fot. Mariusz Forecki

Wydawanie książek to adrenalina

Kamień filozoficzny wydawców, czyli tajemniczy klucz służący do dobierania tytułów, jest w rękach czytelników. Lubimy ich, staramy się ich jak najlepiej poznać i zrozumieć – mówi Anna Sójka-Leszczyńska z Wydawnictwa Publicat.

KUBA WOJTASZCZYK: Pamięta pani pierwszą książkę, która ukazała się w Wydawnictwie Publicat?

ANNA SÓJKA-LESZCZYŃSKA: Pamiętam „Stefka Burczymuchę” Marii Konopnickiej z ilustracjami Edyty Ćwiek. To nie była pierwsza książka wydana przez Publicat – wydawnictwo istniało już od dwóch lat, gdy się w nim pojawiłam. Funkcjonowało zresztą wówczas pod inną nazwą i na swoim koncie miało kilka poradników biznesowych.

„Stefek Burczymucha” był moim redakcyjnym debiutem, w każdym razie jakoś „dotknęłam” tej książeczki na etapie jej powstawania. Byłam częścią zespołu – poczułam moc. Jak na owe czasy (początek lat 90.) to była nowatorska książka – kolorowa, dowcipnie zilustrowana przez współczesną rysowniczkę. Wyróżniała się na tle szarych jeszcze półek ówczesnych księgarń. Sprzedaliśmy niebotyczny nakład tego tytułu. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy ogarnęło mnie to uczucie, które do dziś mi towarzyszy, gdy wypuszcza się książkę z rąk jak gołębia w świat – euforia. I zaraz trzeba z uwagą pochylić się nad resztą stada, czyli nad kolejnymi projektami… Czyli konkret.

 

Jak Publicat zmieniał się przez lata?

Tak jak cały świat wokół – bardzo. Wydawnictwo dość wcześnie skupiło się na książkach dla dzieci. Publikowaliśmy zarówno tytuły licencyjne (np. „Ulicę Sezamkową”), jak i projekty polskich autorów. Przez pewien czas pracowaliśmy prawie jak studio animacji filmowych – rysownicy siedzieli przy wielkich stołach w biurze i przygotowywali ilustracje do zamówionych przez nas tekstów. Głód tego, co kolorowe (bardzo kolorowe!), był wówczas ogromny.

 

Publicat to też tytuły popularnonaukowe.

Tak, jako jedni z pierwszych wprowadzaliśmy na rynek książki bogato ilustrowane, poświęcone np. historii czy geografii Polski. Przygotowanie tego typu tytułów, w których tekst główny, podpisy pod ilustracjami, ilustracje i zdjęcia współtworzą książkę na równych prawach, było ogromnym wyzwaniem merytorycznym i wymagało niezwykłej kreatywności. Pamiętam zarówno świetną twórczą energię, jaka nam wówczas towarzyszyła, jak i ciągły stan ratowania znikających plików (to był pionierski czas, jeśli chodzi o komputerowe przygotowanie książki). Zdobyliśmy wyjątkowe doświadczenie w pracy nad książkami ilustrowanymi.

Kolejnym krokiem były tytuły poradnikowe. Potem doszła beletrystyka i literatura faktu. W tej chwili w skład grupy wydawniczej Publicat SA wchodzi sześć oficyn. W Poznaniu znajdują się: Centrum Edukacji Dziecięcej i Papilon (obie wydają książki dla dzieci), wydawnictwo Publicat (publikuje poradniki i książki popularnonaukowe) oraz Elipsa (albumy). We Wrocławiu swoje biuro mają Wydawnictwo Dolnośląskie i Książnica (beletrystyka i literatura faktu). Centrala znajduje się w Poznaniu.

 

To dzięki Papilonowi – imprintowi Publicatu – na rynku ciągle obecny jest Reksio czy słoń Elmer, ale także tytuły dotykające współczesnych problemów, jak „Zwierzokracja” Oli Woldańskiej-Płocińskiej oraz „GIRL POWER” Caroline Paul. Jak dobiera pani tytuły, które trafiają później na rynek wydawniczy?

Kamień filozoficzny wydawców, czyli tajemniczy klucz służący do dobierania tytułów, jest w rękach czytelników. Lubimy ich, staramy się ich jak najlepiej poznać i zrozumieć. Do tego lata praktyki, intuicja i czarodziejska kula. Plus sama organizacja jako środowisko kreatywne. Mamy wspaniały zespół, naprawdę. Pracuję z ludźmi, którzy są pełni pasji i zaangażowania, którzy inspirują się nawzajem. Każdy projekt to nowe wyzwanie, nowa nadzieja i nowy stres: jak naszą energię zamienioną w książkę przyjmą czytelnicy? To adrenalina, która motywuje.

 

Rynek wydawniczy książek dla dzieci w ostatnich latach bardzo się rozrósł. Wydawnictwa kłócą się ze sobą o prawa do poszczególnych tytułów czy raczej żyją w harmonii?

Jesteśmy kulturalną branżą, nie kłócimy się. Kwestie praw są rozstrzygane twardo, czyli na poziomie licytacji (kto da więcej), albo miękko – na poziomie relacji z autorami (kto umówi się na bardziej inspirujący projekt). Nie jest to harmonia i zen, ale i wióry nie lecą.

 

Większość wydawnictw ma dość określony profil i swoje nisze, które pozwalają na harmonijną egzystencję na branżowym rynku. Po ludzku lubimy się i podziwiamy, jednak z drugiej strony konkurujemy o miejsce na księgarskich półkach.

Jak z Poznania obserwuje się rynek wydawniczy?

Geograficznie: wygodnie. Mamy internet, więc adres biura przestał mieć wielkie znaczenie. Poznań jest dobrze skomunikowany z Warszawą i innymi dużymi miastami w Polsce, bez problemu można też stąd dotrzeć do Bolonii czy Frankfurtu, gdzie odbywają się ważne targi książki. Biznesowo: z dobrym dystansem. Być może omija nas kilka nieoficjalnych spotkań literackich czy plotek, które bulgoczą w innym wielkomiejskim kociołku, jednak znakomicie robimy swoje. W Poznaniu jest wyjątkowo dużo dobrych, stabilnych wydawnictw.

 

Czy poznańskość, a może szerzej – osadzenie w konkretnym województwie coś znaczy dla wydawnictwa?

Jestem poznanianką. Uwielbiam to.

 

Rozumiem poznańskość jako połączenie kreatywności z porządkiem, otwartości na nowe z zasadami, dążenia do sukcesu z uczciwością. Tak, stereotypowe wartości kojarzone z tym, co wielkopolskie, są dla Publicatu istotne.

Wielkopolanie są pracowici, zaradni, solidni, potrafią planować. Raczej trudno byłoby mi odnaleźć się w środowisku, dla którego te sprawy nie są istotne.

 

Jak ta poznańskość przejawia się w Publicacie? Myśli pani, że jest popyt na opowieści z Poznaniem lub regionem w tle?

Jest jak powietrze – na co dzień nawet jej nie zauważamy, ale to element naszych działań – od wyznaczania celów wydawniczych po rozliczanie faktur. Poznań lub region w tle literatury… Zawsze jest popyt na dobre opowieści. Jeśli pojawi się w nich Poznań – świetnie!

 

Może warto poszukać „nowej” Musierowicz, która opowie o mieście z punktu widzenia dzisiejszych dzieciaków?

Na pewno, nieustannie. Ale uwaga! Poznań nie wystarczy, żeby usprawiedliwić publikację – to po prostu powinna być dobra (bardzo dobra!) uniwersalna literatura.

 

Na koniec proszę się pochwalić: jakie tytuły znajdują się na pani prywatnej czytelniczej liście?

Agatha Christie zawsze i wszędzie. Porządek i metoda w jej kryminałach – to bardzo poznańskie. „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg – i cała reszta – nieustannie nastraja optymistycznie (ludzie są dobrzy, wiecie?). „Okruchy dnia” Kazuo Ishigury – książka, która pomaga zwolnić w biegu.

Moją książką nad książkami są „Przygody Alicji w Krainie Czarów. O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla, w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego, dwie opowieści w jednym tomie z biało-zieloną okładką i oryginalnymi ilustracjami Johna Tenniela – niestety, gdzieś zagubiłam mój egzemplarz z dzieciństwa. Historia tak wielowarstwowa, że ciągle i ciągle jest zdziwniej i zdziwniej.

ANNA SÓJKA-LESZCZYŃSKA dyrektor wydawnicza Publicat SA, odpowiada za: Centrum Edukacji Dziecięcej, Papilon, wydawnictwo Publicat i Elipsę. Absolwentka filologii polskiej na UAM (specjalistka w zakresie teatru plastycznego). Autorka książek dla dzieci (m.in. „Pora do przedszkola”, „Bajki z Kraju Mikołajów”, „Szkoła czarownic”). Czyta, pisze, zarządza.

 

 

CZYTAJ TAKŻE: Wydawać z tradycją. Rozmowa z Moniką Długą

CZYTAJ TAKŻE: Dzieci – szmuglerzy dobrych praktyk. Rozmowa z Olą Woldańską-Płocińską

CZYTAJ TAKŻE: Zakamarki: nieco inne spojrzenie na dziecko. Rozmowa z Katarzyną Skalską