fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 3

W którym jeden z pałacowych pokoi nabiera znaczenia.

Halszka Nowicka szła, ociągając się. To wcale nie sprawiło, że oddaliła w czasie spotkanie ze zbliżającą się osobą. Trzydziestoparoletnia kobieta energicznym krokiem zmierzała w jej kierunku, ciągnąc za sobą wielką walizkę na kółkach. Kółka szurające po bruku robiły niesamowity hałas. Hałas spłoszył pasącą się na trawniku klacz, ale wcale nie spowalniał sprężystego chodu właścicielki walizki.

 

Kobieta szybko przebierała nogami, stawiając małe kroczki. Na stopach miała czarne baleriny. Ubrana była w krótką dżinsową spódnicę i bawełnianą koszulkę z mocno wyciętym dekoltem, który odsłaniał gołe ramie i koronkowe ramiączko od pokaźnych rozmiarów biustonosza.

Już z daleka w oczy rzucały się mocno wymalowane, jaskrawoczerwone usta i burza rudych loków na głowie. Krótkie sprężynki podskakiwały w rytm jej kroków, co chwilę opadając na oczy. Odgarniała je zamaszystym gestem.

– Koralia Brączkowska – przedstawiła się, wyciągając rękę. – Animatorka kultury – dodała, przesuwając kilka niesfornych strąków z czoła. – Ależ tu cudownie. Jak pięknie – zachwycała się, rozglądając się dookoła. – Nie spodziewałam się, co ja mówię, właściwie się spodziewałam. Przecież biorę udział w tym projekcie – roześmiała się, stukając się opuszkami palców w głowę. – To chyba od tego upału. Jestem taka podekscytowana…

– Halszka Nowicka. Administrator… – zaczęła.

– Ależ ma pani pięknie dobrany ten warkocz. Ale to trzeba mieć absolutnie proste włosy. A widzi pani, co ja mam na głowie. – Potrząsnęła rudymi lokami. – Nie da się takiego zrobić. Uczeszę oczywiście, ale dookoła puch. Jak aureola. I to ruda aureola. Niektórzy mówią, że złota, ale ja zbytnio nie wierzę. Wolę już je puścić wolno. O tak. – Znów potrząsnęła głową. – Ale ja pani zazdroszczę – westchnęła głośno, wachlując ręką własny dekolt.

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Halszka właściwie nie za bardzo wiedziała, co powiedzieć. Przygładziła tylko włosy.

– Przyjechała pani dzisiaj, ale… – nie zdążyła dokończyć.

– Przyjechałam! Oczywiście! – weszła jej w słowo Koralia Brączkowska. – Jak mogłam nie przyjechać. Ja bardzo poważnie podchodzę do swoich projektów. Mogłabym oczywiście to wszystko rozpisać w domu…

– Właśnie – jęknęła Halszka, zastanawiając się, gdzie jest klucz do schowka z pościelą.

– Ależ nie! Animator, to znaczy ja – oświadczyła, uderzając ręką we własną pierś – nie może tak działać! Animator musi poznać środowisko lokalne i kulturalne już na miejscu. Tego nie da się przeczytać, to trzeba poczuć – oświadczyła, głośno i spektakularnie wciągając powietrze w płuca. – To oczywiste, że muszę zrozumieć tutejsze potrzeby oświatowe i rozrywkowe. Sama pani rozumie. Tego nie da się tak na odległość. Muszę wykorzystać tutejszy potencjał, by potem umiejętnie go wykorzystać. Gdzie jest mój pokój?

Halszka otrząsnęła się. Sens konkretnego pytania dotarł do niej z wyraźnym opóźnieniem. Entuzjastyczne świergotanie zlewało się jej w jedną całość.

– Nie spodziewałam się pani dzisiaj – wydukała po chwili.

– Rozumiem, kolacja dziś nie przysługuje. Nie szkodzi, jestem na diecie – oświadczyła Koralia Brączkowska, przejeżdżając ręką po wąskiej talii. – Trzeba o siebie dbać. W moim zawodzie, w którym jest potrzeba energicznego działania, to wręcz konieczność. Poczekam do śniadania. Proszę tylko pamiętać, że kategorycznie pod żadnym pozorem nie mogę jeść orzechów. W ogóle nie powinno ich być wokół mnie. Potrafię dostać ataku od samego zapachu. Jestem wyjątkowo wrażliwa. Powiem coś pani. Na pewno nie ma pani orzechów w kieszeni, zgadza się? – Halszka kiwnęła głową, nie jadła orzechów. – Już bym o tym wiedziała. Zaczęłabym już chwytać powietrze jak karp – powiedziała i złożyła usta w dziubek, łapiąc krótkie, szybkie oddechy. – A gdybym zjadła? Spuchłabym cała. Śmierć na miejscu. Mogłabym się nawet udusić. – Chwyciła się za gardło. – Proszę powiedzieć wszystkim w kuchni.

– Uczulę ich na to – westchnęła Halszka.

– Ależ pani zabawna – ucieszyła się Koralia, klaszcząc w ręce. – Uczulę! – roześmiała się perliście. – To się rozumiemy. Przyjechałam wcześniej, ponieważ lubię sobie pierwsza wybrać pokój. Nie mogę spać na żyłach wodnych. Żyła wodna płynie – pokazała na ziemię – i ja nie śpię! Całą noc. A animatorka kultury musi być wypoczęta. Gotowa do działania. To oczywiste, oczywiście. Pokaże mi pani?

– Co? – znowu nie nadążała.

– Pokoje. Chciałabym wybrać. No, ta żyła wodna! Wyczuję ją od razu. Jak tylko rozejrzę się po ścianach… O taki prąd mnie przechodzi… – Zamachnęła się ręką od czubka nosa do pępka.

 

Halszka pokazała ręką na drzwi i ruszyła przodem. Przeszły parę metrów, gdy zza rogu od strony stajni wynurzył się ułan ciągnący konia za uzdę. Kilka sekund później zza końskiego zadu wychyliła się Marianka, obrzucając ciekawskim spojrzeniem nowo przybyłą osobę.

– Oczywiście nie jestem pierwsza – posmutniała raptownie Koralia, nerwowo odgarniając loki z czoła.

Ułan strzelił zawodowo obcasami. Halszka miała wrażenie, że jeszcze głośniej niż wcześniej. Animatorka spojrzała z zainteresowaniem.

– Zbyszko Wieczorek – wykrzyknął. – Pierwszy Pułk Szwoleżerów-Lansjerów Gwardii Cesarskiej – oświadczył i ukłonił się jeszcze niżej niż zwykle. Chwycił jej dłoń i całował również dłużej, niż nakazywałby obyczaj. Przynajmniej tak się Halszce wydawało.

– Koralia Brączkowska. – Uśmiechnęła się, odstawiła jedną nogę do tyłu i teatralnie ukłoniła się, uginając oba kolana. – Bardzo miło mi poznać. Uwielbiam rekonstrukcje! To taka twórcza i edukacyjna forma spędzania czasu – zachwyciła się wysoko podniesionym głosem.

– Naprawdę! – ucieszył się Zbyszko Wieczorek, prężąc klatę.

– Oczywiście! Rekonstrukcje historyczne wyjątkowo aktywizują społeczeństwo. Uczą, bawią! Ach! Nakłaniają do czynnego spędzania wolnego czasu. Same korzyści. Jestem cała na tak. Cała! – Koralia Brączkowska z zadowoleniem zmrużyła oczy i zatrzepotała rzęsami. Zbyszko Wieczorek aż zadrżał. – A prywatnie zdradzę, że ta epoka jest dla mnie najciekawsza – dodała znacznie ciszej. – Zdecydowanie te mundury najpiękniejsze. Zbroje nie są zbyt przyjemne w dotyku. Z reguły takie zimne.

– Wiem coś o tym – przytaknął ułan i skomplementowany z zawstydzeniem zaczął skubać wąsa.

– I do tego oczywiście rdzewieją… – powiedziała i zaśmiali się oboje. – Piękna ta szabla. Mam nadzieję, że pan mnie obroni… – przerwała, zamyślając się na krótką chwilę. – Ostatnio czuję takie wewnętrzne zagrożenie, jakby się miało coś wydarzyć. Coś bardzo złego – powiedziała, przykładając dłonie do swoich piersi. – Przepraszam, że tak tu się zwierzam.

– Ach! Nie ma za co przepraszać. Jeśli tylko stanie pani w obliczu niebezpieczeństwa, ja stanę obok – oświadczył podniosłym tonem.

– Och, to cudownie.

– Szpilka – przedstawiła się Marianka, ostentacyjnie wchodząc pomiędzy animatorkę a ułana.

– O, mamy i młodzież! – Koralia Brączkowska wykrzyknęła radośnie. – Ach, ta moda, oczywiście mi nie przeszkadza.

– Konia mamy do zaprowadzenia – oświadczyła Marianka, pociągając raptownie ułana za mankiet, a klacz za uzdę.

– Jaka ta młodzież niecierpliwa – stwierdziła animatorka i odwróciła się w kierunku Halszki. – Czyli mam rozumieć, że wszystkie pokoje zajęte?

– Nie – wtrącił się ułan. – Jestem pierwszy. Ale nie zdążyłem jeszcze zakwaterować ani siebie, ani konia.

– Czyli ja pierwsza! Pierwsza – zaklaskała w ręce Koralia Brączkowska i odwróciła się na pięcie, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. Halszka miała wrażenie, że animatorka idzie teraz nie mniej energicznie, tylko że w zwolnionym tempie.

Przez następne pół godziny Koralia Brączkowska przeszła wszystkie pokoje. W każdym oglądała dokładnie ściany i wszystkie schowki.

 

Rozglądała się też cały czas wokoło siebie. Ciągle coś jej nie pasowało. I to nie to, że w jednym z pokoi nie było łóżka. Tylko to, że energia jakaś dziwna, jakieś cieki lub pływy albo okno nie na tę stronę co trzeba. Zatrzymała się dopiero w ostatnim. I to dopiero, gdy za drzwiami zobaczyła wiszący na ścianie obraz.

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Halszka też zerknęła jej przez ramię, ale bez zbytniego zaciekawienia.

– To musi być ten obraz – stwierdziła pod nosem.

– Czyli? – spytała, przyglądając się postaciom zebranym w jakiejś sali balowej. W pierwszej parze szła młoda kobieta w towarzystwie mężczyzny w napoleońskim mundurze. Nie miała pojęcia co to. Żadnych obrazów jeszcze nie spisywała. Nie znała się zbytnio na tym i zostawiła to sobie na koniec. Poinformowano ją, że na terenie obiektu nie ma żadnych wartościowych dzieł sztuki, tylko współczesne kopie starych obrazów. Niektóre po prywatnym właścicielu.

– Ależ to dzieło przedstawiające ślub generała z młodą, piękną, nową żoną. Oczywiście drugą żoną. Pierwsza zmarła. – Machnęła ręką przed nosem. – Co za strata dla generała – dodała i zaśmiała się perliście, z rozbawieniem zakrywając usta. – To chyba polonez. Widziałam już go w Internecie. – Szybko odwróciła się w kierunku Halszki.

– Ale co, obraz czy poloneza? – zapytała Halszka.

– Ależ oczywiście obraz. Ja zawsze jestem takich przedstawień ciekawa. To niezwykły materiał poglądowy. Zostaję tu – oświadczyła i wróciła się po stojący w korytarzu bagaż. – Jako animator kultury – kontynuowała, wciągając ledwo mieszczącą się w drzwiach walizę – zorganizowałam już niejeden bal karnawałowy. A bale z obowiązkowymi strojami z epoki to moja specjalność. Mam zniżki w dwóch pracowniach teatralnych i nieograniczony dostęp do magazynów i wypożyczalni. A wyobraża sobie pani w tym pałacu taki bal?! Ja muszę to ująć w projekcie. Muszę! Bale charytatywne są bardzo modne ostatnio… Propagują ważne idee w niezwykle atrakcyjny sposób.

– Jak nie ma żył wodnych, to ja panią opuszczam – przerwała jej Halszka i próbowała ruszyć w kierunku wyjścia.

– Nie ma! Jestem o tym przekonana – klasnęła w ręce Koralia Brączkowska. – I jaki piękny widok z okna – dodała, a Halszka nie była pewna, czy zdążyła już podejść do okna i ten widok zobaczyć. Nie nadążała za tą ekscytacją, i to zdecydowanie. – Nie mam racji? – zapytała animatorka i przywoływała Halszkę energicznym ruchem ręki. Halszka podeszła z ociąganiem. Wyjrzała. Rzeczywiście ładny widok na podjazd do pałacu. Już odwracała głowę, gdy dostrzegła zbliżający się czerwony kabriolet.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. „Winna Góra” znajdziecie: tutaj

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0