fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 8

W którym polało się dobre wino.

Halszka Nowicka nie miała pojęcia, czym tak zadziwił się Napoleon Ochocki, patrząc na obraz przedstawiający ślub generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Przecież już nawet ona wiedziała, że na obrazie jest jego druga żona, czyli młoda Barbara Chłapowska.

 

Co było więc w tym takiego niewiarygodnego, skoro wszystkim wiadomo, kim jest ta „ona”? Próbowała dopytać historyka, ale ten schodził na dół półprzytomny, trzymając się poręczy, i nie zareagował na pytanie. Zresztą zaraz zaczęła myśleć o przerwanym zebraniu.

Bała się pytań, roszczeń, narzekań, ale ku jej zaskoczeniu wszystko przebiegało w wyjątkowo miłej atmosferze. Pomogły na pewno dwie butelki wina, które doniósł Roman Kowal na wyraźne życzenie swojej żony, patrzącej na wszystko spod półprzymkniętych powiek. Rozlewając wino do kieliszków, mąż Izabelli pierwszy opowiedział o swoich planach zagospodarowania pałacu.

 

Dla niego liczyło się przede wszystkim to, że dobra darowane generałowi nosiły nazwę Winna Góra, a ziemię te od średniowiecza znane były z uprawy winorośli. Teraz pozostała po nich tylko nazwa, tak samo jak w przypadku poznańskich Winograd i Winiar. A on zamierza przywrócić te tradycję i posadzić winne szczepy. Rozważa takie odmiany jak rondo, regent, marechal foch oraz leon millot, odpowiednie do naszych warunków.

Animatorka podchwyciła, że jest bardzo dobra z wymyślania nazw. Chętnie sama pomoże lub urządzi konkurs na nazwę lokalnego wina. Izabella tylko głośno westchnęła. Projekt Korali Brączkowskiej polegał na organizowaniu wszelkich przedsięwzięć kulturalnych z szerokim zaangażowaniem lokalnych społeczności, a to wszystko połączone z otwartością na pomysły przychodzące również z zewnątrz. Co ucieszyło ułana Zbyszka Wieczorka, ponieważ on zamierzał zorganizować tu koszary dla rozlicznych formacji wojskowych, począwszy od średniowiecznych wojów, po rycerzy, husarię, legiony, oczywiście z groźnymi lansjerami, czyli jego „Picadores dell inferno”. A także innych ułanów, kawalerię i żołnierzy obu wojen światowych. W pałacu marzyła mu się siedziba dowództwa, w stajniach ogiery, a w niezagospodarowanej części parku pola bitew z trybunami dla widzów.

 

Joanna Jodełka, for. P. Kasicki

Joanna Jodełka, for. P. Kasicki

Tak się rozmarzył, że ledwo wszedł mu w słowo malarz, który oświadczył, że nie będzie tutaj pól bitew, chyba że na płótnach zapraszanych tu artystów, którzy przez cały rok będą tu przyjeżdżać na plenery malarskie. Nie zgodziła się z nim Elżbieta Dębuś-Bajsert, która oznajmiła, że fundacja ma najbardziej śmiałe plany i zamierza prowadzić tu wiele multimedialnych przedsięwzięć w nowoczesnym stylu.

Na to zaprotestował dosyć gwałtownie Napoleon Ochocki, który do tej pory milczał mocno zamyślony. Wizja fundacji, aczkolwiek dosyć enigmatycznie przedstawiona, wyrwała go z lekkiego odrętwienia.

– Nie, proszę państwa. Muszę państwu wyjaśnić, że generał Jan Henryk Dąbrowski był wielkim kolekcjonerem pamiątek narodowych. W swojej kolekcji, zbieranej w całej Europie miał: chorągiew turecką zdobytą pod Wiedniem, szablę samego Jana III Sobieskiego z wtopioną w rękojeść kulką rtęci i złocistą rękojeścią, pałasz Czarnieckiego…

– To rzeczywiście niezwykle fascynujące – przerwała mu Elżbieta Dębuś-Bajsert – ale zdaje się już mamy muzea wojskowości. Dziś potrzebujemy w bardziej atrakcyjny sposób wykorzystywać przeszłość, by pokazywać uniwersalne wartości.

– Nie zgadzam się z panią, do tego służą szklane budowle w zatłoczonych centrach! – prawie wykrzyknął. – Tu, gdzie prawie oddychamy historią, możemy i powinniśmy do niej sięgać. Tym bardziej, że mamy teraz nieprawdopodobne szczęście i okoliczności. Ja sam mam już sporą kolekcję… – zająknął się. – Ale o tym przy innej okazji. I zamierzam przekazać ją po mojej śmierci.

– Ale przecież, panie Napoleonie, pan jeszcze może żyć z parę dekad – wtrąciła się Koralia. – A pałac potrzebuje działania już teraz. I to energicznego działania.

– Oczywiście, ale kolekcje nie tworzą się w mgnieniu oka. – Historyk nie dał się zbić z tropu. – Potrzeba lat i szczęścia. Takiego dokładnie, jak mamy teraz, teraz wszystko wskazuje na to, że moje zbiory się powiększą i będą niezwykle cenne, i będą potrzebowały odpowiedniego miejsca… – Historyk prawie uniósł się z krzesła. – Jak drogocenny klejnot potrzebuje oprawy…

– Nie kłóćmy się o wizje – wtrącił się Roman Kowal, otwierając drugą butelkę. – A pan, panie Marco? Pan tu też w związku z projektem, czy tylko odwiedzić rodzinne strony?

– I to, i to – odpowiedział Marco Rafael de Gloria de Brigard.

– Ach tak… Przepraszam, powinienem panu pierwszemu dać się wypowiedzieć. Przepraszam, poniosło mnie – stwierdził Napoleon Ochocki, wtapiając się w krzesło.

– Pan Napoleon już dużo powiedział. Mi, proszę wybaczyć, disculpe – dodał – brakuje słów.

– Ależ mówi pan doskonale, i to z takim przyjemnym akcentem – rozpromieniła się Koralia Brączkowska, kładąc łokcie na stół, podpierając brodę i wpatrując się z zachwytem w Kolumbijczyka.

– Gracias. Moja babka Teresa de Brigard lubiła historię naszego rodu. Przechowywała najwięcej pamiątek z tej historii…

– Powinni państwo być jej niezmiernie wdzięczni – przerwał Napoleon i zaraz zakrył usta ręką. – Przepraszam, już nie przeszkadzam.

– Tak. Dużo pamiątek – wrócił do opowieści Marco de Brigard. – Lubiła rozmawiać o naszych korzonkach na Starym Kontynencie. Zawsze się chwaliła generałem w armii Napoleona. Szczególnie koleżankom. Babka znalazła mi niańkę. Polkę, która przypłynęła do Kolumbii za jakimś marynarzem. Ladaco chyba się nazywał, prosto z Radomia. To ona nauczyła mnie mówić. Wspaniała, dobra kobieta. Świeć, Panie, nad jej duszą – westchnął głośno Marco i przeżegnał się, patrząc w sufit. En nombre del padre – szepnął.

– Cóż za piękna historia – zatrzepotała rzęsami Koralia.

– A jak zobaczyłem zachwycające kobiety, mujeres encantadoras – powiedział, znowu wyraźnie patrząc w kierunku Halszki – to już wiem, że będę tu przyjeżdżał i przyjeżdżał.

Halszka chrząknęła bezwiednie i dopiła resztkę wina ze swojego kieliszka. A Koralia zmarszczyła czoło i odchyliła się na krześle z lekko obrażoną miną.

– Tak, pięknie. Ale na czym ma polegać pański projekt? – zapytała rzeczowo Elżbieta Dębuś-Bajsert.

– Współpracuję z ambasadą Kolumbii w Warszawie i z panem Napoleonem, który wydaje mi się właściwą osobą dla moich planów. Razem możemy odkryć wielki skarb dla naszej historii – powiedział, patrząc na historyka, który wyraźnie wzruszył się ostatnim zdaniem. – Ale na razie to es un secreto. Pozwolą państwo, że będziemy w tajemnicy – zakończył, kręcąc palcami przy ustach.

– Oczywiście – przyklasnął mu Napoleon.

– Jak sobie uważacie – żachnęła się Elżbieta Dębuś-Bajsert. – Nie jesteście jedyni, którzy mają tu swoje tajemnice. Cóż, dziękuję za wino. Wracam do obowiązków – oświadczyła, wstając.

– My też, kochanie, powinniśmy ruszyć – zwrócił się Roman Kowal do małżonki. – Poszukamy najbardziej pasujących nam ziem w okolicy. Zbierzemy próbki gruntu do analizy.

– Ale czy mi się spodoba zbieranie próbek gruntu? – Izabella spojrzała w okno, lekko ziewając.

– To taki piknik, dziubku.

– Ja też mam pełną listę zajęć! – poderwała się animatorka.

– To ja pójdę napoić klacz. – Ułan również się uniósł.

– Przepraszam państwa, mam jeszcze w imieniu pani Krystyny Dzięglowej komunikat – odezwała się Marianka, a Halszka spojrzała na nią z przerażeniem, była jednak za daleko, by zakryć jej usta ręką. – Jak ktoś chce, jest obiadokolacja za trzydzieści złotych od osoby. Dziś pierogi z jagodami i zupa owocowa. Albo ogórkowa i pierogi ruskie. Placek z rabarbarem na deser – oświadczyła doniosłym głosem, mając za plecami kulącą się kucharkę, o ile wielka kulka mogła się ukryć za małym przecinkiem.

Halszka oniemiała. Miała zorganizować tylko śniadania i do głowy jej nie przyszło myśleć o kolacji. Ta nie była gwarantowana w pakiecie razem z noclegiem.

Już miała coś powiedzieć, ale uprzedził ją Napoleon Ochocki.

– Całym sercem jestem za Francją, ale pierogi to ja lubię ruskie. Pani będą na pewno doskonałe.

– Ach! Dla pana, panie Napoleonie, to ja specjalnie napoleonkę zrobię! – wykrzyknęła kucharka.

– Ja z jagodami. Podwójną porcję, bez zupy – zgłosił się ułan. Zapanował lekki harmider. Wykorzystując sytuację, Halszka dopadła Mariankę i pociągnęła ją za rękaw, wyprowadzając na zewnątrz pałacu, tak żeby ich nikt nie słyszał. Gdy już były odpowiednio daleko, chciała zacząć, ale zadowolona siostrzenica spojrzała na nią, dumnie podnosząc podbródek.

– Dobrze powiedziałam, co?!

– Jak dobrze?! Po co się w ogóle odzywałaś?

– Jakbym się nie odezwała – syknęła Marianka przez prawie zaciśnięte zęby – to Dzięglowa wzięłaby po piętnaście złotych, a tak ma drugie tyle. Piętnaście złotych mają płacić, jak kabrioletem przyjechali? Albo tamten, co kokainą handluje? Na gramy może, a Dzięglowej to da grosze za pół kilo jagód? Nie masz pojęcia, jak to się długo zbiera. Na kolanach w lesie, tam żyją węże.

Halszka podskoczyła, oglądając się za siebie, bo coś zaszurało za jej plecami dokładnie w tym momencie. Obróciła się.

– Ma rację dziewczyna – machnął ręką stojący za nimi dziadek Michalski.

– Widzisz. Ja lecę do wiernej klaczy – oświadczyła, widząc ułana wyprowadzającego konia ze stajni.

– To pan – odetchnęła Halszka, gdy zostali już sami. – Myślałam, że jakiś zaskroniec.

– Mówiłem pani, że jak znajdę tego zaskrońca, to go spirytusem zaleję przemysłowym, co go mam od kolegi, i będzie żmijówka. Wietnamce taką piją.

Halszka aż się otrząsnęła.

– Zaskrońce są pod ochroną – oświadczyła, rozglądając się dookoła siebie. – Ale ja nie o tym, panie Michalski. Skoro już pan tu jest, to niech mi pan powie… co ta Dzięglowa zrobiła?

– A czy ja wiem? Śniadanie zwykłe – odpowiedział, drapiąc się po głowie.

– Nie takie zwykłe, ale co takiego, że trafiła do więzienia?

– Sama nie powiedziała?

– Nie.

– To co ja mam kobietę za plecami obgadywać – oburzył się. – Co ja baba pepla jestem, czy chłop? – zapytał podciągając wyżej pasek od opadający lekko spodni.

– Nie o to mi chodzi – próbowała go uspokoić i zaczęła mówić szeptem. – Ja tu mam obcych ludzi. Już jeden krzyczał, że niby złodziej tu jest. Nie było, ale ja nie wiem w razie czego, co ja mam powiedzieć… na przyszłość tak. Jakby ktoś czegoś szukał, no nie wiem – zaczęła się pętlić.

– Pani Halszko – powiedział wyjątkowo dosadnym tonem Michalski, znowu odkręcając buteleczkę, tym razem z czymś różowym w środku. – Dzięglowa to do więzienia przez chłopa poszła, ale i tam widzieli, że to dobra baba, i szybko wypuścili – dodał, wypijając dużego łyka. – Ale tu to się dziwne rzeczy dzieją. Tu ludzie po nocy łażą i jakieś dołki kopią. I przez to będą kłopoty. A nie przez Dzięglową… A kto dołki kopie… To pani wie – kontunuował Michalski i pogroził jej palcem.

– Kto? – zapytała przerażona Halszka.

– Ten, co w nie wpada.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj