fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 2

W którym dziadek Michalski organizuje pomoc kuchenną (ukrywając co nieco).

Przez dłuższą chwilę Halszka Nowicka z siostrzenicą Marianną wpatrywały się w chłopaka na koniu. Ten spoglądał na nie z wysoka, wyraźnie zadowolony z rozdziawionych ust przyglądających mu się panien.

 

Dumnie prezentował granatowy mundur z czerwonymi lampasami i dwoma rzędami złotych guzików. Na głowie miał wysoką czapkę ze sznurem, wiszącym pomponem i sterczącą z boku białą, pierzastą kitą.

– Czy pan jest rycerzem? – nie wytrzymała Marianka, wyłaniając się zza pleców ciotki. Chłopak wyprostował się jeszcze bardziej i zaciągnął uzdę. Kary koń zarżał.

– O, nie! – zaprotestował, a koń zrobił kilka kroków w miejscu, głośno tupocząc kopytami po bruku. – Kiedyś byłem w bractwie rycerskim. Walczyłem pod Grunwaldem i oblegałem zamek w Malborku, ale definitywnie opuściłem średniowiecze – oświadczył podniosłym tonem.

– Przeniósł się pan w czasie? – próbowała dopytać Marianka ośmielona przyjemnym głosem chłopaka.

– Można tak powiedzieć – wyjaśnił jeździec, zeskakując z konia. – Spokojnie, spokojnie. Dobra klacz – dodał i poklepał kark zwierzęcia. Stanął obok. Zdjął z głowy czapkę, wyprostował się, przesadnie wypinając klatę do przodu. Był wysoki i przystojny. Miał płowe włosy, jasne, uniesione wąsy, uśmiech od ucha do ucha i najwyżej dwadzieścia parę lat. – Teraz jestem ułanem – oświadczył i stuknął obcasami. Obie popatrzyły na czarne, skórzane kozaki z ostrogami, sięgające do połowy łydki. Ułan chwycił się za szablę przytwierdzoną do pasa. – Pierwszy Pułk Szwoleżerów-Lansjerów Gwardii Cesarskiej. Walczyliśmy pod Waterloo, w wąwozie Samosierra i…

– Przepraszam – przerwała Halszka. – Czy mógłby pan się przedstawić i powiedzieć, z kim mamy zaszczyt? – zapytała i sama się zdziwiła formą, w jakiej postawiła pytanie.

– Ależ oczywiście, już naprawiam mój pożałowania godny błąd. – Zbyszko Wieczorek. Pierwszy Pułk Szwoleżerów…

– To już wiemy.

– Mówili o nas los picadores del infierno! – wykrzyknął. – Jak kto woli, Diablos Polacos. Tak mówili o nas swego czasu w Hiszpanii – oświadczył i ukłonił się w pas. Podszedł do Marianny, która wychyliła się bliżej niego. Wziął jej rękę i pocałował kurtuazyjnie. Nie wyprostował się całkiem, zostając na wysokości jej oczu.

– A panna jak się zwie? – zapytał.

– Wabię się Marianna – odparła zaskoczona rytuałem nastolatka. Halszka zamierzała zapamiętać to przedstawienie się na bardzo długo.

– Marianna… – powtórzył ułan, teatralnie wzdychając. – Mnóstwo kolczyków panna nosi – stwierdził, przyglądając się jej z uśmiechem. Dziewczyna nachmurzyła się bojowo. Jeżyła się za każdym razem, gdy ktoś z dorosłych ubolewał nad jej wyglądem. Już chciała coś powiedzieć, ale ułan uśmiechnął się szeroko. – Mój dziadek byłby zachwycony. Zapewniam, że ucieszyłby się z tej mody – potwierdził, kładąc otwartą dłoń na sercu. – Był jubilerem – dodał z dumą w głosie. – Zawsze uważał, że kobiety powinny mieć po trzy szyje, a nie pomyślał o tak prostym rozwiązaniu – zakończył, a Marianna podrosła parę centymetrów.

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

– Wolę, gdy się mówi do mnie Szpilka – sprostowała lekko zaczerwieniona. – Tak mam na nazwisko, a że imienia swego nie lubię, to wolę… – próbowała tłumaczyć. Ułan jednak już jej nie słuchał. Wyprostował się, strzelił ponownie obcasami.

– Panna Marianna brzmi zdecydowanie lepiej – powiedział i puścił oko. Halszka przypuszczała, że nastolatka zaraz rzuci mu się do gardła, mówiąc, żeby to wypluł na ziemię i podeptał, ale ku jej zaskoczeniu, Szpilka nazwana nie tylko Marianną, ale i panną, zaczerwieniła się, spuściła wzrok i zaczęła kręcić kolczykiem w nosie.

– Zbyszko Wieczorek, ułan pierwszego pułku… – powtórzył ułan, kłaniając się i całując w rękę również lekko onieśmieloną Halszkę.

– Halszka Nowicka. Tymczasowy kierownik administracji. To miło, że nas pan odwiedził. Ale pałac nie jest jeszcze przygotowany dla zwiedzających – oświadczyła, patrząc, jak koń zaczyna skubać trawę z kwietnika.

– Tak. Na zwiedzanie nie jest jeszcze najlepsza pora, ale ja zamierzam tu stacjonować przez najbliższy tydzień. Wieczorem bombardier Śmierzchalski przywiezie moje rzeczy. Stacjonuje na stałe w Środzie u żony. Obiecał dostarczyć mi mniej paradne ubranie. Tymczasem ja się zakwateruję.

– Świetnie – przyklasnęła Marianna. – My też tu zakwaterowałyśmy.

– Cała przyjemność po mojej stronie – skinął głową.

– Przepraszam – wtrąciła się Halszka. – Zdaje się, że pan pomylił kwatery – stuknęła się w głowę. – Pomyliłam się, a pan pomylił pałace. Nie pałace. Zajazdy chyba – zaczęła sama się poprawiać. – Przepraszam, to nie jest hotel – stwierdziła dosadnie, próbując samą siebie przywołać do porządku.

– Wiem, wiem, widzę i podziwiam – uśmiechnął się ułan, z lekkim politowaniem patrząc na pogubioną Halszkę. – Swego czasu tu była mekka legionistów. Ale proszę nie przepraszać. Mnie też się to udziela. Jak tylko założę ten mundur, to od razu wchodzę w epokę. Jak aktor. To taki teatr na żywo.

– Widzę – przytaknęła Halszka, gdy po raz kolejny ułan strzelił obcasami.

– A ja się nie pomyliłem – oświadczył Zbyszko Wieczorek. – Być może tylko przyjechałem za wcześnie. Proszę to sprawdzić. Zdaje się, jestem pierwszy? I dobrze. Załatwię sobie lepsze posłanie. Oczywiście jak się pojawi jakaś dama, na przykład w połogu, to jej odstąpię me łoże i zadowolę się stajnią. Prześpię się obok mojej wiernej klaczy…

– Powoli. – Złapała się za głowę. – O czym pan mówi?

– Wygrałem udział w projekcie. Oczywiście nie jestem jedyny.

– Będzie więcej ułanów? Masakra, ale super… Przewieziecie mnie? – zaczęła dopytywać Marianka, która prawie nie mogła ustać w miejscu z emocji.

– Zaraz, zaraz – przerwała jej Halszka, kładąc rękę na ramieniu. – Jakim projekcie?

– Zamierzam podjąć się udziału w konkursie na aktywizację tego pięknego obiektu. Nawet jeśli nie wygram, to dla mnie wyjątkowa okazja. – Wyciągnął rękę i szerokim gestem pokazał na pałac. – Przebywać na ziemi, po której stąpał twórca legionów – perorował – spać w jego pałacu. Być tu, gdzie doczekał końca swych dni. Oddychać tym samym powietrzem…

– Zdaje się, że już trochę tu wywietrzało – przerwała mu. – Zmarł dwieście lat temu.

– Dwieście dwa!

– Co dwieście dwa?

– Minęło dwieście dwa lata. O generale wiem wszystko. Mój projekt między innymi na tym polega, by to wiedzieć. Ale powoli. Pozwoli pani, że zaprowadzę konia. Czy wszystko jest przygotowane?

– Słucham? – zapytała Halszka bez sensu. Słyszała doskonale.

– Oczywiście. Miało to być w moim zakresie, ale pomyślałem, że jak jest stajnia, to może i siano się znajdzie. Tak wpisałem w zgłoszeniu.

– Ale tam od czasu wojny nigdy nie stały konie – wyjaśniła. – Jakim zgłoszeniu? – zreflektowała się, że nie ma sensu tego wyjaśniać.

– Słyszałem, że boksy są wyremontowane i przygotowane.

– Tak, ale do zwiedzania! Zwiedzania bez koni – protestowała.

– Ona jest klaczą! – zaprotestowała Marianka. – Ciotka wszystko komplikuje – dodała, wywracając oczami. – Tam jest normalna stajnia. Pusta, czysta. Odmalowana. Byłam, wiem. Będzie jej dobrze. Mogę ją zaprowadzić? Mogę?! Mogę?! – pytała, szarpiąc Halszkę za rękę.

– Nie! – przerwała jej, już prawie z krzykiem, bo bała się, że wyrwie jej ramię ze stawu.

– To co, wolisz, żeby ta wierna klacz zjadała tu kwiaty? – Pokazała ręką na konia, który podchodził do dużej pełnej pelargonii doniczki.

– Pozwoli pan, że ja zadzwonię i spróbuję to wszystko jakoś wyjaśnić.

– Oczywiście! – ochoczo przytaknął Zbyszko Wieczorek, strzelając obcasami. – Oddaję się pod pani rozkazy z największą przyjemnością – oświadczył i zasalutował.

Halszka Nowicka oddaliła się na skraj drugiego skrzydła pałacu. Tam był zasięg, ale też mogła z odpowiedniej odległości bezpiecznie rozmawiać i jednocześnie patrzeć na Mariankę zachwyconą towarzystwem ułana. Rozmawiała, spoglądając, jak ułan pokazywał jej szablę, pozwalał mierzyć czapkę i głaskać konia.

Zajęło jej to prawię godzinę. Godzinę wyjaśniania, z którego wynikło to, że ułan ma rację. Z wrażenia w końcu usiadła na trawie. Nie miała już siły stać. Do pałacu nie mogła wejść, by nie tracić siostrzenicy z oczu. Patrzyła na nich, zastanawiając się, jak sobie da z tym wszystkim radę. Nazajutrz miały się zjawić kolejne osoby zainteresowane projektem aktywizacji kulturalnej pałacu w Winnej Górze. A dlaczego nic o tym nie wiedziała?

 

Okazało się, że osoby zaproszone do projektu miały się zjawić w innym czasie. Jeszcze za urzędowania wcześniejszej administracji, ale z powodu kwarantanny terminy poprzesuwano. I jak wynikało z tłumaczeń w Departamencie Kultury, kolejnej nowej daty nie ustalono. A już na pewno nikogo ze zgłaszających się nie poinformowano o zmianach. Tak więc kto chciał, czyli kto się zgłosił, mógł wziąć udział w konkursie i przyjechać.

A pierwotnie wszystko miało zacząć się jutro. Jako że obiekt był przystosowany do zamieszkania, w departamencie nie widziano problemu, by wszystkich chętnych w nim jednak ulokować. Odbywał się tu wcześniej plener malarski. Była wystarczająca liczba kołder i ręczników.

Po kilkunastu bezskutecznych próbach wymigania się z takiego obowiązku, Halszka dała w końcu za wygraną. Okazało się, że nikt nie może jej zmienić, a już na pewno nie osoba, która była za to wszystko odpowiedzialna – kolega, który dokładnie teraz szykował się do ślubu, który również odbywał się w kolejnym przesuniętym terminie. Tak samo jak podróż poślubna.

– W końcu to tylko tydzień… – słyszała jego błagalny ton. – Nie wyjdzie za mnie, jak to znowu przełożę. Poza tym to sami zapaleńcy, fantastyczni, ciekawi ludzie… – przekonywał, jednocześnie próbując dowiedzieć się, jak się wiąże muszkę.

Zmęczona Halszka powoli dawała za wygraną. Gdy w końcu przytaknęła, usłyszała na koniec, że jeszcze uczestnicy mają zapewnione wyżywienie. Budżet na to został przeznaczony. Ma coś zorganizować. Przecież w pałacu są dwie kuchnie… I sala bilardowa na wieczór…

Nie miała siły się już burzyć. Skończyła rozmawiać i położyła się na trawie, rozkładając ręce. Chyba nawet na chwilę zamknęła oczy. Może nawet na krótką minutkę przysnęła.

 

Obudził ją dziwny słodki zapach cytryny. Otworzyła oczy i wrzasnęła. Obok stał dziadek Michalski i właśnie zakręcał korek od niewielkiej buteleczki. Parę kropel spadło na jego czarne trepy.

– Chce pani? – zapytał, pokazując etykietę z trzema cytrynami. – Słodkie świństwo – dodał, oblizując siwą brodę. Halszka pokręciła przecząco głową. – Konia przywlekł pizdocznik jakiś… Przebieraniec, czy co? – dodał Michalski mocno skrzywiony.

– Wiem – przytaknęła, wstając. – Chyba musi zostać na parę dni.

– Mnie tam koń nie przeszkadza. – Machnął ręką. Halszka otrzepała ręką nogi z przylepionej do nich trawy.

– Zna pan kogoś, kto mógłby przygotować śniadania i kolacje dla małej grupy… paru osób? – poprawiła się, nie chcąc zbytnio wystraszyć potencjalnych kandydatów.

Michalski chwilę drapał się po głowie, mierzwiąc i tak potargane, sterczące we wszystkich kierunkach siwe włosy.

– Czy ja wiem? Może Krysia Dzięglowa? – zamyślił się.

– Umie gotować?

– E… nawet zeszły ksiądz u niej się stołował. Kiedyś mówił, że niebo w gębie. Że to rajskie mleczko. Ale czy to dobre jest? Próbowałem taki jakiś likier, że kokosowy chyba… ale pfu z tym tropikiem. – Splunął. – Wolę naszą polską cytrynę.

– Ale umie gotować, ta Dzięglowa, dla tylu osób?

– E… pani. – Znów machnął ręką. – Pułk wykarmi, jak kiedyś…

– Niech przychodzi – przerwała mu Halszka. Pomyślała, że zobaczy ją i zawyrokuje rano, co dalej. I tak każdy gotuje lepiej niż ona. – Będzie śniadanie dla trzech… chyba – zaczęła tłumaczyć i przerwała na chwilę. Przetarła oczy. Zdawało się jej, że coś mignęło w bramie wjazdowej. Wjazd do parku był dosyć daleko i patrzyła pod słońce. Przysłoniła ręką oczy.

– To powiem Dzięglowej. Niech co weźmie. Dobra baba, tylko… – przerwał Michalski i podrapał się po głowie.

– Co?!

– Czy ja wiem? Czy ja kabel jestem… – zaczął, mrucząc pod nosem i patrząc w kierunku zbliżającego się człowieka.

– Chyba będzie więcej ludzi na to śniadanie – stwierdziła Halszka, nie słuchając już go. Chwyciła się za głowę, patrząc na kolejną przybywającą osobę. Spojrzał też Michalski i otrząsnął się.

– Rude ja nie lubię – skwitował, popijając kolejnego łyka z małej buteleczki, i ruszył w swoją stronę. – Kiedyś próbowałem tej ich whisky… E tam, na myszach chyba pędzona – prychnął pod nosem.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj