakujące w powietrzu rude loki.

– Mam nadzieję, że nie obudziłam. – Koralia Brączkowska wparowała do pokoju. – Proszę wybaczyć, ale zostałam jednogłośnie wydelegowana. Jednogłośnie – powtórzyła. – Mam panią poinformować, że spotykamy się wszyscy na dole w sali bilardowej. Chłopcy zdeklarowali się, że panią zniosą, każdy z osobna, już chcieli tu przyjść, ale ja im mówię, że może pani zaspana, albo rozczochrana, lepiej niech pierwsi nie wchodzą. I proszę – wyciągnęła rękę w kierunku Halszki – miałam rację – stwierdziła, patrząc na Halszkę i kręcąc głową,

– Jak wszyscy? – zapytała Halszka, przygładzając fryzurę.

– Oczywiście bez fundacji. Fundacja nie dostała zaproszenia. Namówiliśmy się bez niej – oświadczyła animatorka pełnym przekonania głosem.

Tego mogła się spodziewać, każda grupa lepiej się konsoliduje, gdy ma jednego wspólnego wroga. Przynajmniej coś ludzi łączy – pomyślała. W tym przypadku Elżbieta Debuś-Bajsert zraziła wszystkich do siebie, choć Halszka nie mogła sobie dokładnie przypomnieć, czym podpadła animatorce kultury.

– Ale co będziemy tam robić?

 Zapoznawać się – oświadczyła Koralia, wzruszając ramionami, po czym przejrzała się w lustrze wiszącym na ścianie, poprawiając wycięcie w dekolcie tak, by odkrywało to lewe, to prawe ramię.

– Przecież wszyscy się już znają – stwierdziła Halszka zrezygnowanym głosem.

– Ale nie na gruncie prywatnym – prychnęła animatorka, wydymając usta. – Mamy stół. Bile. Planuję więc turniej bilardowy. Muszę ustalić tylko poziom graczy, aby wyrównać szanse. Na przykład malarz mówi, że umie grać, a kucharka, że nigdy nie próbowała. To przykład oczywiście, bo przecież nie zamierzamy podzielić się na drużyny w stylu personel kontra goście. Bo pani z tą nogą, z tą kucharką i z tym ogrodnikiem niewiele by wskórała… Ale jeśli wyrazi pani chęć, to ja spróbuję dopasować drużynę o podobnych kwalifikacjach.

 – Nie, nie! Dziękuję – zaprotestowała szybko. – Proszę już iść, ja przyjdę.

– Sama?

– Tak. Sama – oświadczyła, pokazując na kule. Zejście po schodach było męczące, ale nie mniej krępujące niż opieranie się na obcym ramieniu. Wolała sobie tego zaoszczędzić. Podskakując, odprowadziła animatorkę pod same drzwi. – Uczeszę się – wyjaśniła.

– Oczywiście, przecież nie uważam, że pani tak wyjdzie – roześmiała się Koralia Brączkowska, machając ręką z rozbawieniem. Potem nacisnęła klamkę i już była jedną nogą za progiem, gdy drogę zagrodził jej Napoleon Ochocki.

– Nie myślałem, że panią tu zastanę – oświadczył, patrząc na animatorkę. – Ale właściwie to może i dobrze, w sumie to pani też dotyczy.

– Słucham! – naburmuszyła się Koralia Brączkowska.

– W czym problem? – Halszka wcisnęła kulę pomiędzy nich.

– Chodzi o obraz – wyjaśnił Napoleon Ochocki. – Ten ze ślubem generała i młodej pani Chłapowskiej. Obraz wisi w pokoju pani Koralii, a właściwie stoi na podłodze za zasłoną. Zdaje się, nie podoba się jej. A ja chętnie bym mu się przyjrzał, a właściwie popatrzył…

– Ale on jest na wyposażeniu mojego pokoju. – Animatorka zatrzęsła wszystkim lokami na swojej głowie.

– Ale pani się, zdaje się, brakuje wieszaków na ubrania. Wszyscy widzieliśmy, co wisiało na haczyku…

– Ale to moja prywatna sprawa – żachnęła się, czerwieniąc się po same uszy.

– Ale obraz państwowy, znaczy marszałkowski. Znaczy dobro narodowe – uniósł się historyk.

– Mam pomysł – Halszka przerwała tę coraz bardziej emocjonalną wymianę zdań. – Obraz jest na wyposażeniu pałacu. Tak mam w wykazie. Proszę go przenieść i powiesić w jakimś widocznym miejscu, w przestrzeni publicznej, tak by wszyscy mogli się jemu poprzyglądać. Bo nawet jeśli państwo dojdą do porozumienia, to przyjdzie malarz i też będzie chciał na niego patrzeć z bliska, może przez dłuższą chwilę.

– Malarz? – przerwała jej zdziwiona Koralia.

– Malarz? – dołączył się Napoleon Ochocki. – On też?

– Też – potwierdziła Halszka, choć do końca sama nie rozumiała, o co chodzi. Ale może nie interesowała się tak sztuką jak inni.

– To ja go przyniosę do sali bilardowej – zadecydowała po chwili animatorka.

– I świetnie – Halszka przytaknęła, ciesząc się ze swego salomonowego wyroku.  

 

 

Chcąc nie chcąc, po dwóch kwadransach była na dole. Koralia Brączkowska rzeczywiście nie robiła problemów z obrazem i zniosła go do sali bilardowej. Halszka weszła akurat w momencie, gdy wszyscy (oprócz pani z fundacji) przyglądali się opartemu o ścianę przedstawieniu.

– Mówi pan, że był o dwadzieścia kilo grubszy? – zainteresowała się Izabella, patrząc na malarza, który skończył opowiadać, prawdopodobnie to samo co jej wcześniej.

– Tak.

– To miło ze strony malarza. Zrobił mu bezbolesną liposukcję na płótnie – stwierdziła Izabella Kowal.

– Ten obraz, oczywiście mówię o oryginale, bo tu mamy kopię – wyjaśniał dalej Mariusz Wejman – powstał już po śmieci Dąbrowskiego, czyli długo i po tych uroczystościach ślubnych. Można by powiedzieć, że to tylko taka malarska wizja, bez zagłębiania się w szczegóły… i bez dbania o prawdę historyczną.

– Nie zgodzę się z panem! – zaprotestował ułan z przytupem. Wyprostował się i uniósł podbródek. – Mundur jest jak najbardziej mundurem paradnym Dąbrowskiego. Zgadza się krój, kolory, ordery. Na pewno taki miał!

– Tego nie wykluczam. Chociaż skąd wiadomo, że dokładnie taki włożył podczas tej uroczystości? Nie możemy mieć pewności.

– Ale biżuteria! – przerwał mu Napoleon Ochocki. – Biżuteria też jest dokładnie biżuterią z tej epoki. Panie Marco – historyk szarpnął za ramię Kolumbijczyka dokładnie w momencie, w którym ten dostrzegł wchodzącą Halszkę. Halszka była mu za to niezmiernie wdzięczna. Napoleon prawie wykręcił głowę de Brigardowi, tak by ten przyjrzał się swemu przodkowi. – Niech pan popatrzy. Ten diadem na przykład… na głowie Barbary Chłapowskiej. Jest dokładnie taki, jaki w tamtych czasach wyrafinowane kobiety nosiły na głowie.

– Wszystkie? – zdziwiła się Marianka.

– Nie. Tylko te wyrafinowane – zaśmiała się animatorka.

– I bogate – stwierdziła rzeczowo Izabella.

– Raczej tak – przytaknął Napoleon Ochocki. – Po koronacji Napoleona diadem został okrzyknięty przez kobiety z wyższych sfer najpiękniejszą ozdobą kobiecej głowy. Najpiękniejszą, jaka kiedykolwiek istniała. Muszą państwo wiedzieć, że wyznawcą takiej mody był sam Napoleon, oczywiście gdy już tylko mógł sobie na to pozwolić. Cóż, jego pierwsza żona Józefina była wyjątkowo kosztowną damą. Wiadomo, że jednego tylko roku zamówiła pięćset dwadzieścia par butów, wiadomo z rachunku, jaki dostał się mężowi…

– Wspaniała kobieta – westchnęła głośno Izabella. – Też jestem zdania, że żona powinna mężczyznę dużo kosztować.

– Ależ dziubku!

– Niestety w naszym przypadku jest odwrotnie – stwierdziła. – Mam nadzieję, że do czasu…

– To ja pójdę po wino. Się skończyło – stwierdził Roman Kowal, zakręciwszy się wokół siebie. –  Białe, lekkie, mineralizowane? – zapytał, a Izabella łaskawie skinęła głową, nawet nie patrząc w jego kierunku.

– To ja przyniosę truskawki – zaoferowała się animatorka. – Ja zawsze wrzucam do kieliszka truskawki. Lubię tak oznaczać swoje szkło. Poza tym truskawki pasują do białego wina.

– Nie do każdego – westchnęła głośno Izabella, patrząc, jak wychodzą z sali bilardowej. – Niech pan mówi jeszcze o tej biżuterii Józefiny.

– Do dzisiaj możemy ją podziwiać. Na przykład Szafirowy Diadem Leuchtenbergów należy dziś do królowej Szwecji Silvii.

– Nie tylko diadem – przerwał mu Zbyszko Wieczorek. – To cała parura…

– Par co? – zaciekawiła się Marianka. Do tej pory z wyjątkowym skupieniem słuchała wykładu o biżuterii, bawiąc się kolczykami w brwiach.  

– Jednak pan słuchał dziadka – do wszystkich dotarł prześmiewczy ton Elżbiety Dębuś-Bajsert, która widocznie zwabiona rozemocjonowanymi głosami, zjawiła się niezaproszona. – I tutaj – dodała z przekąsem – ta wiedza może się panu do czegoś przydać – zwróciła się do ułana, patrząc jednocześnie na obraz.

– Wiedza zawsze się przydaje – wypaliła Marianka, robiąc bojową minę.

– Mi na pewno – odparowała kobieta z fundacji, rozglądając się po wszystkich. – Widzę, że państwo świetnie się tu bawią. Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że niektórym wkrótce popsuje nastrój.

– Wkrótce? Niektórym? – szczerze zdziwiła się Izabella Kowal.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj