fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 5

W którym znowu pojawia się stary generał i jego młodziutka żona.

Kryzys z wdepnięciem w końskie łajno zdawał się zażegnany. Przynajmniej dla postronnych obserwatorów.

 

Ułan wraz z Marianką przydźwigali wiadro z wodą, do którego po paru błagalnych prośbach udało się Romanowi Kowalowi włożyć nogę żony. Marianka usiłowała jeszcze ze swej strony zapewnić, że woda jest czyściutka, bo przed chwilą z tego wiadra właśnie piła klacz, ale Halszce udało się w porę zakryć jej ręką usta.

Oburzona Marianka próbowała jeszcze głośno dodać, że „przecież każdy wie, że koń brudnej wody nie wypije”. Halszka jednak zmusiła ją do szeptu i tym sposobem tylko z nią podzieliła się zasłyszaną prawdopodobnie przed chwilą mądrością.

Zbyszko Wieczorek okazał się bardzo pomocny. I zaoferował się, że jak będzie trzeba, to „zaniesie szanowną panią na rękach wprost do samego pokoju”. Ale szanowna pani, choć uspokoiła się tym zapewnieniem, nie zamierzała skorzystać. Zażyczyła sobie tylko, by uzupełnić wino w kieliszku i przynieść jej ręcznik z samochodu. Małżonek, szybko przebierając nogami, pognał do auta. Ocierając spocone czoło, przyniósł go, idealnie śnieżnobiały z wyhaftowanymi na złoto inicjałami, i wycierał nim resztki końskiej kupy.

Koralia Brączkowska, którą również przywołał na zewnątrz rozpaczliwy krzyk, stanęła z boku i chichotała pod nosem.

 

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Spoważniała tylko w momencie, gdy Roman Kowal klęknął na trawie, by odpiąć żonie sandał z nogi. Ręce mu się trzęsły. Łokciem ocierał spocone czoło. Zniesmaczona Izabella odwróciła głowę i kazała wyrzucić buty.

– Nigdy ich nie założę – oświadczyła. – Spytaj tej pani, czy może je chce – powiedziała, niedbale machając w kierunku Koralii.

– W życiu – burknęła pod nosem animatorka kultury, która o dziwo przyglądała się całej scenie bez słowa. W końcu odwróciła się na pięcie i poszła sobie. A właściwie pobiegła, odprowadzana wzrokiem przez ułana. Zbyszko Wieczorek oglądał się do momentu, w którym nie uszczypnęła go Marianna. Halszka dopiero teraz zauważyła, że animatorka ma na sobie mocno opięty różowy strój do biegania i białe słuchawki na uszach, a biegnie jeszcze bardziej energicznie niż chodzi.

Dziadek Michalski, który nie wiadomo skąd się pojawił, również z wyraźnym zainteresowaniem przyglądał się całej scenie.

- Gupie te baby…Gnoju się brzydzą, a błoto na twarz nakładają.

Halszka nie zapytała o jakie błoto chodzi. Pokiwał z niedowierzaniem głową i odszedł, popijając ze schowanej w rękawie buteleczki.

Halszka nie zdążyła zapytać, gdzie ją widział. Zamyśliła się na moment, ale szybko oprzytomniała i przypomniała sobie o mężczyźnie, który stał przy kominku. Wróciła prędko do pałacu. Gdy weszła do środka, ciągle stał w holu i podziwiał piękne, kute drzwiczki do kominka. Nie zauważył jej, mogła się więc mu spokojnie przyjrzeć.

 

Był postawny i ubrany w wyświechtane dżinsy z kilkoma dziurami. Spodnie nosiły też ślady licznych rozbryzgów po kilku kolorach farb. Biały podkoszulek z poszarpanymi rękawami również był fantazyjnie poplamiony. Na nogach miał czarne, choć już mocno wypłowiałe espadryle. Włosy z górnej części głowy zebrane były w krótki podwinięty kucyk, a boki mocno wygolone.

Niektóre z kosmyków mocno posiwiały, choć ich właściciel nie mógł mieć więcej niż czterdzieści parę lat. Sztalugę oparł o stojące w korytarzu skórzane fotele. Obok też postawił wielką torbę z mocno wyblakłego płótna żeglarskiego. Powoli się odwrócił, patrząc najpierw na kryształowe, zwisające na długich łańcuchach pałacowe lampy. W końcu zorientował się, że jest obserwowany.

– Mariusz Wejman – przedstawił się, mierząc ją wzrokiem z góry na dół. Prawie takim samym jak wcześniej lampy.

– Halszka Nowicka. A pan nie zwrócił uwagi na te rozdzierające krzyki? – Zapytała, szczerze zdziwiona jego spokojem.

– Nawet widziałem, jak do tej tragedii doszło – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Zareagowałem od razu, ale chyba w nieodpowiedni sposób.

– Jak?

– Cóż, zwyczajnie patrzyłem – westchnął, idąc w jej kierunku. – Niecodziennie zdarza się taka gratka, że dama w jedwabiach, z kryształowym kieliszkiem wina w ręku, zmierza wprost na dosyć pokaźną górkę końskiej kupy.

– Pan wiedział, że zaraz wdepnie i nic pan nie zrobił?

– Powiedzmy, że nie zdążyłem krzyknąć – skwitował z wyraźnym zadowoleniem.

Nie było to najbardziej eleganckie zachowanie, ale Halszka też nie potrafiła już ukryć rozbawienia. Widok musiał być wyjątkowy. Nawet to sobie wyobraziła i parsknęła pod nosem.

– Pan też na ten plener, projekt? – poprawiła się, przyjmując bardziej urzędowy ton.

– Dokładnie. Nawet dwa w jednym. Uważam, że ten pałac nadaje się wspaniale na malarskie plenery. Ten piękny park, staw, mostek, aleja grabowa…

– Był już pan tam? – zdziwiła się. Grabowa aleja była zdecydowanie w głębi parku. W znacznej odległości od wejścia.

– Tak. Obszedłem już wszystko dookoła – potwierdził. – Podziwiałem światło przebijające się przez konary drzew. Różne odcienie zieleni. Refleksy słoneczne na tafli wody. Ptaki brodzące w stawie… – wymieniał dziwnie rozmarzonym tonem.

– Maluje pan pejzaże?

– Rzadko maluję z natury – odparł. – Raczej kopiuję stare obrazy, nadając im nowe życie.

– Aha – przytaknęła Halszka, choć zbytnio nie wiedziała, o co może chodzić.

– Taki historyczny remont. Malarska korekta albo uwspółcześnienie. – Po twarzy Halszki było chyba widać, że niewiele z tego pojmuje. Nie odezwała się. – Wyjaśnię. Zresztą między innymi z tego powodu tu jestem. Znajduje się tu parę obrazów z podobizną generała Dąbrowskiego.

– Tak. Ale to kopie. Oryginały są…

– Dla mnie to bez znaczenia. Przecież i tak chodzi o moją wizję tych płócien – szybko uciął.

– Aha – niepewnie przytaknęła.

– Może mi pani pokazać którąś z tych kopii? Wyjaśnię pani, o co chodzi.

Jeden z obrazów i to dosyć pokaźnych rozmiarów znajdował się dokładnie w sali obok. Pokazała kierunek ręką. I po chwili znaleźli się w sali balowej, gdzie pod ścianą ustawiony był duży portret generała. A na nim Jan Henryk Dąbrowski wskazujący palcem na popiersie Napoleona.

 

Generał ubrany był w paradny mundur i stał na tle różnych rodzajów białej broni pozawieszanej na ścianach jak trofea. Takie jak kiedyś wisiały na ścianach w pałacu.

– Powiedzmy, że o to chodzi – stwierdził z pewnym wahaniem w głosie. Chwilę się przyglądał. – Widzi pani, tu generał ubrany jest wyjątkowo elegancko. Zapięty na ostatni guzik. A z przekazów wiemy, że spodnie miał zawsze za obszerne. Mundur opinał się na nim ze względu na tuszę, a szabla, która mu zwisała u pasa, przeważnie szurała po bruku.

– Nie wiedziałam – stwierdziła zdziwiona Halszka. Nigdy wcześniej nie interesowała się tym, jak wyglądał generał z hymnu. Występował w hymnie, a nie na pieniądzach. – Ale tu nie ma szabli przy pasie – zreflektowała się.

– Widzę. Ale to nie ten obraz chciałbym wziąć na warsztat. Wolałbym ten, na którym stary generał prowadzi młodą małżonkę do ślubu. Jest gdzieś tu?

– Tak. Ale w innym pokoju. Już zajętym.

– Nie szkodzi. Chyba będę mógł później na niego popatrzeć? – zapytał, uważnie się jej przyglądając.

– Przypuszczam, że pani Koralia nie będzie miała nic przeciwko temu – stwierdziła Halszka mocno zdziwiona tym, że w tak krótkim czasie jeden obraz wzbudza takie zainteresowanie. Nikt jej nie mówił, że jest jakiś wyjątkowy. Wcześniej nigdy go nie widziała. W żadnym albumie lub podręczniku. Nawet teraz, gdy wprowadzała animatorkę do pokoju, dobrze mu się nie przyjrzała. Zerknęła tylko, rzucając okiem na postacie w balowej sali. – Co jest w nim takiego szczególnego?

– Nic i wiele. – Wzruszył ramionami. – Właściwie tylko dla mojego projektu jest interesujący.

– Dlaczego?

– Jest na nim przedstawiona para młoda. Zwróciła pani uwagę?

– Pobieżnie.

– A ja się dokładnie przyjrzałem oryginałowi w muzeum w Warszawie. I trochę poczytałem. Jest na nim zmierzająca w pierwszej parze Barbara Chłapowska i Jan Henryk Dąbrowski. Wokoło pełno gości. Po obu stronach jej bracia z żonami. Może nowożeńcy tańczą poloneza? Może pan generał prowadzi dziewczynę do ślubu? Do końca nie wiadomo. Ale wiadomo jest, że na tym obrazie generał wygląda o dwadzieścia lat mniej i dwadzieścia kilo lżej – oświadczył, rozkładając ręce na boki. – Ma ciemne włosy. A w rzeczywistości był już zupełnie siwy. Jak już wspomniałem, nosił niemal zawsze przyciasny mundur. Miał prawie szkarłatną twarz od popękanych naczynek. Choć od alkoholu stronił. To raczej kwestia pracy na świeżym powietrzu. Wojny, bitwy, przemarsz wojsk. Te sprawy – wyjaśniał, machając niedbale ręką. – A Barbara, widziała pani? Piękna z natury i ze swojej młodości, oczywiście. Miała przecież dopiero dwadzieścia pięć lat – westchnął i pokazał ręką na sztalugę. Rozumie pani? – Zaprzeczyła. – Zamierzam odmalować tę scenę w zgodzie z prawdą historyczną. Tak, jak to mogło wyglądać w rzeczywistości. A nie tak, jak to było kiedyś w modzie przedstawiać. Upiększając wizerunek. – Chyba zawsze się tak robi, pomyślała.

– Musiała wyjść za niego?! – zapytała. Zrobiło jej się trochę szkoda młodej dziewczyny.

– O, nie! Wprost przeciwnie. Była niezwykle dobrą partią w okolicy. Odrzucała kolejnych konkurentów. Przed jednym to nawet z domu przez okno uciekła.

– Naprawdę?

– Tak. Mogła wybierać i przebierać… A wybrała właśnie tego. – Malarz pokazał palcem na stojący przed nimi portret generała Dąbrowskiego.

– A to dlaczego? – zapytała Halszka dokładnie w momencie, gdy usłyszała zza drzwi wołanie poszukującej jej Marianki.

– A to już opowieść na kolejny raz – uśmiechnął się malarz. – Teraz, zdaje się, ktoś pani usilnie poszukuje. Jeśli mogę, to zajmę jakiś pokój.

– Dwa już są zajęte.

– Mnie wszystko jedno jaki. Byle sztaluga się zmieściła.

– Ciociu! Ciociu! – wpadła Marianka, przelatując prawie przez drzwi. – Wszędzie cię szukam! – krzyknęła z wyrzutem i już chciała krzyczeć dalej, ale zobaczyła Mariusza Wejmana.

– A pan to kto? – zapytała z zaciekawieniem w głosie.

– Malarz – odpowiedział jej uprzejmie.

– Pokojowy?

– Jeśli chodzi o nastawienie, to tak.

– Aha – stwierdziła zadowolona z odpowiedzi Marianka. – Ciociu. Przyszła ta pani Dzięglowa do kuchni. Pojęcia nie masz, co ona poprzynosiła…

Halszka pokazała Mariuszowi Wejmanowi wolne jeszcze całkowicie skrzydło pałacu, a sama po chwili znalazła się w kuchni. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.

 

Na ławie stały przeróżne wiktuały. Pełno było słoików z zaprawami. Ogórki, fasolki, papryki. Obok jeden koszyk warzyw i drugi jajek. Na środku piętrzyła się wielka micha truskawek.

– Prawie wszystko własne. Jak wy mówicie, eko. Czyli normalnie z domu i ogrodu – oświadczyła z dumą. Była wyjątkowo pulchną i korpulentną kobietą z barankiem rzadkich, krótkich włosów na głowie. Pokazywała stół z wiktuałami grubiutką ręką, w której utopił się łokieć, właściwie wyglądał, jak gdyby był wklęsły. Palce wyglądały jak pulchne kluski. Wielkie piersi prawie wyskakiwały jej zza dekoltu kwiecistej sukienki. Policzki były pucułowate i czerwone. – Krystyna Dzięglowa – przedstawiła się radośnie.

– Halszka Nowicka – odpowiedziała jej i znowu spojrzała na stół, który, kiedyś wielki, teraz wydawał się mały, ledwo wszystko się mieściło. – A jak to pani przytachała?

– Na rowerze – oświadczyła. – Z przyczepką – dodała zadowolona.

– Lecę jeszcze przynieść – zawołała Marianka. – Na dworze jeszcze zostało. Masakra, wreszcie się odżywię. W końcu ktoś mnie nakarmi – pobiegła, wykrzykując pod nosem.

– Nie wiem, czy tego nie za dużo… – stwierdziła Halszka nieśmiało.

– Nie za dużo. Nie za dużo. Jak co, to na drugi dzień zostanie. Zaczyn na chleb już zrobiłam, placek drożdżowy rośnie. – Otrzepała ręce, jakby właśnie zdjęła fartuch i chwyciła miskę z truskawkami, podtykając ją pod nos Halszki. – Niech się pani częstuje. Sama zbierałam rano. Jeszcze przyniosę. Ja i to nieskończenie wdzięczna jestem, że pani mnie wzięła. Aż mnie w sercu zakłuło, jak mnie Michalski tu ściągnął – powiedziała, kładąc krótkie pulchne palce na biuście. – Jak dobrze, że udało się panią przekonać. O jak dobrze – westchnęła już z wyraźną ulgą w głosie.

– To chyba właściwy wybór… – stwierdziła Halszka nieśmiało, próbując sobie przypomnieć, jak ją Michalski przekonywał. – Wszystko wygląda przepysznie.

– Pysznie to dopiero będzie – prawie podskoczyła, klaszcząc w ręce. – Gotować to ja potrafię, że hej! Ale nie każdy chce przyjąć do pracy, jak człowiek na warunkowym zwolnieniu jest.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj