fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 26

W którym trudno stwierdzić co jest, a co nie jest sztuką.

Halszka Nowicka patrzyła, jak siostrzenica skacze po łóżku i cieszy się, zakrywając ręką usta. Próbowała ją uspokoić, ale się nie udało. Skakała do czasu, aż książka spadła na ziemię i zamknęła się z hukiem. Wtedy dopiero przestała.

– Uważaj, bo zniszczysz! – syknęła Halszka, podnosząc tomiszcze z podłogi. Przetarła ręką okładkę z generałem. – Jeśli coś znalazłaś, to teraz będziesz tego szukać znowu. – Zamknęła książkę.

– Spoko. Zapamiętałam stronę. – Marianka machnęła ręką i usiadła na łóżku kompletnie zziajana i wyjątkowo zadowolona.

– Słychać też cię było w całym pałacu – odparowała jej z wściekłością w głosie.

– Co, nie mogę skakać? – prychnęła, rozkładając ręce. – Jestem dzieckiem.

– Nie mogę się doczekać, kiedy ci to przypomnę.

– A ja się nie mogę doczekać, kiedy ci to przeczytam! – cieszyła się ciągle sapiąca siostrzenica.

– Niby co znalazłaś? – zapytała, przypominając sobie, jak Marianka gorączkowo przeglądała biografię Dąbrowskiego. – Fragment na chybił trafił? Albo taki, który ci przypasował? – Halszka odłożyła książkę na stolik. Jak najdalej od siostrzenicy.

– Mylisz się – zakomunikowała małolata z poważną miną. – Odkryłam coś.

– A ja odkryłam, że się nie myłaś.

– I w czym masz problem?! Odkrywam historię… o jakiej ci się nie śniło.

– Do łazienki i do łóżka – rozkazała.

– Masakra! – wrzasnęła Marianka. – Ty nic nie czaisz. Nic! – awanturowała się.

– Być może. Porozmawiamy, jak pójdziesz do łazi… – Halszka nie dokończyła. Nastolatka zerwała się z łóżka i rzuciła w kierunku wyjścia. Szarpnęła za klamkę i otworzyła drzwi.

– Powiem Michalskiemu – zagroziła, wymachując rękami.

– Wracaj!

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

– On przynajmniej mnie zrozumie! – oznajmiła, będąc już za progiem. – Jest dwa razy starszy od ciebie i sto razy mądrzejszy! – krzyknęła na odchodne i wybiegła.

 

Wyprowadzona z równowagi Halszka ruszyła za nią, choć zupełnie nie miała pomysłu, co robić dalej. Szarpać się z nią?! Gonić?! Patrzyła, jak Marianka biegnie korytarzem, oglądając się za siebie i robiąc głupie miny w jej kierunku.

– Poczekaj? – krzyknęła. – Pogadajmy.

– Serio? – prychnęła nastolatka przez ramię, rozkładając ręce na boki. – I tak nie chcesz słuchać – rzuciła, odwracając na moment głowę, i pobiegła dalej.

– Uważaj! – krzyknęła Halszka, ale było już za późno. Siostrzenica nie zauważyła malarza, który wyłonił się zza schodów. Wpadła na niego całym swoim ciałem, i to z niemałym impetem. Mariusz Wejman zachwiał się. Z rąk wypadł mu szkicownik. Przypięte spinaczem kartki rozleciały się bezładnie. Marianka krzyknęła. Malarz złapał nastolatkę wpół. Zdążył, nim upadała na podłogę, twarzą prosto na parkiet. Sam ledwo utrzymał równowagę.

Halszka podbiegła do nich, nie zważając na wciąż nie do końca sprawną nogę. Widząc, że sytuacja opanowana, zaczęła zbierać kartki z podłogi. Większość była pustych. Te, na których był ślady rysowania, podnosiła uważniej lub odwracała na widoczną stronę. Było ich kilka, ale miała czas na zerknięcie na każdy z nich. Wyglądały jak rysunki dziecka. Tylko z głową i oczami. Niezdarnie nakreślonymi. Nie znała się na sztuce, ale to wyglądało wyjątkowo przypadkowo. Wstała, równając karki.

 

Krzyki na korytarzu sprawiły, że w pobliżu pojawił się Roman Kowal, a na schodach po przeciwnej stronie stanęła Izabella Kowal. Głowę z pokoju wychyliła również animatorka Koralia Brączkowska.

– Przepraszam – bąknęła Marianka. – Spieszę się – dodała, wyzwalając się z rąk malarza.

– Zaczekaj – usiłowała zatrzymać ją Halszka.

– Dwieście czterdzieści osiem – rzuciła Marianka.

– Ale co?

– Domyśl się. Zaraz wracam – powiedziała, zbiegając ze schodów. Halszka mogła tylko westchnąć.

– Teraz wracaj – powiedziała, ale już z rezygnacją w głosie. Siostrzenica nie zamierzała się zatrzymać.

– Masakra jakaś – dobiegło już z dołu.

– Przepraszam… – zwróciła się do Mariusza Wejmana.

– Nie szkodzi. Nastolatki – westchnął ze zrozumieniem. – Im zawsze się spieszy.

– Proszę. – Halszka wyciągnęła w jego kierunku rękę z poskładanymi kartkami. Nie zdążyła. W sekundzie koło niej znalazł się Roman Kowal. Chyba zrobił to w podskokach, bo wcześniej stał parę metrów dalej.

– Można? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, wyrwał jej z ręki plik szkiców. I równie momentalnie, jak się zjawił, odskoczył w bok. Zrobił to tak zdecydowanym gestem, że ani Halszka, ani malarz nie zdążyli zaprotestować. Zaczął przeglądać szkice.

 

Halszka rozłożyła ręce, nie wiedziała, co ma zrobić. Mariusz Wejman ani drgnął, tylko patrzył z kamienną miną. Izabellę Kowal za to zainteresowało zachowanie męża. Oparła się o balustradę schodów i patrzyła z ciekawością. Niespodziewany gest winiarza przykuł również uwagę Koralii Brączkowskiej, która już całkiem wyszła z pokoju, owinięta tylko w jakąś podomkę z koronkami.

Roman Kowal przyglądał się kolejnym kartkom. Z sekundy na sekundę robił się coraz bardziej czerwony. Ręką ocierał spocone czoło. Widać było, że jest wzburzony i to wzburzenie ciągle narasta. Nikt nie odważył się do niego odezwać. W końcu ona sam przerwał milczenie.

– I co to ma być? – Machał trzymanymi w ręku kartkami. – Portret? Prymitywisty? I to coś zajęło wam całe godziny? Był pan na kursie w przedszkolu? Czy na zajęciach z prac technicznych? – dopytywał się, wykrzywiając twarz. – Kura pazurem narysowałaby lepiej! Słonica z pędzlem w trąbie! Niemowlak nawet! – wykrzykiwał. – Czy pan kiedykolwiek słyszał o rysowaniu?!!! Ja panu pokażę, jak się rysuje! Ja panu pokażę! – krzyczał dalej, machając szkicami.

– Proszę – odparł spokojnie malarz. – Proszę pokazać.

Wściekły winiarz patrzył chwilę na niego, potem na żonę. W końcu wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki długopis. Pstryknął. Jeszcze raz spojrzał na żonę. Ta poprawiła ręka włosy i przegięła się bardziej na balustradzie, opierając na niej łokieć.

Roman Kowal przyłożył kartki do ściany. Jedną ręką przytrzymywał je, drugą rysował. Ani razu nie obrócił się w kierunku żony, a z każdą sekundą niby niedbale rzucane kreski zaczynały ją przypominać. Najpierw pozycja w zarysie, a powoli z każdym pojedynczym ruchem długopisu wyłoniła się postać. Ruchy wydawały się chaotyczne i niedbałe, ale żaden z nich nie został wykonany nadaremnie. Każdy pojedynczy punkt coś znaczył, każde zamaszyste maźnięcie przeradzało się w fałdę jej sukni lub kosmyk włosów. Kilka drobnych, prawie niezauważalnych kresek z długopisu zamieniło się w oko, brew, nos i wargę, nadając rysom Izabeli Kowal dokładnie taki zblazowany wyraz twarzy, jaki przeważnie miała. I dokładnie taki, jaki miała teraz, patrząc na plecy rysującego męża.

 

Ukończony w niecałe dwie minuty szkic Roman Kowal podał ostentacyjnie Mariuszowi Wejmanowi. Malarz przyglądał się mu. Halszce wydawało się, że nawet z uznaniem.

Kowal podszedł do żony, próbując wręczyć jej rysunki malarza.

– Widziałaś to? I ty mówisz, że ja nic nie potrafię? – prychnął w jej kierunku.

– Nigdy nie mówiłam, że nic nie potrafisz. Może mówiłam, że niewiele, ale nigdy, że nic – oświadczyła jego małżonka, wzruszając ramionami. Nie raczyła przyjąć wciskanych jej kartek.

– Wino się skończyło! – oświadczył Roman Kowal i rzucił trzymane w ręku rysunki malarza na ziemię.

Wyraz twarzy Izabelli Kowal nie zmienił się. Mariusz Wejman tymczasem nachylił się i beznamiętnie zaczął zbierać porozrzucane ponownie kartki. Winiarz odwrócił się na pięcie i zamierzał jak najszybciej wycofać się z korytarza. Drogę jednak zagrodziła mu animatorka.

– Romanie. Panie Romanie, bo ja tu mam chyba jeszcze jakąś plamę. Czy jest niebezpieczna? – zapytała, przeginając szyję wprost przed oczami winiarza. – Czy mógłby pan ją obejrzeć? – Chwyciła go za rękę. – U mnie w pokoju, bo mam jeszcze tam – dotknęła dekoltu – takie zaczerwienienie. Wolałabym u siebie.

– Nie krępuj się – rzuciła w jego kierunku Izabella Kowal, a animatorka chwyciła go za rękę, ciągnąc go za sobą.

– Bo wie pan, nie wiem, czy mówiłam, ja byłam modelką w akademii sztuk pięknych – ćwierkała, gdy wchodzili do jej pokoju. – Dawne dzieje, ale to jak z jazdą na rowerze. Takich rzeczy się nie zapomina. Bo w moim zawodzie… – usłyszała jeszcze Halszka, nim zamknęły się drzwi.

– Tylko wina żal – westchnęła głośno Izabella Kowal. – Sam pan widzi – rzuciła już w kierunku malarza.

– Widzę – pokiwał głową malarz. I nie powiedział więcej ani słowa.

Halszka Nowicka przeprosiła i wróciła do swojego pokoju. Postanowiła, że poczeka pół godziny na Mariankę, a jeśli ta nie wróci, pójdzie po nią.

 

Usiadła na łóżku, przypominając sobie bohomazy malarza i prawie idealny portret Izabeli naszkicowany długopisem na kartce. W minutę. Nie dało się tego porównać. Ale też nie zawsze to, co się jej podobało, było sztuką, i na odwrót. Nie wiedziała, co ma myśleć. Obrazki mieszały się jej w głowie.

W końcu wzrok padł na książkę. Właściwie nie wiedziała też, o co pokłóciła się z Marianką. Mogła zapytać, co tam wyczytała, i obyło by się bez tego całego ambarasu. Ale co ją tak rozemocjonowało? Co ona mówiła? Dwieście czterdzieści osiem czy dwieście trzydzieści siedem? Nie mogła sobie dokładnie przypomnieć. Wzięła tomiszcze i usadowiła się wygodniej na łóżku. Nie była pewna, czy jest sens sprawdzać. Siostrzenica nie pałała miłością do książek i tę też przeglądała tylko dlatego, że miała w tym cel. Halszka zaczęła kartkować starą, chyba przedwojenną biografię Jana Henryka Dąbrowskiego. Po pewnym zauważyła, że grzbiet chętnie rozkłada się w niektórych miejscach. I choć Napoleon wyjął wszystkie zakładki, a kartki nie były popisane, to jasne się stawało, które fragmenty są czytane częściej. Rogi też, choć nie były celowo pozaginane, to niektóre były bardziej wymęczone, lekko zmięte i trochę przetarte. Szczególnie ten z dwieście czterdziestym ósmym numerem strony. Czytała, robiąc coraz większe oczy.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj