fot. Mariusz Forecki, na zdjęciu profesor Piotr Śliwiński

Wymykając się doraźności

Tegoroczną Nagrodą im. Adama Mickiewicza uhonorowano poetkę Krystynę Miłobędzką, a do Stypendium im. Stanisława Barańczaka nominowane zostały Monika Glosowitz, Joanna Żabnicka i Agnieszka Pajączkowska. O historii i znaczeniu Poznańskiej Nagrody Literackiej opowiada przewodniczący kapituły profesor UAM Piotr Śliwiński.

Barbara Kowalewska: Poznańską Nagrodę Literacką po raz pierwszy ufundowano w 2015 roku. Jak do tego doszło?


Piotr Śliwiński: To było już prawie dziesięć lat temu, kiedy z profesorem Bronisławem Marciniakiem, ówczesnym rektorem UAM, rozmawialiśmy o idei i organizacji tej nagrody z Miastem i Samorządem Wojewódzkim. Początkowo rozmowy szły opornie. Sfinalizowaliśmy je dopiero po zmianie władzy, w drugim miesiącu rządów prezydenta Jaśkowiaka.

 

Nie bez znaczenia była śmierć Stanisława Barańczaka, którego chcieliśmy uhonorować jako poetę ważnego dla Poznania.

Struktura nagrody jest dość złożona – Adam Mickiewicz patronuje nagrodzie dla twórców dojrzałych, którzy mają już znaczący dorobek literacki, a Stanisław Barańczak, poeta wywrotowy, który świeżość pisania przejawiał do późnych lat swojego życia, wydaje się godnym patronem twórców młodych.

 

Anna Bikont, Poznańska Nagroda Literacka 2018, fot. Maciej Kaczyński

Anna Bikont, Poznańska Nagroda Literacka 2018, fot. Maciej Kaczyński

BK: Jakie jest znaczenie poznańskiej nagrody na tle innych w Polsce?


PŚ: Przede wszystkim ma ona konsolidować środowiska twórcze i akademickie, stąd kapitułę nagrody współtworzą pracownicy UAM. Tak być powinno, chociaż nie chodzi o to, żeby uczelnie były „wyspami literatury”, bo wyspa jest terenem odciętym od świata. Rolą uniwersytetów jest raczej patronowanie kulturze. Trzeba też zaznaczyć, że nasza inicjatywa nie ma charakteru turnieju, a Poznańska Nagroda Literacka nie jest wyróżnieniem najlepszej książki roku, jak to się dzieje w wielu konkursach.

 

Dokonując wyboru, przyglądamy się dorobkowi autorów także kilka lat wstecz, bo nie zawsze w danym roku pojawia się to, co najlepsze.

Taka formuła jest także źródłem kłopotów. Pierwszy problem związany jest z szerokim wyborem napływających publikacji, a drugi to „kłopot oczywistości”, gdy chcemy uhonorować pisarza już znanego i często wielokrotnie nagradzanego. Nie mamy za to problemu deficytu literatury, z której wybieramy.

 

Nasz wybór jest oczywiście „sądem nieostatecznym”, wskazówką, zachętą do dyskusji i zwróceniem uwagi na ważne zjawiska w literaturze.

Kiedy patrzę na nagrody Mickiewicza przyznawane w poprzednich latach, to przy całym udziale czynnika ludycznego, nieodłącznie związanego z każdym konkursem, jestem dumny z naszych wyborów właśnie dlatego, że często udawało nam się zwrócić uwagę czytelników na twórców pozostających wcześniej w cieniu.

 


BK: Na przykład kto?


PŚ: Laureat z 2016 roku, Zbigniew Kruszyński, prozaik mieszkający przez lata w Szwecji, znakomity i ceniony w kręgu znawców, lecz szerzej nieznany. Podobnie Erwin Kruk z Olsztyna, „wielkość zapomniana”. Uważano go za pisarza pewnego terytorium, ale wiele osób, które przeczytały jakąś książkę Kruka miały odczucie, że to nie tylko o Mazurach, że on pisze o egzystencji każdego z nas. I to jest ten element, który sprawia przyjemność przy czytaniu.

 

Małgorzata Lebda i Piotr Śliwiński, fot. Mariusz Forecki

Małgorzata Lebda i Piotr Śliwiński, fot. Mariusz Forecki

Albo książka Anny Bikont o Sendlerowej. Ważność tej książki nie polega tylko na znaczeniu w wymiarze społecznym, ale również na sposobie opowiadania o ludziach.

Autorka na nowo zdefiniowała pojęcie prawdy – z pozycji „wszystko jest prawdą, co nazwiemy prawdą” przeszła na poziom faktów, pokazując postać heroizowaną z ludzkimi skazami. Bikont wyłamała się z nurtu kanonizowania bohaterów i podjęła z tym nurtem dyskusję, pokazując, że o wielkości osoby nie decyduje jej nieskazitelność, ale to, że potrafi w kluczowym momencie historii podjąć właściwe decyzje.

 

Próbujemy myśleć o literaturze jako o czymś niekoniunkturalnym – obok wartości afirmatywnych dajemy głos wartościom kłócącym się ze sobą.

Z kolei autorzy nominowani do nagrody Barańczaka, moim zdaniem, będą niedługo bardzo ważnymi polskimi pisarzami. Budżet nie pozwala nam być dużym wydarzeniem medialnym, można to postrzegać jako pewien brak, ale uznałbym to raczej za atut. Nie chcemy pieniędzmi wygrywać wojny o uwagę.

 

BK: W tym roku nastąpiły zmiany w składzie kapituły.

PŚ: Profesor Kaniewska została rektorem uniwersytetu, ma więc inne obowiązki. W składzie jury jest profesor Inga Iwasiów, poeci Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki i Jarosław Mikołajewski, filozof Szymon Wróbel, a nawet sędzia – profesor Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz.

 

BK: Pilnuje zgodności z paragrafem?

PŚ: Sami się pilnujemy. Sekretarzem był dotychczas Marcin Jaworski, a w tym roku zastąpił go Karol Francuzik.

 

Inga Iwasiów, fot. Mariusz Forecki

Inga Iwasiów, fot. Mariusz Forecki

BK: Jak to wygląda od kuchni? Pytam o los jurora.

PŚ: Nasza praca zaczyna się na dobre na przełomie lutego i marca. W tym roku oczywiście wszystko się opóźniło ze względu na pandemię. Do propozycji zgłoszonych przez wydawców, stowarzyszenia i autorów my sami dodajemy wytypowane przez nas książki. Korzystanie z tych dwóch źródeł – wewnętrznego i zewnętrznego zwiększa szanse, że nie ominiemy czegoś ważnego na rynku wydawniczym. Lista książek nie dezaktualizuje się w kolejnych latach. Łącznie jest to około 80-100 pozycji.

 


BK: To sporo. Ile stron musi przeczytać juror?


PŚ: Nie da się tego jasno określić. Odpowiem anegdotycznie – tyle, że broda zdąży mocno urosnąć. Wygląda to tak, że czytamy, konsultujemy, lobbujemy za jakimiś typami, podpowiadamy sobie nawzajem, gdy coś ciekawego wyłowimy, potem są negocjacje, namowy. To wszystko przygotowuje grunt pod dwa spotkania, na których musimy wyłonić nominowanych i laureatów.

 

Praca jest ciekawa, ale wyczerpująca, a do tego dochodzą dylematy.

Bo chociaż jest w tym, jak mówiłem, element ludyczny, to jednak podejmując jakąś decyzję, jednych ucieszymy nagrodą, inni mogą w jakiś sposób poczuć się pominięci.

 


BK: Czy zdarzyło się, że ktoś zareagował krytycznie na wasze wybory albo poczuł się urażony?


PŚ: Tutaj nam się to nie przydarzyło, nominowani pięknie się cieszą, ale w historii innych polskich konkursów zdarzają się takie sytuacje – sporo jest tych, którzy poczuli się dotknięci albo z jakiegoś powodu odmawiali przyjęcia wyróżnienia. Rodzą się animozje, a nawet teorie spiskowe. Środowisko literackie, jak wiele innych, jest odzwierciedleniem przekroju społecznego i typowych ludzkich reakcji.

 

BK: Czy przy nominowaniu kierujecie się wspólnymi kryteriami czy każdy z jurorów ma swoje własne?

Krystyna Miłobędzka, fot Mariusz Forecki

Krystyna Miłobędzka, fot Mariusz Forecki

PŚ: Nie mamy spisanych kryteriów, rywalizują ze sobą kryteria różnych członków kapituły. Szukamy poparcia innych, przekonując różnymi argumentami. To, co jest jednak wspólne, to poszukiwanie książki, która z jednej strony byłaby ważna społecznie, a z drugiej – wartościowa artystycznie.

 

Istotny jest dla nas język – czy pisarz potrafi mówić własnym językiem, poszerzyć granice tego języka i dzięki temu przekazać różne aspekty życia.

Nie jesteśmy jednak artystowsko zorientowani, nie odwracamy się od treści, szukamy po prostu tego, co wymyka się doraźności.

Wspomniana książka Anny Bikont spełnia właśnie takie kryteria. To pozycja o polsko-żydowskich relacjach społecznych i religijnych, ale też o stosunku do życia, rozumieniu biografistyki. Jednocześnie mamy tu do czynienia z rodzajem artystyczno-literackiej wrażliwości, przejawiającej się w grze obiektywności i empatii, dystansu i utożsamienia, pewności faktów i wyobrażenia o przeszłości.

 

Kryteria zmieniają się też wraz z kandydatami, którym się przyglądamy.

Na przykład poezja Magdaleny Lebdy mówi o prostych sprawach, wiejskim życiu, ale jest przejmująca przez to, w jaki sposób wyłaniają się one z języka. Tomasz Bąk to z kolei drapieżny, ironiczny krytyk rzeczywistości współczesnej, ale też uważny obserwator samego siebie. Poezje Kiry Pietrek składają się z resztek języka niepoetyckiego, ale wyszły z tego ciekawe utwory, mówiące o wyzysku natury przez człowieka czy patologiach kapitalizmu.

 

BK: Uzasadnienia wyboru tegorocznych laureatów i nominowanych?

PŚ: Przyznania Nagrody im. Adama Mickiewicza Krystynie Miłobędzkiej nie trzeba uzasadniać. To królowa poezji polskiej, ale długo niedoceniana dostatecznie przez Poznań.

 

Krystyna Miłobędzka, Spis z natury, Wydawnictwo Wolno, fot. Mariusz Forecki

Krystyna Miłobędzka, Spis z natury, Wydawnictwo Wolno, fot. Mariusz Forecki

Jej poezja będzie jeszcze długo płynęła, mając siłę przenoszenia niezwykłej inteligencji i wrażliwości na inne pokolenia. Czytanie na nowo jej poezji jest na pewno lekcją do odrobienia.

Nominowane do Nagrody-Stypendium im. Stanisława Barańczaka zostały:

Agnieszka Pajączkowska za książkę „Wędrowny Zakład Fotograficzny”.

Monika Glosowitz za książkę „Maszynerie afektywne”, stanowiącą ważny głos o emocjach we współczesnej poezji kobiecej, bardzo istotną dla krytyki literackiej.

Joanna Żabnicka, poetka, za książkę „Koniec lata”, aby docenić poezję cichą, skromną, stwarzającą atmosferę poprzez małe, ale dobrze przemyślane efekty. Krajobrazy, które tworzy Żabnicka są miniaturami wierszowymi, należącymi do intymistyki literackiej.

 

Piotr Śliwiński – profesor, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej UAM, historyk i krytyk literatury. Autor i współautor około 10 książek, inicjator i redaktor ok. 20 książek o literaturze współczesnej. Kurator festiwalu Poznań Poetów. Ostatnio wydał „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918-2018” (2018).