fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 4

W którym widać wyraźnie, że każdy ma takiego kowala od losu, na jakiego zasłuży.

Halszka zdążyła zejść na dół, a kabriolet jeszcze nie dojechał. Auto wjeżdżało z paradną prędkością. Dosłownie jakby maszerowała przed nim niewidzialna świta. Popatrzyła z dala na piękną, kutą i przede wszystkim otwartą na oścież bramę i żałowała, że wcześniej jej nie zamknęła. I nie obwiązała łańcuchem. Gdyby to zrobiła, nie parkowałby jej teraz pod nosem czerwony niski pojazd.

 

Spoglądała na przemian to na połyskujący w słońcu lakier, to na parkę wysiadającą z samochodu. Jedno, czego była pewna, to to, że ta dwójka sprawi kłopoty.

Auto nie zaparkowało, a właściwie powolnie zwolniło do zera. Halszka nie miała ochoty wychylać się zza uchylonych drzwi. Obserwowała.

– Roman, czy ty jesteś pewny, że ja będę zadowolona? – westchnęła przeciągle ponad sześćdziesięcioletnia kobieta w powłóczystej jedwabnej sukni, z rękawami niczym skrzydła ogromnego kolorowego motyla. Mówiła to, ściągając z nosa wielkie przeciwsłoneczne okulary. Miała regularne rysy, gładko zaczesane do tyłu włosy. Lekko przymknięte oczy. Na uszach nosiła wielkie kolczyki, a na palcu ogromny pierścień. Swego czasu musiała być piękną kobietą, widać było resztki dawnej urody i to, że te resztki są dziś chronione za niemałe pieniądze. Kobieta rozglądała się dookoła siebie i czym dłużej to robiła, tym miała bardziej powątpiewającą minę.

– Oczywiście, Izabello, oczywiście – przekonywał niski, pucułowaty pan biegnący w podskokach, by otworzyć drzwi wysiadającej kobiecie. Sam ubrany był w jasny garnitur. Pod spodem miał kamizelkę zapiętą na każdy guzik. Dziurki były lekko rozciągnięte, naciągając się trochę na lekko wystającym brzuchu. Był trochę młodszy, najwyżej pięćdziesięcioletni. Nosił czarne lśniące lakierki, a na głowie miał słomkowy kapelusz z trójbarwną wstążką dookoła ronda, w kolorze francuskiej flagi.

– Monte Carlo to nie jest – westchnęła kobieta przesadnie głośno, wysiadając z auta. Na stopach miała sandały składające się z kilkunastu czarnych, posplatanych paseczków przenicowanych złotymi koralikami. Zza pasków wystawały pomalowane na strażacką czerwień paznokcie.

 

Halszka zerkała na nich zza drzwi i rozważała, czy się nie schować jeszcze bardziej. I na znacznie dłużej. Mina Izabelli nie wróżyła nic dobrego.

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

– Romanie, wiedz, że podziwiam twoje zamiłowanie do ryzyka. – Kobieta, jak tylko wyszła z samochodu, zaczęła teatralnie chrząkać i owijać szyję jedwabną, powiewającą w powietrzu chustką. – Przecież wiesz, że ja nie znoszę niespodzianek. Hrmmmm.

– Dziubku, to tylko suche powietrze. Sam, sam to czułem – mówił mężczyzna i już grzebał w bagażniku. – Zaufaj mi, będziesz zachwycona – powiedział i wyciągnął wiklinowy kufer, a z niego dwa kieliszki i butelkę białego wina. Kobieta rozpogodziła się i otrzymawszy szkło do ręki, przestała chrząkać i trzymać się za gardło. Mężczyzna nalał jej i sobie. Przed wypiciem długo patrzył na kolor wina, potem kilka razy zamieszał cieczą w szkle. – Châteauneuf-du-Pape – stwierdził z zadowoleniem. – Idealnie owocowy aromat, z nutą kwiatową i wyraźnym elementem mineralnym. Wino lekkie, sprężyste. Doskonałe na tę porę dnia. Nieprawdaż? – dodał, niepewnym wzrokiem spoglądając na małżonkę.

– O dziwo masz rację – stwierdziła po dopiciu ostatniego łyka i gestem poprosiła o dolewkę. – Ciągle jednak zachodzę w głowę, dlaczego mnie tu przywiozłeś – stwierdziła, leniwie się rozglądając.

– Dziubku, jesteśmy w niezwykłym miejscu! – wykrzyknął entuzjastycznie.

– Jak bardzo niezwykłym? – zapytała, patrząc na niego spod przymkniętych powiek.

– Czy wiesz, jak nazywa się ta miejscowość?

– A czy ja lubię zgadywać?

– Winna Góra – oznajmił Roman Kowal, patrząc na żonę, która przyglądała się mu uważnie.

– Przykułeś moją uwagę – stwierdziła po chwili, lekko przekrzywiając głowę. Rozpromieniony małżonek urósł parę centymetrów, prężąc klatę.

– Vineus Mons. Taką miała nazwę w średniowieczu.

– Ciekawe – stwierdziła, dopijając wino.

– Już wtedy produkowano tu wina. Książę Bolesław Pobożny nadał majątek Vineus Mons biskupowi, jak mu tam było… – zastanawiał się. W końcu wyjął z kufra zgiętą na czworo kartkę, rozprostował i zaczął czytać. – Tak, dokładnie w tysiąc dwieście czterdziestym szóstym, biskupowi Boguchwałowi z Poznania.

– I Bogu dzięki – skwitowała małżonka, nadstawiając znów pusty kieliszek. – Ale co nam do tego?

– Izabello z Winnej Góry… – zaczął małżonek niezwykle uroczystym tonem. – Założymy tu winnicę, a ty będziesz jej ozdobą. – Izabella zaczęła bacznie mu się przyglądać. – Wyprodukujemy wino o nazwie Isabell Vineus Mons. I będzie to najlepsze wino w kraju! Już widzę etykietę. Twój profil w medalionie… Złote litery…

– Który profil? – przerwała mu.

– Który zechcesz, kochana – odpowiedział, a małżonka westchnęła głośno i przeciągle.

– Lewy. A to? – zapytała, machając od niechcenia ręką w kierunku pałacu.

– A to kupimy z czasem.

– Jest na sprzedaż? – zmarszczyła czoło.

– Będzie. Jak mój projekt dojdzie do skutku. Będziesz zachwycona. Bywał tu Niemcewicz, Sienkiewicz, Radziwiłowie… Mielżyńscy.

– Masz kartkę – przerwała mu Izabella, a małżonek kiwnął głową – to zanotuj, że nie wydam już więcej moich pieniędzy na żadne antyki, starocie, czy cokolwiek takiego. – Pokazała ręką na pałac.

– Ależ dziubku, nie o pałac chodzi. Pomyśl o winie. Z twoim imieniem, twoim herbem na etykiecie, mam nawet taki projekt… – mówił coraz bardziej rozentuzjazmowany.

– Wypada mi stwierdzić, że nie jest to najgłupszy z twoich pomysłów – wzruszyła ramionami – choć i nie najmądrzejszy. – Zatrzymajmy się tu. Vineus Mons… Dobra nazwa – powtórzyła pod nosem. – Wnieś bagaże. – Pokazała na cztery ogromne walizki poukładane na tylnym siedzeniu.

– Oczywiście, dziubku – wykrzyknął rozanielony małżonek i ruszył w kierunku drzwi.

Halszka nie mogła już się ociągać. I tak czekało ją spotkanie z parą małżonków.

– Halszka Nowicka.

– Roman Kowal! – wykrzyknął, wyciągając w jej kierunku rękę. Dokładnie w tym momencie lekki wiatr zwiał mu z głowy słomkowy kapelusz. Na prawie idealnie okrągłej głowie uniosło się kilka rzadkich siwych włosów.

– Z tego, co mi wiadomo, pałac nie jest na sprzedaż… – stwierdziła.

– Oczywiście. To później, oczywiście nie teraz, rozumiem – tłumaczył się lekko spłoszony. – Niemniej jednak bierzemy udział w tym projekcie. Nie będę wszystkiego tłumaczył. Wie pani, mamy konkurencję… Czy ten apartament  z oddzielną sypialnią jest wolny?

– Taaak – stwierdziła, nie będą jednak do końca pewna, czy wie dokładnie, o który chodzi.

– Wie pani, który? Ten z łukiem i toaletką. I wanną na złoconych nóżkach. – Kiwnęła głową. – Świetnie! Specjalnie prosiłem. Moja żona ma szczególne wymagania. Z jej pozycją to oczywiste.

– Ale nie jest przygotowany. Państwo mieli się pojawić jutro, a teraz… – Halszka próbowała coś wytłumaczyć.

– Czyli jest wolny – przerwał jej. – Nie szkodzi, ja się wszystkim zajmę. Proszę zdać się na mnie. Proszę. Odbyliśmy długą podróż. Z Francji. Nie ukrywam, jesteśmy już trochę zmęczeni. A jesteśmy właściwie u celu. Pomogę, jeśli trzeba? – Patrzył lekko błagalnym wzrokiem.

 

Przez chwilę patrzyła na niego. I pomyślała, że może to i lepiej, żeby sam się rzeczywiście tym zajął. Zdaje się, że nie miał wyjścia.

Ruszyli na piętro. Roman Kowal rozglądał się trochę, wchodząc po schodach, ale podejrzewała, że musiał być w pałacu już wcześniej. Wiedział nie tylko, że jest zaledwie jeden taki duży apartament z oddzielną sypialnią, ale i to, jak do niego dotrzeć. Bezbłędnie otworzył prowadzące do niego drzwi.

– Był pan już tutaj? – zapytała z grzeczności. Była prawie pewna odpowiedzi.

– Ależ skąd, nie! Oczywiście, że nie!

– Naprawdę? – zapytała z niedowierzaniem w głosie. Zdziwiło ją to, bo sama wiele razy pomyliła skrzydła pałacu. – Doskonale zna pan rozkład.

– Oglądałem plany – przerwał jej dosyć kategorycznym tonem.

– Ale na planach nie widać wanny na złotych nóżkach – stwierdziła dosyć podejrzliwie. Roman Kowal chodził po pokoju w tę i we w tę. Jakby krokami liczył jego wielkość. Przecierał palcami parapety i z niezadowoleniem strzepywał kurz z palców.

– Tak… Ale zapoznałem się też z dokumentacją fotograficzną. Całkiem niedawno ten obiekt pojawił się na rynku nieruchomości. Niewiele mogło się zmienić.

– Ach tak – pokiwała głową Halszka.

Nagle oboje stanęli jak wryci. Z dołu dobiegł wrzask. Ktoś darł się wniebogłosy.

– Izabella!

– Marianka!

Roman Kowal biegł pierwszy, przebierając krótkimi nóżkami, tak że o mało nie spadł z wysokich schodów. Za nim Halszka, która jednak na parę sekund wyhamowała, niemal się przewracając. W ostatniej chwili chwyciła się barierki i prawie na niej zawisła.

 

Przy kominku, na parterze stał mężczyzna z włosami w kitkę i sztalugą pod pachą. Uśmiechnął się do niej, patrząc z wielkim zainteresowaniem na zbiegających ludzi. Zatrzymałaby się, ale z zewnątrz dobiegał krzyk.

Jeszcze głośniejszy, niż się wcześniej wydawało.

– Pomocy! – dobiegało zza drzwi.

– Izabella! – krzyknął Roman Kowal, rzucając się do wyjścia.

Halszka już bez oglądania się za siebie wybiegła na zewnątrz pałacu. Była tuż za Romanem Kowalem. I oboje stanęli jak wryci.

Krzyczała Marianka.

– Co się stało?! – dopadła ją Halszka, szarpiąc za ramiona.

– Nic. Ta pani prosiła, żeby zawołać jej męża, a nie wiem, jak on się nazywa. – Marianka wzruszyła ramionami i pokazała na Izabellę Kowal.

Kobieta trzymała poły długiej sukni w jednym ręku, w drugim miała pusty kieliszek. – W pierwszej sekundzie nie wiadomo było, o co chodzi.

 

Stała sama, nikt jej nie atakował. Dopiero po chwili oboje zobaczyli, że sandał Izabelli wraz z całą stopą tkwił w rozmiażdżonej końskiej kupie. Utknął w niej prawie po kostkę. Końskie łajno wcisnęło się nawet między pomalowane na czerwień strażacką paznokcie.

Na widok męża Izabella Kowal machnęła ręką wskazując upaćkaną stopę.

– Roman, zrób coś z tym – poleciła odwracając głowę.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj