fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 24

W którym wszystko idzie zgodnie z planem.

Halszka Nowicka długo rozmawiała z siostrzenicą. Momentami podniesionym głosem. Musiała wyperswadować jej próby patrolowania parku nocą. Pomysł poddał Michalski, który postanowił objeżdżać okolicę traktorkiem do koszenia trawy. Michalskiego próbowała przekonać, żeby poszedł spać, nie hałasował i nie robił zamieszania, ale się nie udało. Dziadek pokiwał głową, a po godzinie usłyszała warkot silnika, gdzieś po drugiej stronie parku.

 

Z Marianką poszło łatwiej. Kategorycznie zabroniła jej robienia czegokolwiek: chodzenia, czołgania się, podsłuchiwania, śledzenia, czyli wszystkiego, co przychodziło jej aktualnie do głowy. Łaskawie pozwoliła jej pójść do łazienki i umyć zęby. Czego ta z obrażoną miną nie zrobiła. Siedziała naburmuszona i zareagowała dopiero, gdy Halszka bez słowa wstała i ruszyła w kierunku wyjścia.

 – To chociaż książkę mi pożycz – burknęła, nawet na nią nie patrząc.

 – Jaką książkę? – Od miesięcy nie widziała jej z książką, parę podręczników, które miała ze sobą, wcisnęła pod łóżko.

 – Niby jaką? – Wywróciła oczami. – Tę od Napoleona, co on ją pod pachą nosił.

 – Po co ci?

 – A po co człowiekowi książka? – Rozłożyła ręce na boki. – Dla poszerzenia wiedzy. Dowiem się więcej o tym generale. Ty przecież nic nie wiesz. – Prychnęła ostentacyjnie. – A skoro już tu jestem uwięziona w tym pałacu… – wzdychała.

– À propos „uwięzienia” – przerwała jej Halszka i wzięła leżące na biurku klucze. Nie słuchała już protestów i zamknęła ją na cztery spusty.

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

 

Zamierzała sprawdzić, jak się czuje animatorka. Podpierając się już tylko jedną kulą, zrobiła kilka kroków, ale nim zapukała do pokoju animatorki, oparła się o ścianę. Postanowiła jeszcze przez chwilę, w spokoju pomyśleć o tym, co się właściwie wydarzyło.

Mogła zaprzeczać, robić poważną minę, powstrzymywać Michalskiego, przywoływać do porządku Mariankę, ale to nie zmieniało faktu, że rzeczywiście wokoło działo się coś dziwnego. Komisarz Bobko wspominał o jadzie kiełbasianym, a teraz te prawie śmiertelne orzeszki. Może komisarz się przejęzyczył, mówiąc o czymś tak niebezpiecznym. Przecież gdyby pojawił się tu taki jad, wezwałby sanepid.

Przy zwykłej salmonelli zamyka się restauracje, a co dopiero przy jadzie kiełbasianym – pomyślała. Ale jednak temat zatrucia wybrzmiał po raz drugi. Nie słyszała nigdy o tym, żeby ktoś próbował otruć człowieka orzeszkami ziemnymi, ale widziała, co się działo z animatorką. Gdyby nie to antidotum w postaci adrenaliny, mogłaby chyba tego nie przeżyć. A do tego jeszcze ten zastrzyk! Nie widziała takich igieł od bardzo dawna, a teraz dwie w ciągu jednego dnia. Co gorsza, nie mogła sprawdzić, czy igła na podłodze była też igłą od strzykawki. Nie dojrzała końcówki, ginęła w gęstym dywanie. Pokój Elżbiety Dębuś-Bajsert był zabezpieczony taśmą. Nie zamierzała jej zrywać, i to z prostego powodu: Ona tam nie wejdzie, ale nikt inny również.

Pokiwała głową. A , czy nie musiałaby zgłosić braku teczki? Ten temat odłożyła na później. Spokoju nie dawało jej dziwne zachowanie kobiety z fundacji. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej była przekonana, że dziadek Michalski może mieć rację. Elżbieta Dębuś-Bajsert nie spacerowała po parku o świcie.

– Widziałam przecież, jak kryje się za drzewami –  mruczała sama do siebie. – Obserwowała kogoś? Na pewno!

 

Żałowała, że sama tak szybko dała się zdemaskować. Co gorsza, po raz drugi musiała zgodzić się z Michalskim. Kobieta bardzo dziwnie mrugała oczami. Mrużyła je. Zamykała i otwierała w przyspieszonym tempie. Myślała, że jest zaspana, ludzie czasami dziwnie zachowują się o świcie, ale teraz wydawało się jej to coraz bardziej podejrzane. Ona zaciskała powieki, jakby nie mogła chwycić ostrości.

– Pionu też zresztą chwycić nie mogła… – Zaczęła przypominać sobie, jak szła i jechała samochodem.

Wszystko to zaczęło się składać w bliżej niesprecyzowaną całość.

A gdy już wydawało się Halszce, że coś powoli zaczyna rozumieć, drzwi od pokoju animatorki zaczęły się otwierać. Nim nie otworzyły się na oścież, nie widziała, kto przez nie wychodzi, ani ten ktoś nie widział jej. Przyległa do ściany z drugiej strony. Ujawniłaby się od razu, gdyby nie usłyszała czegoś, co przypominało nieco głośne ziewnięcie. Na tyle zastanawiające, że ani drgnęła. Myślała, że za chwilę ujrzy całą postać, ale najpierw dostrzegła wystające zza drzwi, rozcapierzone palce i usłyszała kolejny osobliwy odgłos. Palce, które widziała były krótkie, zdecydowanie męskie, ale nie miała pojęcia, do kogo należą. Wreszcie drzwi się domknęły i zobaczyła przed sobą stojącego tyłem Romana Kowala. Winiarz wydał z siebie kolejny pomruk i wyraźnie się przeciągał. Teraz już była pewna, że z zadowoleniem. Nawet chyba coś zanucił . Potem zaplótł palce na karku, poprzeginał się, wyprężył klatę, wykonał obrót i ruszył przed siebie prawie tanecznym krokiem.

– Hmm, hmm. – Halszka chrząknęła, wyraźnie chcąc uprzedzić winiarza, że stoi za nim. Nie chciała go wystraszyć, ale się nie udało. Prawie podskoczył z wrażenia, momentalnie opuszczając ręce. Halszka patrzyła zdziwiona, jak Roman Kowal w jednej chwili kurczy się o parę centymetrów. – Przepraszam, nie chciałam pana przestraszyć…

– Nie przestraszyła pani – odpowiedział, nerwowym gestem przygładzając włosy. – Przepraszam, zdaje się, żona mnie szuka – dodał, wycofując się rakiem. – Idę ją znaleźć.

– Chciałam tylko zapytać, jak się czuje pani Koralia?

– Dobrze. Dobrze się czuje – stwierdził, będąc już prawie na schodach. – Bardzo dobrze. Spokoju tylko potrzebuje. Śpi, tak, śpi. Muszę już iść – rzucił, znikając na półpiętrze. Nie zdołała go zatrzymać.

 

W pierwszym momencie zastanawiała się, czy budzić animatorkę. W drugim zaczęła się zastanawiać: Czy aby na pewno śpi? Kowal nie otwierał drzwi w najcichszy z możliwych sposobów. Postanowiła sama sprawdzić. Zapukać cichutko i zerknąć. Tak też zrobiła. Ledwo jednak stuknęła, zza drzwi usłyszała:

 – Wejdź. – A gdy tylko nacisnęła klamkę i zrobiła się mała szparka, usłyszała bardzo wyraźnie: – Wróciłeś. Wiedziałam, że wrócisz…

Zdziwiona Halszka nie zamierzała brnąć dalej,  energicznym ruchem pchnęła skrzydło i stanęła w progu.

 – Ach, to pani – usłyszała jęk zawodu w głosie leżącej na łóżku animatorki.

 

Koralia Brączkowska sapnęła, zdmuchując przy tym rude loki z czoła. Pukle, które przykleiły się do policzków odgarnęła niedbale. Wygładziła ręką przykrywającą ją kołdrę. Prawie usiadła na łóżku, opierając się o poduszkę. Poprawiła cienkie ramiączka koszulki, po czym zaczęła oglądać swoje palce, przebierając nimi w powietrzu.

 – Chciałam dowiedzieć się, jak się pani czuje? – zapytała, zastanawiając się, czy Roman Kowal badał ją jakoś szczególnie, bo oboje dziwnie się zachowywali. Tamten się przeciągał, ta się wierci.

 – Jak się mam czuć. – Animatorka wzruszyła ramionami. – Ktoś chciał mnie zabić. To chwilowo nie poprawia mi nastroju – dodała kręcąc głową z dosyć zadowoloną miną.

 – Naprawdę? – zdziwiła się Halszka. Mimo wszystkich swoich podejrzeń myślała, że Koralia raczej będzie ją uspokajać. Była przekonana, że rzucała oskarżeniami z powodu szoku i stanu, w jakim się znajdowała. Teraz była jednak zupełnie przytomna.

 – A jak pani myśli? Mówiłam przecież, że to dla mnie śmiertelne niebezpieczeństwo.

– Myślę, że to może przez przypadek – próbowała tłumaczyć. – Nie wiemy, skąd wzięły się te orzeszki ziemne…

 – Z ziemi. To pewne – prychnęła animatorka. – Same się wykopały, zapakowały do torebek i powędrowały do Winnej Góry.

 – Nie to chciałam powiedzieć, mówiąc o przypadku…

 – Pani Halszko – przerwała jej Koralia, wysoko unosząc podbródek. – Ja w przypadki nie wierzę. W mojej profesji nie ma miejsca na przypadek. – Halszka zaczęła się zastanawiać, czy aby jest saperem, a nie animatorką kultury, ale nie odważyła się na sarkazm. – Oczywiście jest czas na improwizację, ale jak mawiają najwięksi aktorzy, bardzo dobra improwizacja jest zawczasu bardzo dobrze przygotowana. Tylko wtedy się sprawdza – tłumaczyła Koralia coraz bardziej machając głową.

 – Widzę, że dobrze się pani czuje – stwierdziła Halszka, robiąc krok w tył. – To ja już sobie pójdę. Pan Roman zalecał spokój i sen. – Ledwo zauważalnym ruchem chwyciła klamkę, którą miała za plecami.

 – Roman – westchnęła animatorka. – Znaczy Roman Kowal. – Halszka pospiesznie przytaknęła. – Uratował mi życie – wyznała Koralia z lekkim uśmiechem na ustach.

 – Tak – zgodziła się, nie zamierzając przypominać, że to ona znalazła strzykawkę z adrenaliną. – Proszę odpoczywać – dodała tylko, a animatorka znowu głęboko westchnęła.

 – A pani niech uważa na siebie – ta poradziła jej niespodziewanie. – Dębusiowej już nie ma. Mnie ktoś chciał wyeliminować. Coś tu się dzieje. Mówię pani. Przygotujmy się na najgorsze – stwierdziła, znowu oglądając swoje palce. – I proszę powiedzieć tej kucharce, że ja tu już nic nie tknę. Nic.

 – Przekażę – odpowiedziała Halszka, zamykając drzwi.

 

Za drzwiami odetchnęła z ulgą. Do końca nie była pewna tego, co widziała, ani tego, co usłyszała. Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo gdzieś z dołu dobiegł warkot silnika od traktora do koszenia trawy. Postanowiła, że zejdzie na dół i jeszcze raz porozmawia z Michalskim. Była już na zewnątrz, gdy za rogiem usłyszała przyciszone głosy. Wychyliła głowę i zobaczyła Napoleona z de Brigardem. Rozmawiali ze sobą, ale jakoś dziwnie. Jeden i drugi nerwowo rozglądał się na boki.

Bardzo chciała wiedzieć, o czym rozmawiają z takim przejęciem. Nie mogła jednak podejść niezauważenie. Jedynym wyjściem było się podczołgać gdzieś pod ścianą i ukryć za jakimś krzakiem. Przez sekundę o tym myślała, ale po chwili pacnęła się w głowę. Stwierdziła, że jest głupsza od Marianki. Po chwili jednak zmieniła zdanie i pomyślała, że nie może być głupsza od niej.

– Przecież uczciwi ludzie nie powinni mieć tajemnic – przekonywała się w myślach. – Na pewno nie wtedy, gdy jedna osoba zginęła, a druga omal nie umarła.

Przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Wróciła się do pałacu i przemknęła korytarzem, w kierunku bocznego wyjścia. Tam okna były w przyziemiu. Z zewnątrz właściwie stykały się z brukiem. W środku wystarczyło uchylić… najciszej jak się da.

 – Jak na razie wszystko zgodnie z planem – usłyszała.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj