fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 21

W którym mowa o diamentach i ich cenie.

Halszce Nowickiej udało się zwołać prawie wszystkich do sali balowej. Prawie, bo nie mogła znaleźć ułana. Poszła nawet do stajni, ale tam zastała tylko wierną klacz. Do dziadka Michalskiego nie musiała zachodzić, okno na piętrze było otwarte na oścież i dobiegało z niego chrapanie na tyle głośne, że było je słychać na dole. Nie zamierzała go budzić. Tak postanowiła. Jeśli komisarz będzie miał jakieś pytania, to sam go odszuka. Teraz się nawet ucieszyła, że nie będzie paplał, co mu ślina na język przyniesie. Zresztą noga trochę ją jeszcze bolała, nie chciała jej bez potrzeby forsować.

 

Zaniepokoił ją Zbyszko Wieczorek. Nie tylko ze względu na buty na jego stopach, które mógł nosić Napoleon, ale przede wszystkim dlatego, że nie było go o świcie. Ciągle nie wiedziała, kto jeszcze oprócz Elżbiety Dębuś-Bajsert chodził nad ranem po parku i po korytarzach w pałacu. Przemknęło jej przez myśl, że może Izabella Kowal, pląsając w zwiewnej koszuli nocnej, wymykała się z pokoju malarza, podczas gdy jej niczego nieświadomy małżonek spał w najlepsze. Jeszcze rano pomyślałaby, że to idiotyczne przypuszczenie, ale teraz nie była tego pewna.

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Tak rozmyślając, pokuśtykała w stronę pałacu. W ostatniej chwili przyszło jej jeszcze do głowy, że może Zbyszko Wieczorek jest gdzieś z Marianką. Nie widziała go długo, powinna więc teraz go zamęczać. Nie dręczyła konia, więc może gra w bilard. Postanowiła sprawdzić i nie myliła się. Z sali, w której stał stół dobiegały głośne okrzyki.

– Nie! Co ty?! Masakra!

Poszła w ich kierunku. Myślała, że siostrzenica emocjonuje się grą.

– Aż tyle? Nie mów – usłyszała, weszła i zobaczyła pusty stół z równo ustawionymi bilami. Okazało się, że Marianka jest, ale stoi razem z ułanem pod ścianą i patrzy na obraz przedstawiający ślub generała i Barbary. Zdziwiona głośno chrząknęła na wejście. Odwrócili się.

– Masakra! – powtórzyła Marianka. – Czy ty masz pojęcie, ile to może być warte? – wykrzyknęła, patrząc już w jej stronę, po czym wyciągnęła palec w kierunku dekoltu Chłapowskiej.

– Tylko nie dotykaj paluchami – powstrzymała ją Halszka.

– Mówimy hipotetycznie – oświadczył z powagą Zbyszko Wieczorek.

– Hipotetycznie też dużo! No powiedz jej! Powiedz – piszczała siostrzenica, prawie podskakując.

– Co jest tyle warte? – zapytała Halszka, spoglądając podejrzliwie to na jednego, to na drugiego.

– Widzisz! Trzeba ci pokazać palcem, bo inaczej nic nie czaisz. Ta agrafa! – nachmurzyła się Marianka. – Te brylanty – dodała, wyciągając brodę w kierunku panny młodej z obrazu.

– O ile ważą, ile ważą. Tego przecież nie wiemy dokładnie… – zaczął.

– Ten Napoleon mówił, to znaczy ten historyk mówił – prychnęła Marianka. – On przecież musi wiedzieć, że ten w środku był dwanaściekaratowy…

– Dwunastokaratowy – odruchowo poprawiła ją Halszka.

– Przecież mówię – żachnęła się. – I dziesięć jeden, jednokaratowych… Powiedz sama? No powiedz – jęczała, patrząc na nią błagalnym wzrokiem. – Przecież tak mówił?!

– Uspokój się. Tak mówił – przytaknęła jej Halszka.

– A widzisz! – tym razem wykrzyknęła w kierunku ułana. – To ile było warte?

– Bajońskie sumy! – pokiwał ułan. – Dziś cena brylantu jednokaratowego dobrej jakości wacha się od dwudziestu nawet do stu tysięcy złotych…

– Słucham? Jeden? – upewniła się lekko osłupiała Halszka.

– To wszystko zależy – dodał Zbyszko Wieczorek, skubiąc wąsa.

– A nie mówiłam! – wrzasnęła Marianka zadowolona z wrażenia, jakie wywarła na ciotce. – A ich było dziesięć! – dodała z dumą, zakładając ręce na piersiach. – A ty nie wszystko jeszcze wiesz. Powiedz jej, ile jest warty ten największy. Ten pośrodku – dodała, znowu próbując dotknąć obrazu palcem. Nie zdążyła, na szczęście Halszka zgromiła ją wzrokiem.

– To trudno powiedzieć – stwierdził ułan, pocierając wąsy palcami – Dwunastokaratowy brylant, to nawet nie wiem, ile by kosztował… Pułk cały można by wypuścić na wojnę, i to długą, może nawet z artylerią…

– To ile? Ile? 

– Milion, dwa miliony…

– Ile? – tym razem wykrzyknęła Halszka.

– Milion, dwa miliony… – powtórzył w zamyśleniu Zbyszko. – Złoty, a może nawet i euro… – dodał po chwili.

 

Halszka chwyciła się za głowę. Próbowała policzyć do kupy te kamienie, ale nie udawało jej się. Liczb było niewiele, ale zer dużo.

– To mógł być rzeczywiście królewski klejnot – stwierdził ułan. – Ale spokojnie, waga to nie wszystko, ważna jest jeszcze czystość, kolor i szlif… A to dopiero początek.

Marianka wpatrywała się w Zbyszka jak urzeczona.

– Niezły prezent ślubny? Masakra. Co? – dopytywała się rozentuzjazmowana. Halszka nie była pewna, czym, i trochę ją to zaniepokoiło. Intensywnie przyglądała się siostrzenicy. – To był wielki diament. No powiedz sam… Byłby największy?

– Tak mówiłem, Oczywiście nie wiemy, co znajduje się w prywatnych sejfach, a to może być „nie do wiary”, jak mówił mój dziadek. – Ułan nie przestawał gładzić wąsów. – Ale oficjalnie w Polsce największy jest czarny diament z złotej puszce św. Stanisława w skarbcu na Wawelu i diament w koronie monstrancji Jana Kazimierza, ten jest w skarbcu paulinów na Jasnej Górze.

– I on w tej koronie ma tylko dziesięć karatów, prawda? Tak mówiłeś – upewniała się Marianka.

– Tak, ale jest prawdziwy, a nie namalowany – oświadczył niespodziewanie ktoś stojący za ich plecami.

Cała trójka odwróciła się jednocześnie. W drzwiach stał malarz Mariusz Wejman. Żadne z nich nie usłyszało, jak wchodzi. Zdziwili się. Halszka odruchowo spojrzała na jego buty. Miał na nogach szmaciane, rozdeptane espadryle, może to one sprawiły, że wszedł bezgłośnie i nie mała nawet pojęcia, jak długo stał za nimi. Ile czasu się przysłuchiwał. I dlaczego?

– Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać – wyjaśnił. – To niezwykle ciekawe.

– No raczej – burknęła Marianka.

 – Przyszedłem powiedzieć, że policja woła panią na górę. Próbowałem im powiedzieć również, że nie powinna pani tyle chodzić, ale zdaje się, że komisarz jest służbistą, nie wszystko przyjmuje do wiadomości…

– Już idę – przerwała mu. – Dziękuję, nie boli mnie tak bardzo. Właściwie już przechodzi. – Odwróciła się jeszcze na chwilę w drzwiach. – A wszystkich proszę do sali balowej. Na chwilę. – Przypominała sobie, po co właściwie szukała ułana. – Może bez ciebie, Marianka…

– Jak to beze mnie – oburzyła się nastolatka. – Wreszcie coś się dzieje, a ja mam siedzieć w pokoju. Nie żartuj!

 

Halszka po raz kolejny pożałowała, że internet tak słabo tu chodzi. Nie musiałaby cały dzień walczyć z siostrzenicą. Nadęta mina Marianki świadczyła o tym, że dobrowolnie nie da się zamknąć w czterech ścianach. Halszka machnęła ręką, wieczorem postanowiła porozmawiać z nią i wytłumaczyć, że czyjaś tragedia nie jest równoznaczna z dostarczeniem jej atrakcji.

– To najpierw chociaż spróbuj dowiedzieć się, gdzie jest Dzięglowa i czy jest coś na kolację – rzuciła na koniec w kierunku siostrzenicy.

– Dzięglowa oświadczyła, że przywiezie wszystko – odpowiedziała jej, wzruszając ramionami. – Ale jak pojedzie policja, bo ona policji to nie lubi. Chyba tak jakoś bardzo ich nie lubi – dodała.

Malarz uśmiechnął się szeroko, a Halszka westchnęła, przypominając sobie o kolejnym problemie. I po raz enty przyrzekła sobie, że musi się dowiedzieć, dlaczego kucharka jest na warunkowym zwolnieniu. I czy nie będą z tego jakieś dodatkowe kłopoty.

 

Tak rozmyślając, dotarła na piętro. Drzwi tarasował oparty o futrynę bombardier Śmierzchalski. Na jej widok bez słowa wyprostował się i zrobił przejście.

Wewnątrz komisarz Bobko chodził po pokoju i rozmawiał przez telefon.

– Tak… tak… rozumiem… rozumiem – powtarzał do słuchawki, dając Halszce znak ręką, by poczekała. Stanęła więc z boku i zaczęła rozglądać się po pokoju. Tak jak i wcześniej, wystarczył jeden rzut oka, by mieć pewność, że żółtej teczki nie ma na wierzchu. Czyli prawie na pewno nie ma jej tam, gdzie ją odłożyła. Nie spadła również w przedziwny sposób pod biurko. Podeszła bliżej łóżka, by się upewnić, że tam gdzieś nie leży. Może był przeciąg jakiś? Okno było rzeczywiście uchylone.

– Tak, wszystko jasne… Tak… Kobiety… – powtarzał komisarz, odwracając się do niej plecami. Nachyliła się wtedy na tyle, na ile trzymana sztywno noga jej pozwalała, ale nawet za łóżkiem nie dostrzegła teczki, za to na grubo tkanym dywaniku mignęła jej wbita pod kątem mała igła. Już chciała ją zabrać, by się nikt nie ukuł przypadkiem, gdy usłyszała wyraźnie ostentacyjne chrząknięcie komisarza. Podniosła głowę.

– Nie ma już tu czego szukać – nie mówił tego do słuchawki, ale wyraźnie już do niej.

– Ja chciałam tylko podnieść… – próbowała się wytłumaczyć, ale gdy spojrzała na dywan po raz drugi, pod innym już kątem, igła znikła jej z oczu. Tymczasem komisarz Bobko patrzył na nią, coraz bardziej marszcząc czoło. Rzeczywiście dziwnie wyglądała w przegięciu z wyciągniętą sztywno nogą. Wyprostowała się.

– Już wszystko jasne! – oświadczył, wypinając klatę.

– Co jasne?.

– Szczegóły później. Teraz mam nieoficjalne informacje, ale zdaje się wystarczające, żeby zamknąć to śledztwo.

– Jak zamknąć?

– Zwyczajnie. O jego wynikach powiadomimy rodzinę.

– Ale jakie informacje?

– Nie wszyscy wszystko muszą wiedzieć – zniecierpliwił się komisarz Bobko, patrząc na zdezorientowaną minę Halszki. – Poza tym mam RODO, ochrona informacji, według Sądu Najwyższego, obowiązuje nawet po śmierci. Tak mówili na szkoleniu – dodał z wyższością, zmierzając już w kierunku drzwi. Jej też pokazał ręką wyjście. – Masz taśmę? – zapytał stojącego w progu Śmierzchalskiego, ten skinął głową. – To zaklejaj! – wydał polecenie. – Ja zaraportuję to. Jutro kończymy. Teraz jadę do domu – oświadczył zdecydowanym tonem. – Ale się żona zdziwi – powiedział chyba do siebie, gdy był już na korytarzu. – Nie do wiary! Przez jad kiełbasiany… – Zaśmiał się tak, że aż zatrząsnął mu się brzuch.

– Jaki jad kiełbasiany? – zapytała Halszka, kuśtykając za nim. Przeraziło ją to i niebyła pewna, czy dobrze zrozumiała. – Jaki jad? – powtórzyła. Komisarz natychmiast przestał się śmiać.

– Zwyczajny – nachmurzył się, przywołując służbową minę. – I proszę mnie nie wypytywać. Będzie oficjalna ekspertyza, to się pani dowie, chyba że RODO, to się pani nie dowie… Na dziś, wypadek. Może tak pani wszystkich powiadomić.

– Ale zebranie… tam na dole… Sam pan zarządził – próbowała zatrzymać go Halszka, bo komisarz Bobko ruszył w kierunku schodów, podczas gdy aspirant Śmierzchalski właśnie przeciągał taśmę od jednej futryny do drugiej.

– Zarządziłem i odwołuję – stwierdził komisarz, nadymając usta i unosząc podbródek jeszcze wyżej niż wcześniej. – W świetle naświetlonych mi przed chwilą okoliczności nie mam już tu kogo przesłuchiwać. W końcu to pałac, nie klinika.

– Jaka klinika? – zapytała już całkiem rozpaczliwym głosem Halszka.

– RODO – oświadczył po raz kolejny komisarz Bobko i na koniec szeroko rozłożył ręce.

– Ale… – Halszka się nie poddawała. Schodzący już po schodach policjant odwrócił się, zacisnął wargi, przyłożył do nich dłoń i zaczął kręcić palcami, udając, że zamyka usta niewidzialnym kluczykiem. Na koniec machnął ręką na aspiranta Śmierzchalskiego. Ten ruszył za nimi.  

– Jad kiełbasiany – powiedziała do siebie, patrząc na taśmę oblepiającą drzwi do pokoju Elżbiety Dębuś-Bajsert.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj