fot. materiały prasowe, „Prime Time”

Wszystkie braki filmu „Prime Time”

Sylwester roku 1999. Za kilka godzin Polska i świat wejdą w kolejne milenium. Ekscytacja rośnie. Pojawiają się plotki, że punkt 24:00 wyłączą prąd, samoloty zaczną spadać, a komputery przestaną pracować. W telewizji trwa „Sylwester z Jedynką”, Janusz Józefowicz zachęca do zabawy, obsada serialu „Klan” tańczy wężyka, na innym kanale ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski składa pełne patosu i frazesów orędzie noworoczne.

Wreszcie pojawia się też Leszek Balcerowicz, który wypowiada sławetne słowa:

 

„Nie jest sztuką powiedzieć: Damy wam więcej pieniędzy, sztuką jest powiedzieć: Nie damy wam więcej pieniędzy”.

 

Jak gdyby w kontrze do niego grupka młodych ludzi mówi do kamery, że po szkole i wojsku wyjeżdżają do pracy w „Niemczech”. Taki społeczno-polityczny obraz Polski końca XX wieku odmalowuje Jakub Piątek w swoim debiutanckim filmie „Prime Time”. Pogrążonej w kryzysie, szarej, zagubionej, bez nadziei na przyszłość Polski zdają się mieć dość wszyscy, cyniczni starsi i sfrustrowani młodzi.

fot. materiały prasowe, „Prime Time”

Brak napięcia

Właśnie w sylwestrową noc do studia telewizyjnego, gdzie trwa audiotele, wparowuje około trzydziestoletni Sebastian (Bartosz Bielenia) i grożąc pistoletem, bierze dwoje zakładników – prowadzącą program Mirę (Magdalena Popławska) i ochroniarza Grzegorza (Andrzej Kłak). Ma jedno żądanie – aby puścić go na antenie. Chce bowiem przed kamerą wygłosić swoje oświadczenie. Oczywiście w studio wybucha panika.

 

Wydawczyni programu kogo może wygania z reżyserki i sama zostaje na placu boju. Niebawem przyjedzie policja, wraz z oddziałem antyterrorystycznym i negocjatorami.

W studio atmosfera zagęszcza się, a emocje sięgają zenitu. Nikt nie ma zamiaru faktycznie puścić Sebastiana na wizję. To nie czas Instagrama i influencerów_ek, to nawet nie czas „Big Brothera” i innych reality show. Pod koniec lat 90. pojawienie się „zwykłego śmiertelnika” na małym ekranie było wydarzeniem, o którym dyskutowałaby nie tylko najbliższa rodzina.

Zaczyna się gra pozorów, a widzowie_ki obgryzają paznokcie z emocji. Przynajmniej na papierze. Oglądając „Prime Time”, z łatwością możemy sobie wyobrazić, w którym momencie twórcy zakładali, że osuniemy się na krańce naszych foteli.

 

Przeliczyli się. Film cierpi na chroniczny brak napięcia, a to, co stanie się z bohaterami_kami, jest mi zupełnie obojętne.

fot. materiały prasowe, „Prime Time”

Winę za to ponosi scenariusz, który jedynie pobieżnie nakreśla motywacje głównego bohatera. Za każdym razem, gdy ma z kartki przeczytać swoje oświadczenie, scenarzyści stosują fabularny unik zmuszający Sebastiana do przerwania czynności. To tak jakby pompować balona, który w kulminacyjnym momencie zamiast pęknąć za każdym razem z sykiem wypuszcza powietrze. Tym samym widzowie_ki sami mają zadbać o interpretację. Na szczęście twórcy rozrzucają nam okruszki pomocne przy analizie.

Brak motywacji

Po pierwsze Jakub Piątek w wywiadach mówi, że film zrodził się z buntu. Dlaczego Sebastian może się buntować? Dlatego, że chce mieć swoje telewizyjne pięć minut? Może ma za sobą nieudany casting? Na chęć zabłyśnięcia na małym ekranie wskazywałaby gra aktorska Bieleni, który portretując Sebastiana, posługuje się teatralną dykcją, jakby faktycznie przygotowywał się do przesłuchania w „Teatrze Telewizji”. Nijak się ona ma do bycia reprezentantem sfrustrowanych młodych ludzi bez perspektyw, zmuszonych po szkołach emigrować za pracą. Nie tylko razi sztucznością, ale pokazuje też, że sam aktor chyba nie do końca wiedział, czego się od niego oczekuje.

 

Wreszcie być może źródło desperacji tkwi w niespełnionej miłości, o której świadczyłby telefon Sebastiana do przyjaciela. Słowo „gej” jest niewypowiedziane, traktowane jako największe z możliwych tabu.

fot. materiały prasowe, „Prime Time”

To, że główny bohater jest nieheteronormatywny, sugerowałaby też wypowiedź ściągniętego do telewizji ojca (Julian Chrząstowski), który mówi o tym, że w więzieniu „wybiją synowi chory tryb życia, ruchając w dupę”. Bycie gejem jako największa kara. Oczywiście można potraktować to jako reminiscencję z lat 90. i pierwszych lat XXI wieku, kiedy homoseksualizm niemal w ogóle nie gościł w polskiej debacie publicznej. Tyle tylko, że to kolejny unik, by nie poruszać „drażliwego” tematu. „Prime Time” kręcony jest dziś, więc przewrotnie warto byłoby pokazać, jak wyglądało życie osoby niehetero, gdy groziła nam pluskwa milenijna. Film, być może nieświadomie, reprodukuje homofobiczne klisze.

 

Brak satysfakcji

Nieważne, którą opcję wybierzemy, bo każda, w głowach twórców, jest na tyle satysfakcjonująca, że niektórzy bohaterowie_ki zaczynają sympatyzować z Sebastianem. Czym tłumaczyć nagłą przychylność do niego wydawczyni programu (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) i negocjatorki (Monika Frajczyk)? Czy Mira i Grzegorz mają nadzieję, że wyrazi też ich rozgoryczenie? Jeżeli tak, czy wiedzą coś więcej niż my? Czy też sobie swobodnie interpretują motywacje terrorysty? Trochę drwię, ale naprawdę kuriozalna scena palenia zioła nie wystarcza, by przekonująco zbudować relację między postaciami. Tym bardziej, że każda z nich jest pobieżnie naszkicowana, zupełnie bez pomysłu.

 

fot. materiały prasowe, „Prime Time”

Wyróżnia się jedynie Mira, taka Torbicka wonna be, która została spikerką dla kasy, sławy i swobodnego bycia diwą, ale to za mało, by stworzyć pełnokrwistą bohaterkę.

„Prime Time” za wszelką cenę chce uchodzić za kino zaangażowane, które pod płaszczykiem historii porusza współczesne wątki społeczno-polityczne. Zdaje się, że Piątek miał ambicje, by w jego obrazie odbijały się i strajki kobiet, i protesty społeczności LGBT+, i wszystkie PiS-owskie hucpy. Jednak to, co najbardziej się wybija, to brak pomysłu na zajmującą fabułę. Sebastian miałby odzwierciedlać problemy wielu marginalizowanych grup i niczym Joker w filmie Todda Phillipsa wszcząć krwawą rewolucję. Niestety najczęściej bohater wszystkich to tak naprawdę bohater niczyj, zamknięty we własnych wyobrażeniach.

 

„Prime Time”, reż. Jakub Piątek, Polska 2021, dostępny na Netflixie