fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 14

W którym szczęście początkującego zbiega się z wiszącym w powietrzu nieszczęściem.

I znowu wino w Winnej Górze rozcieńczyło nieco skwaszoną przez Elżbietę Dębuś-Bajsert atmosferę. Przynajmniej tak się wydawało Halszce Nowickiej, która dotarłszy do sali bilardowej, rozsiadła się na sofie z wyciągniętą przed siebie nogą i obserwowała, co się dzieje dookoła. Zrobiło się znacznie swobodniej od momentu, w którym Roman Kowal przyniósł cały, pięciolitrowy karton i ustawił go na barze.

 

Uradowana Koralia Brączkowska wparowała z tacą kieliszków, idąc w jego kierunku, a Krysia Dzięglowa przecisnęła się między kolumnami z miską świeżo umytych truskawek. Mogła wybrać znacznie szersze przejście, ale wolała ominąć stojącą samotnie kobietę z fundacji.

Cała reszta także próbowała ją zignorować. Wszyscy naraz mówili między sobą. Nawet malarz z Kolumbijczykiem znalazł wspólny temat, a rozmawiając, ustawił się plecami do Elżbiety Dębuś-Bajsert. Również animatorka, ćwierkając na każdy temat, roznosiła kieliszki tak, by ją pomijać.

– To co to ta pra… ra… raa? – dopytywała się Marianka ułana, kucając przed stojącym na ziemi obrazem.

– Parure. To komplet biżuterii – wyjaśnił Zbyszko Wieczorek, próbując nie zwracać uwagi na przypatrującą się mu kobietę z fundacji.    

– Z francuskiego parures – dodał Napoleon Ochocki, nachylając się nad głową Marianki. – Wspaniałe klejnoty! Sama Józefina dostała od Napoleona kilka takich kompletów. A jeden to diadem, kolczyki, naszyjnik, grzebienie, klamra paska, para bransolet…

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

– Kobiety kiedyś się ceniły… – westchnęła Izabella, która stała pod oknem i sączyła wino.

– A po rozwodzie to ona musiała to oddać? – zapytała animatorka, odrywając szypułki od truskawek dwoma palcami. Reszta była odgięta, szczególnie mały.

– Nie. Musiała zwrócić tylko koronacyjne klejnoty – odpowiedział historyk. – Co ciekawe, Republika Francuska sprzedała diadem, który zakupiła firma jubilerska Van Cleef & Arpels w Nowym Jorku i jest do dziś w jej posiadaniu.

– Ale ona nie ma kompletu! – stwierdziła rzeczowo Marianka, patrząc na Barbarę Chłapowską. Ciągle kucała i miała ją na wysokości swojego nosa. – Wszystko jest inne. Ta spinka w dekolcie największa, chyba. A poza tym to on, ten generał, ma więcej ozdóbek niż ona. Te ordery, frędzle na ramionach…

– Epolety – szybko zaznaczył Zbyszko Wieczorek. – Bombardier Śmierzchalski też ma takie.

– Wszystko jedno, jak zwał… on ma więcej świecidełek – przekomarzała się Marianka.

– Ale Barbara też ma czym się pochwalić… chociażby ta agrafa w dekolcie – stwierdził historyk, z przekonaniem kiwając głową. Elżbieta Dębuś-Bajsert podeszła bliżej obrazu i wygięła się w łuk, by lepiej mu się przyjrzeć, a Marianka wyciągnęła palec, żeby dotknąć dekoltu Barbary Chłapowskiej.  

– Ten? – zapytała.

– Radziłabym nie dotykać płótna – zaśmiała się złośliwie pani z fundacji.

– Dlaczego? – zainteresował się malarz, podchodząc do nich.

– Oczywiście! To nieelegancko – skwitował Kolumbijczyk ze śmiechem. – Imposible, tak publicznie palcem po piersiach kobiety…  Chyba że poprosi… – dodał, patrząc na Halszkę, która odruchowo uciekła przed nim wzrokiem.

– Co?! – oburzyła się Marianka, ale krzywiąc się, odsunęła palec od Barbary Chłapowskiej.  

– Romanie, zdaje się, że ktoś tu jeszcze nie ma wina – wtrąciła się Izabella Kowal. – Nie bądźmy znowu tacy niegrzeczni – ostentacyjnie pokazała i na ignorowaną przez wszystkich kobietę, i na swój już prawie pusty kieliszek.

– Już idę. – Roman Kowal podszedł do barku.

– Czy nalać pani? – zwrócił się do Elżbiety Dębuś-Bajsert, biorąc do ręki karafkę, do której przelewał wino z kartonu.

– Ja naleję – zadeklarowała się Koralia Brączkowska, obrywając kolejną szypułkę od truskawki. Dzięglowa podała jej czysty kieliszek, który czyściła tak, jakby chciała go zetrzeć do czysta. – Brałam kiedyś udział w prezentacji win. Było tam takie wino… Ach, zakochałam się…

– Nie wiem, czy pani właściwie lokuje swoje uczucia – stwierdziła Dębuś-Bajsert. – Ale cóż…. Niestety. Ja jutro z samego rana jadę do Poznania wyjaśnić kilka spraw…

– Romanie, nie namawiaj, jak nie chce – rzuciła w ich kierunku Izabella Kowal, obrzucając przedstawicielką fundacji pogardliwym spojrzeniem. – Szkoda wina. Nawet takiego.

– Właściwie jeden kieliszek nie zaszkodzi – zareagowała Elżbieta Dębuś-Bajsert, a po minie było widać, że robi to z czystej przekory.

– Zależy komu – westchnęła Izabella Kowal, przeglądając się we własnym szkle.

Elżbieta Dębuś-Bajsert odwróciła się do niej plecami i podeszła wprost do siedzącej na sofie Halszki.

– Nie wiem, czym to tłumaczyć – zwróciła się do niej, robiąc wyjątkowo poważną minę – ale nikt nie poinformował mnie o zebraniu.

– Bo to nie jest zebranie – uprzedziła ciocię Marianka, która wstała z podłogi i stanęła obok Halszki, jakby czując się w obowiązku obronić ją w razie kłopotów.

– A co to jest? – zapytała kobieta z fundacji, rozglądając się po wszystkich. – Zdaje się, że nie zaproszono mnie i stajennego.

– Michalskiego zaprosiliśmy – poprawiła ją Marianka, kręcąc kolczykiem w nosie.

– A na co? – wysyczała przez prawie zaciśnięte zęby Elżbieta Dębuś-Bajsert.

– Na turniej bilardowy! – wykrzyknęła nastolatka ochoczo, wkładając ręce w kieszenie ogrodniczek. – Ale nie taki, w którym wszyscy mogą brać udział – szybko sprostowała. – Właściwie nikt nie może jeszcze brać udziału. Na razie pani Dzięglowa się będzie uczyć. Marco jej pokaże.

Con mucho gusto – podchwycił Kolumbijczyk, a kucharka zaczerwieniła się po same uszy i zaczęła nerwowo chichotać.  De Brigard, nie czekając, podszedł do kontuaru, za który próbowała się wcisnąć speszona Krysia Dzięglowa. Nie było to łatwe, bo wystawała znaczna część jej ciała. Latynos chwycił ją za rękę i szarmanckim gestem wyciągnął zza baru.

 

Dzięglowa ledwo zdążyła odstawić polerowane kieliszki, kiedy de Brigard przyciągnął ją do siebie i poprowadził tanecznym krokiem, tak jakby tańczył poloneza w pierwszej parze na studniówce. Dzięglowa, nieprzerwanie chichocząc, dotarła do stołu.

Marco wręczył kobiecie kij, układając jej go w rękach, pokazał ustawione zawczasu kule, objął ją ramieniem i pochylił nad blatem.

– Pani Cristina. Primera leccion! Musi pani trafić tą bilą w ten trójkąt.

– Ten z kulek? – wydukała Dzięglowa, ledwo oddychając z wrażenia.

– Tak – przytaknął, demonstrując kucharce, jak mierzyć. Obejmował ją przy tym mocno, układając palce na kiju. Halszka widziała, że Dzięglowa mruga oczami z wrażenia.

– I uderzamy.  Tak z całej siły, z impetem, ale trafnie, con precisión. Uderzamy…

– W to? – próbowała upewnić się kucharka, pokazując na bilę.   

– Tak – powiedział Marko znacznie ciszej i prawie wprost do jej ucha. – Proszę sobie wyobrazić, że to były chłopak! Kochanek, amante, mąż, wszystko jedno, że ma pani okazję dołożyć mu, ale tak a muerte, na śmierć, żeby popamiętał – tłumaczył Kolumbijczyk takim tonem, że słuchali go już wszyscy.

 

Mówił cicho, ale wyraźnie, przez cały czas przesuwając kijek w rękach Dzięglowej w tę i we w tę. W tę i we w tę. Coraz bliżej dosuwając końcówkę kija do czarnej kuli.

Kucharka jak zahipnotyzowana przymierzała się do uderzenia. Już nie dmuchała sobie w nos, nie mrugała powiekami. Oddychała.

Con precisión, Cristina – szeptał Kolumbijczyk. – A muerte… Za grzechy…

Krysia Dzięglowa w końcu zamierzyła się i łupnęła tak, że nawet Halszka na sofie podskoczyła do góry. Huk uderzających o siebie bil był tak wielki, że wystraszyła się Koralia Brączkowska, która niosła Elżbiecie Dębuś-Bajsert kieliszek wina. Kieliszek roztrzaskał się o podłogę, ale prawie tego nie było słychać, bo bile ciągle obijały się o siebie i po kolei wpadały do kieszeni w stole.

Hasta la vista, baby. Marco de Brigard  znów objął kucharkę, która nie do końca wiedziała, co się stało.

– Sześć na raz! – wrzasnęła Marianka, pokazując palcem na stół.

– A to dobrze? – pytała Dzięglowa przerażona hukiem, który sama wywołała.

– Bardzo, bardzo! – cieszył się Kolumbijczyk. – A muerte! – powtórzył.

Marianka klaskała w ręce, wtórował jej Napoleon Ochocki, Halszka też podniosła kciuk do góry. Malarz pokiwał głową z uznaniem. 

– O kim pani pomyślała? – zapytała Elżbieta Dębuś-Bajsert, ale kucharka albo nie dosłyszała z emocji, albo ją zignorowała.   

– Oj, zbił się pani kieliszek – zmieniła temat Koralia Brączkowska, stojąc z pustą tacką w ręku.

– Daj jej mój – zadecydowała Izabella Kowal, pokazując na blat, na którym stała przeznaczona dla niej nalana kolejna lampka.

– Dziękuję … – zaczęła Elżbieta Dębuś-Bajsert i chciała jeszcze coś powiedzieć, ale przerwała jej Izabella.

– Lepiej już, żeby ta kobieta piła niż mówiła – wyjaśniła, wzruszając ramionami.

Roman Kowal zastygł, animatorka zbierała z ziemi resztki szkła i wyglądało na to, że nie zamierza szybko wykonać wydanego jej polecenia. Za to malarz przytomnie chwycił stojący kieliszek i podał go pani z fundacji.

– Proszę. Ja się już pożegnam – zakomunikował Mariusz Wejman, nie dając Elżbiecie Dębuś-Bajsert czasu na ripostę.

– Będzie pan dzisiaj jeszcze malował? Albo szukał znów miejsca na pejzaż, znaczy odpowiedniego miejsca? – wykrzyknęła Halszka, próbując go zatrzymać. Zastanawiała się, czy malarz powie coś o swoich nocnych wędrówkach po parku, o które go podejrzewał Michalski, czy nie.

– Może poszukam? – wzruszył ramionami.

– A czego pan szukał? – podszedł bliżej sofy Napoleon Ochocki, który nie był pewny, czy wszystko usłyszał. – Szukał pan tu czegoś? – dopytywał coraz bardziej zaniepokojony. 

– Natchnienia – stwierdził z uśmiechem Mariusz Wejman.

– Znalazł pan? – zupełnie poważnym tonem zapytał Marco de Brigard. – Znalazł pan w parku? – powtórzył, podchodząc bardzo blisko malarza.

– Nic nie znalazłem – wzruszył ramionami Mariusz Wejman i odwrócił się na pięcie. – Jeszcze – dodał, wyraźnie spoglądając na stojący na ziemi obraz, i wyszedł.  

 

Historyk z Kolumbijczykiem chwilę jeszcze ze sobą szeptali. Kucharka nie mogła dojść z wrażenia do siebie. Marianka też natychmiast zapragnęła grać. Ułan szykował kolejne kije. Izabella Kowal przywołała męża. Animatorka skończyła zamiatać rozbite szkło.

A Elżbieta Dębuś-Bajsert, stojąc samotnie pod ścianą, dopijała wino. Po dłuższej chwili odstawiła kieliszek. Nie odezwała się ani słowem i przez nikogo nieżegnana ruszyła do wyjścia.

Halszka miała wrażenie, że idąc, lekko się zatacza.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj