fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 6

W którym pojawia się pani z fundacji i prawdziwy Napoleon.

Halszka nie spała pół nocy. Kręciła się w łóżku z nadmiaru wrażeń i narastającego stresu z powodu kolejnego dnia. Jeszcze wieczorem próbowała dzwonić do kolegi z pracy, licząc, że ktoś ją wybawi od tej niechcianej funkcji, ale kolega niezbyt był w stanie rozmawiać, a właściwie mówił tylko o własnym ślubie. „To tylko tydzień, wytrzymasz” – zapewniał. „A stało się coś?” – dopytywał, gdy nie przekonywało jej to zbytnio.

Co mu miała odpowiedzieć? Właściwie wszyscy rozlokowali się w pokojach, ustaliła, że przybędą jeszcze trzy osoby. Wystarczy miejsca. Mariankę wzięła do siebie. Chciała mieć ją pod ręką. Śniadanie jakoś się zorganizowało.

 

Przynajmniej jeśli chodzi o wiktuały, nie o kucharkę. Zachodziła w głowę, co i z jakiego powodu taka pogodna kobieta mogła zrobić, żeby trafić do więzienia. Nie zdążyła zapytać, bo do kuchni wpadła zdyszana animatorka i uczulała panią Dzięglową w sprawie orzechów. Pani Dzięglowa wzruszyła tylko ramionami, oświadczając, że „orzechów nie będzie, bo niby skąd by je miała o tej porze wziąć! Orzechy to na jesień!”.

Potem kucharka spieszyła się, uciekając do domu, bo jej „placek za bardzo wyrośnie”.

Dziadek Michalski zaszył się gdzieś na cały dzień i nie mogła go namierzyć. Dopiero wieczorem zapaliło się światło w jego mieszkaniu nad stajnią i wozownią. Było za późno, by do niego iść, bała się po ciemku chodzić, a właściwie to bała się zaskrońca. Koń został w boksie, jak gdyby nigdy nic, jakby od zawsze tam mieszkał. Nie miała pojęcia, skąd znalazło się siano. Pytała Mariankę, ale ta tylko się śmiała, biegając w tę i z powrotem. Na koniec wylądowała nieprzytomna w łóżku. Zasnęła bez mycia, z otwartymi ustami, z jedną nogą na podłodze. Podobno bombardier Śmierzchalski dostarczył ułanowi ubranie. Siostrzenica była lekko rozczarowana, widząc Zbyszka Wieczorka w powyciąganych spodniach od dresu i wyblakłym podkoszulku, ale jakoś to przebolała.

Joanna Jodełka - fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka - fot. P. Kasicki

 

Animatorka ćwiczyła jeszcze w parku jogę, chyba przed snem, bo już było prawie ciemno. Namawiała ją na wspólną praktykę, ale Halszka stanowczo odmówiła. Wystarczyło jej to, że widziała z okna, jak rozłożyła matę pod wielkim dębem i wykonywała przeróżne figury.

Roman Kowal kilkakrotnie biegał między samochodem a pokojem, w którym została jego żona. Między innymi widziała, jak wnosił wielki karton wina. Może tak uspokoił panią Izabellę Kowal, bo już jej nie zobaczyła tego dnia.

W nocy obudziło ją trzaśnięcie drzwiami i kroki po korytarzu, ale wyszła na zewnątrz i nikogo tam nie było. Gdy podeszła do okna zaczerpnąć świeżego powietrza, zdawało się jej, że dostrzegła jakiś błysk światła w parku, które jednak zgasło, gdy tylko ona zapaliła swoje w pokoju. Rano już nie była pewna, czy coś w ogóle widziała, czy tylko jej się wydawało. Przez to wstawanie w nocy obudziła się później niż zwykle. Ze zdziwieniem stwierdziła, że Marianki już nie ma w pokoju. Zerwała się. Umyła się szybko, ubrała jeszcze szybciej i uplotła włosy w pośpiechu, dobierając krzywo warkocz. Plątał się trochę z boku głowy, ale nie chciała już tracić czasu. Nie wiedziała, co się dzieje na dole. Zbiegła po schodach do kuchni. Przecież oprócz niej i Marianki w pałacu było jeszcze pięć osób.

Pomyliła się! Michalski też siedział za stołem, w świeżej koszuli i z wielkim zadowoleniem na twarzy.

 

Na długiej ławie stało wszystko, co mogło się znaleźć na śniadanie. Jajka, twarogi ze szczypiorkiem, pajdy chleba, ogórki, pomidory, sery, kiełbaski, dżem, miód i mnóstwo innych produktów. Marianka porozkładała kolorowe kubki i wciskała talerze, bo prawie nie było miejsca na blacie.

Halszka przeraziła się, bo przecież nawet nie uzgodniła budżetu, jakim dysponują. Nie mogła się jednak nad tym zbyt długo zastanawiać, bo właśnie zmierzał w jej kierunku nowo przybyły, uśmiechnięty starszy pan. Wcześniej go nie zauważyła: był drobny i niepozorny. Gdyby miała mu wymyślić zawód, powiedziałaby, że jest działkowcem. Koszula w kratkę, na to cienka wiatrówka, jasne spodnie i czarne sandały nałożone na czyściutkie białe skarpetki. Grube okulary w rogowych oprawkach na nosie. I siwe, prawie białe włosy.

– Napoleon Ochocki – przedstawił się pan, ściskając swoimi dłońmi jej rękę. – Przyjechałem z samego rana – oświadczył z entuzjazmem. – Proszę wybaczyć. Nie mogłem się już doczekać. Od dwóch tygodni nie śpię, tylko odliczam czas. Do dzisiaj właśnie ten czas odliczałem.

– Halszka Nowicka.

– Dziękuję za zaproszenie. Jestem niewymownie wdzięczny. – Chciała powiedzieć, że to nie ona zapraszała, ale nie umiała przerwać starszemu panu. – Niewymownie – powtórzył, potrząsając ciągle jej rękę. – Jestem historykiem z zamiłowania. Teraz nareszcie, z powodu tych, powiedzmy sprzyjających okoliczności, mogę oddać się całkowicie swojej pasji – dodał z wyraźnym wzruszeniem w głosie.

– Proszę usiąść – poprosiła Halszka, uwalniając swoją rękę.

– Dziękuję, już wracam na miejsce – oświadczył, siadając za stołem. – Muszą państwo wiedzieć, że dla mnie wielka radość gościć w pałacu wielkiego generała Wielkiej Armii. Wielka radość! Jestem szalonym miłośnikiem epoki napoleońskiej…

– Z takim imieniem to chyba pan nie ma wyjścia – skwitowała Koralia Brączkowska, nakładając sobie górę warzyw.

– Nie da się ukryć, że to miłość z dziada pradziada. Z ojca na syna. Nawet moja babcia miała na imię Józefina. Swojej córce też tak dała na imię – tłumaczył. – Między innymi dlatego jestem tu – dodał, biorąc kilka głębszych oddechów dla uspokojenia emocji. – Tu! W tym ważnym historycznie miejscu! Przecież to sam cesarz Bonaparte – zaczął z akademicką powagą – dekretem z Tylży, dziesiątego czerwca tysiąc osiemset siódmego roku przyznał swoim dwudziestu siedmiu marszałkom i generałom ziemie w Księstwie Warszawskim. I właśnie Dąbrowski dostał dobra winnogórskie. A muszą państwo wiedzieć, że był to w owym czasie wielki majątek. W jego skład wchodziły miasta Środa i Pyzdry, i dziesięć… – oznajmiał z wielkim znawstwem.

– Czy mogłaby pani podać sól? – zwrócił się Roman Kowal do Koralii Brączkowskiej, przerywając tym samym wykład miłośnika historii. Animatorka całkowicie zignorowała jego prośbę.

– A czy to prawda? Bo mnie to strasznie, ale to strasznie ciekawi – zwróciła się do Napoleona Ochockiego – że Napoleon wymyślił prawo rozwodowe?

– Tak. Sam potrzebował rozwodu. Dopuszczono więc rozwód jako formę rozwiązania małżeństwa, ale cóż, pozycja kobiety była i tak dużo gorsza…

– Tak. To zawsze mężczyzna decyduje – stwierdziła Koralia, prychając dość głośno.

– To ja nałożę talerz żonie – powiedział Kowal, wstając. – I zaniosę do pokoju. Źle się czuje. Zrobię pani miejsce, pani Halszko.

– Siadaj, ciociu – ponagliła ją Marianka. – Od dawna nic tak dobrego nie jadłam. Masakra. – popatrzyła dziękczynnym wzrokiem na rozanieloną komplementem Dzięglową. – Wcześniej tylko bułka z serem… i z serem. Dobrze, że mi włosy nie wypadły. Ileż można jeść ser?

Halszka zignorowała rzucone wszem i wobec pytanie. Usiadła, przyglądając się wszystkim i jednym uchem słuchała o roli Napoleona w powstaniu dzisiejszego kodeksu cywilnego.

 

Przy drugim końcu stołu siedział dziadek Michalski, który, jak tylko na niego spojrzała, uciekał od niej wzrokiem. Ułan, którego prawie nie było widać zza posmarowanych masłem pajd chleba, był kompletnie zajęty jedzeniem. Jadł tak szybko, że na wąsach miał drobinki sera. Malarz, w innym, ale nie mniej poplamionym farbami podkoszulku, układał truskawki na swoim talerzu, tworząc z nich jakiś spiralny wzór.

Sam nie rozglądał się na boki, ale był obserwowany z ukosa przez Koralię Brączkowską, która starała się zwrócić na siebie uwagę. Co chwila przesadnie wyginała się, próbując coś wychwycić z drugiego końca stołu, musiała przy tym podciągać skąpą bluzeczkę bez ramiączek, tak by nie zsunęła się ona całkiem z biustu. Roman Kowal przyglądał się jej dosyć intensywnie, nakładając na talerz twarożek i kolejne plastry pomidora. Koralia Brączkowska ostentacyjnie zwracała się jednak w kierunku malarza Mariusza Wejmana i gdy tylko historyk przerwał na chwilę, skorzystała z okazji.

– Jeśli chodzi o warsztaty malarskie, to mam ogromne doświadczenie. Mogę się nim z panem podzielić. Moja wiedza w sprawie organizacji i koordynacji przeróżnych przedsięwzięć jest wprost nieograniczona – oświadczyła, mrugając oczami. Malarz uprzejmie pokiwał głową. – Nie wiem, czy to wypada…, ale cóż, chyba mogę się przyznać – powiedziała, poprawiając rude loki i spuszczając powieki – że za młodu byłam modelką w Akademii Sztuk Pięknych. Cóż, młodość, że tak powiem… – westchnęła głęboko.

– Niektóre, wytrawne oczywiście kobiety, starzeją się jak wino… – skomentował z rozmarzeniem Roman Kowal.

– A czy ja się starzeję? – animatorka odwróciła się w jego stronę, groźnie marszcząc czoło.

– Ależ skąd! – szybko się wycofał.

– Zdaje się, pańska żona czeka – dodała Koralia, patrząc na leżący przed nim talerz.

Winiarz szybko oprzytomniał, chwycił talerz z przygotowaną górą białego sera ze szczypiorkiem i rzodkiewką, i poukładanymi obok plastrami pomidorów. Ruszył w kierunku wyjścia. Złapał nawet za klamkę, ale jeszcze raz obejrzał się na animatorkę. Nie zauważył tego, że drogę zagrodziła mu wysoka kobieta na wysokich obcasach. Cofnął się w ostatniej chwili i utknął tuż przed nią z naczyniem w ręku.

 

Kobieta zatrzymała się i obrzuciła go wzrokiem, a potem wszystkich po kolei. Wyglądała wyjątkowo elegancko. Miała na sobie czarną, cienką koszulę w wielkie białe grochy. Finezyjną apaszkę przewiązaną wokół długiej szyi. Wąską czarną spódnicę. Krótkie, zaczesane do tyłu, ciemne włosy. I rzucającą się w oczy żółtą teczkę, którą trzymała pod pachą.

– Elżbieta Dębuś-Bajsert – przedstawiła się wszystkim oficjalnym tonem. – Fundacja Biznes w służbie dziedzictwa narodowego – wyjaśniła nie mniej poważnie. – Jestem przedstawicielem fundacji do spraw rozwoju projektów. – Większość zgromadzonych przy stole kiwnęła głowami. – Dzień dobry. Oczywiście. Nie zamierzam odbierać państwu przyjemności z pobytu, ale nie będę też ukrywać, że mamy największe szanse na wygranie tego konkursu. Jako fundacja doskonale wiemy, jak taki obiekt wykorzystać. Nasz projekt będzie… co ja mówię, jest bezkonkurencyjny. – Pokazała wszystkim żółtą teczkę. Zaległa cisza. Przerwał ją malarz, który zaczął głośno dzwonić, mieszając łyżeczką w szklance herbaty. Patrzył przy tym na tworzący się w szklance wir. Elżbieta Dębuś-Bajsert chrząknęła głośno.

– Rozumiem, że śniadanie jest wydawane do dziesiątej? – zapytała, z taką samą siłą ignorując dzwonienie metalu o szkło, z jaką malarz ignorował jej obecność.

– Teraz wszyscy jedzą. Niech pani siada – zaprosiła do stołu lekko oszołomiona kucharka.

– Teraz, to chciałabym zająć pokój – spojrzała z wyrzutem na winiarza ciągle sterczącego z talerzem w ręku. – Zdaje się ostatni wolny, niestety – kobieta chrząknęła dwuznacznie.

– Przedostatni – poprawiła ją Halszka, wstając.

– Cóż… Rozumiem, że pani zajmuję się tym tutaj… tym. – Rozglądała się, wykrzywiając usta w podkówkę.

– Halszka Nowicka – przedstawiła się Halszka, nie dając jej dokończyć.

– Na śniadanie przyjdę później. Rozumiem, że jest bezglutenowe pieczywo?

Dzięglowa zrobiła wielkie, przestraszone oczy. Drobne zaciśnięte usta prawie znikły z pulchnej twarzy.

– To jest zdrowe jedzenie, ale nie ohydne! – oburzyła się Marianka.

– Czyli rozumiem, że nie ma – stwierdziła Elżbieta Dębuś-Bajsert. – Śniadanie do dziesiątej? Powtórzę pytanie.

– Jak się skończy… to nie będzie! – zdążyła powiedzieć Marianka, nim Halszka zakryła jej ręką usta.

– Liczę na to, że jedna porcja zostanie – oświadczyła zasadniczym tonem Elżbieta Dębuś-Bajsert. – Powinni dostać wszyscy, tym bardziej że jest tu co najmniej o jedną osobę za dużo – dodała z kamienną miną. – To poważne uchybienie. I to bardzo poważne. Będę się musiała tym zająć i zgłosić, gdzie trzeba. Ale teraz pójdę po moje bagaże – oświadczyła i ruszyła z impetem, wysoko zadzierając nos, i nie zauważyła talerza, który trzymał w ręku przysłuchujący się wszystkiemu Roman Kowal.

 

Wpadła na niego. Talerz z zawartością przylgnął do jej koszuli gdzieś na wysokości brzucha. Deseń czarnej tkaniny w białe kropki stał się znacznie bardziej zagmatwany, co wyraźnie zainteresowało wychylającego się zza stołu malarza. Kobieta ze zniesmaczoną miną zaczęła strzepywać z koszuli na podłogę białe, rozmazujące się granulki. Roman Kowal prawie upadł na kolan, usiłując szybko pozbierać rozciapane pomidory z podłogi.

Michalski wstał bez słowa i kuląc się, przesuwał się w kierunku wyjścia. Za nim podniósł się zza stołu Napoleon Ochocki.

– Już się najadłem. Bardzo dziękuję, przepyszne wszystko. – Historyk ukłonił się nisko pani Dzięglowej. Ta skinęła głową, ale ciągle miała niewyraźną minę.

– A ten to chyba zawsze klęczy i babrze się w czymś na ziemi – szepnęła Marianka do Zbyszka Wieczorka, który zajmował się oblizywaniem wąsów. – Patrz i jeszcze w coś wlazł.

Halszka odruchowo spojrzała na buty winiarza, rzeczywiście ich podeszwy były lekko ubłocone. Pewnie o tym nie wiedział, bo to do niego nie pasowało. Potulnie zbierał to, co spadło z talerza.

Elżbieta Dębuś-Bajsert strzepywała resztki sera z koszuli. Białe grudki dość precyzyjnie trafiały w głowę klęczącego na ziemi Romana Kowala.

– Proszę poinformować mnie jeszcze, o której godzinie jest zebranie? – zapytała zniesmaczonym tonem.

– Zebranie? – zdziwiła się Halszka. Nie miała jeszcze konkretnych planów na nadchodzący czas.

– Przecież jesteśmy tu na siebie skazani – pokręciła głową Elżbieta Dębuś-Bajsert. – Musimy ustalić zasady współżycia w nadchodzącym czasie. Jeśli chcemy przetrwać bez szwanku i się nie pozabijać po drodze – dodała, krzywiąc się na widok podnoszącego się z ziemi winiarza. – To o której?

– W samo południe – oświadczyła Marianka, mrużąc oczy. Przedstawicielka fundacji prychnęła.

– Czyli mamy tu takie półkolonie. Dowodzą dzieci. Do zobaczenia więc.

Po chwili wyszli wszyscy. Marianka chwilę pomagała sprzątać, ale w końcu pogoniła za ułanem. Halszka pokazała kobiecie jej pokój i wróciła do kuchni. Chciała porozmawiać z kucharką i to raczej bez świadków. Krysia Dzięglowa ze smutną miną pakowała ostatnie talerze do zmywarki.

– Czy ta kobieta mówiła o mnie? – zapytała, gdy tylko zobaczyła Halszkę.

– Nie sądzę, pani Krystyno, chyba bardziej chodziło o Mariankę – zaczęła niby od niechcenia, pomagając jej odkładać umyte już patelnie. – Czy jednak mogę zapytać, z jakiego powodu odbywała pani karę w więzie…

– Michalski nie powiedział? – zdziwiła się Dzięglowa, zawijając chleb w ściereczkę. Halszka pokręciła głową. – Przez seks – oświadczyła kucharka.

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo w drzwiach stanął ostatni gość.

Krystyna Dzięglowa otworzyła szeroko oczy i zakryła ręką usta.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj