fot. S. Kawecki

Wyśpiewać wodę

"Postanowiliśmy, że to co stworzymy będzie inspirowane wodą jako żywiołem, jeziorem jako zbiornikiem pamięci. I właśnie woda jako świadek wszelkich podwodnych zjawisk odkryje przed nami historie, które właściwie wybrzmią poprzez połączenie muzyki i teatru" - tak o spektaklu "Pieśni Utopieńców" opowiadają jego twórcy - duet PAWLAK PAWLAK.

Ciekawi nieznajomi

Jak to dobrze nie mieć oczekiwań – można wtedy doznać zaskoczenia i to nawet przyjemnego. Mi zdarzyło się tak 29 października, kiedy wybrałem się do Sceny Wspólnej na spektakl „Pieśni Utopieńców” duetu PAWLAK PAWLAK. Przyznam uczciwie, że o duecie (Agnieszka Pawlak i Stanisław Pawlak) wcześniej nie słyszałem, znałem jedynie twórczość Kuby Kaprala, którego zaprosili do współpracy.

Efektem był spektakl poruszający i mądry, dotyczący spraw poważnych, ale opowiadający o nich w sposób niespodziewany, zaskakujący. Ta lekkość i humor w niczym nie ujmowały wadze tematów, ale wręcz pogłębiały ich rozumienie, pokazywały je z wielu stron i w różnych perspektywach.

 

Przedstawienie ujęło mnie swoją bezpretensjonalnością i energią, było zupełnie współczesne, ale też przypominało o rozmaitych tradycjach i motywach polskiej (i nie tylko) kultury, bo przecież wszystko rozgrywało się mniej lub bardziej pod znakiem memento mori; były fragmenty niczym z turpistycznej barokowej poezji i atmosfera przywodząca na myśl zafascynowanych wodą romantyków.

Takie przeplatanie różnorakich elementów, swobodne łączenie tego co konkretne i indywidualne z tym co abstrakcyjne i uniwersalne stanowiło o sile tego przedsięwzięcia. Nie mogłem sobie więc odmówić przyjemności porozmawiania z jego twórcami – zacząłem oczywiście od początku i pytania: Jak to się zaczęło?

 

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Pawlak Pawlak: Pomysł stworzenia spektaklu muzycznego „Pieśni Utopieńców” powstał w marcu 2020 roku tuż po tym, jak obraliśmy Rusałkę za miejsce, gdzie chcielibyśmy wystąpić. Czuliśmy, że woda jest nam bliska, że jednocześnie szalenie nas fascynuje, ale i przeraża, a eksplorowanie podwodnego świata przyniesie nam prawdę, której potrzebujemy. I ta prawda po artystycznej obróbce będzie miała szansę stać się też prawdą odbiorców.

Gdy szukaliśmy do tego celu akwenu wodnego, odpowiednia wydała się nam właśnie Rusałka – zbiornik wodny z przeszłością. Postanowiliśmy, że to co stworzymy będzie inspirowane wodą jako żywiołem, jeziorem jako zbiornikiem pamięci. I właśnie woda jako świadek wszelkich podwodnych zjawisk odkryje przed nami historie, które właściwie wybrzmią poprzez połączenie muzyki i teatru. Dlatego skontaktowaliśmy się z poznańskim twórcą teatralnym, performerem, happenerem, poetą i dramaturgiem Kubą Kapralem, którego poprosiliśmy o napisanie topielczych historii.

 

Początkowo Kuba traktował nasz pomysł ambiwalentnie, ale wody zaczęły w nim wzbierać i od następnej nocy zaczęła się prawdziwa powódź.

Kuba zalał nas zbiorem „Pieśni Topielców”, który jeszcze przez jakiś czas się powiększał i ewoluował. Byliśmy zachwyceni i już wtedy wiedzieliśmy, że temat topielców wymaga od nas odpowiedniej przestrzeni i czasu do pracy. Zbieraliśmy siły i inspiracje do muzycznych i teatralnych opracowań tekstów, które rodziły się i powoli dojrzewały w nas od stycznia 2021 roku.

Końcówka sierpnia, wrzesień i październik były dla nas czasem spinania całości, dopracowywaniem szczegółów, łączeniem się z pieśniami. Chcieliśmy, żeby spektakl niósł ze sobą emocjonujące obrazy i melodie, które wraz z zawartą w nich treścią zostaną w pamięci odbiorców dla pogłębienia ich świadomości i zwiększenia ich bezpieczeństwa podczas wakacji nad wodą czy wizyty na basenie. Każdego roku setki ludzi giną właśnie przez utonięcie i to dla nas o te setki utonięć za dużo. Chcemy pomagać, ale po swojemu. Dlatego nie nakazujemy, nie zakazujemy, nie namawiamy. Działamy sztuką i płyniemy.

Po pierwsze: muzyka

Duet używa określenia „spektakl muzyczny” nie bez przyczyny, bo muzyka jest tutaj niezmiernie ważna i w zasadzie rzecz można by równie dobrze nazwać inscenizowanym koncertem.

 

Bardzo podobało mi się dowcipne wykorzystanie pewnych klisz czy schematów, choćby zachowań scenicznych, jakiegoś wdzięczenia się do publiczności czy zmanierowanego, a niby spontanicznego nawiązywania kontaktu. Wyszedł z tego pyszny pastisz, również jeśli chodzi o samą muzykę.

Duet umiejętnie poruszał się w różnych, często nieoczywistych, stylistykach, wiele z nich oddając tak udanie, że byłem przekonany, jak się okazało niesłusznie, że punktem wyjścia były konkretne utwory i niemal słyszałem je w głowie.

 

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Pawlak Pawlak: Nad muzyką pracowaliśmy wspólnie. Nasze regularne spotkania rozpoczęliśmy właśnie od przymierzania się do tekstów od strony muzycznej. Czasem trwało to chwilę, po prostu zgodnie wskakiwaliśmy na odpowiedni tor i główny zamysł, melodię mieliśmy w zasadzie gotowe. Innym razem był to złożony proces, praca w duecie nad charakterem, kompozycją i aranżacją danej pieśni.

Co do nawiązywania do konkretnych utworów, to nie mieliśmy tego na celu. W przypadku tych tekstów, co do których nie mieliśmy od razu gotowej koncepcji, zaczynaliśmy raczej od klimatu, gatunku, stylu, jakiegoś hasła, np. „knajpiany”, „musical”, „polski bigbit” czy „country”. Wraz z tworzeniem melodii i harmonii pracowaliśmy również nad brzmieniem, na bieżąco nagrywając partie instrumentalne (tu z niemałym udziałem naszego kolegi Michała Obrębskiego, który nagrał ścieżki perkusji) i nasze próby wykonawcze.

Kilka pieśni przeszło niemałą metamorfozę od początku naszych spotkań aż do tygodnia premierowego, kiedy to przy łączeniu już wszystkich elementów spektaklu, tj. muzyki, interpretacji, przebiegu dramaturgicznego, ruchu scenicznego, efektów dźwiękowych, oświetlenia, scenografii i kostiumów, utwory te nabrały nowych znaczeń i wydźwięku, zatem wymagały owych zmian. Jeszcze na etapie samych rozmów o kształcie naszego widowiska planowaliśmy niestandardowo wykorzystać nagłośnienie, co udało nam się zrealizować na premierze. Pomógł nam w tym drugi kolega – Adam Koterski – zawodowy producent, realizator i inżynier dźwięku, który przygotowane przez Stanisława efekty dźwiękowe rozłożył i zaanimował w kwadrofonii.

 

Dało nam to efekt otoczenia publiczności dźwiękiem.

Ważnym elementem naszych prób było przygotowanie emisyjno-wokalne, nad którym czuwała Agnieszka, korzystając ze swojej wiedzy i doświadczenia w tym zakresie. W „Pieśniach Utopieńców” dwie główne, równorzędne role grają słowo i muzyka, naturalne więc dla nas było rozpoczęcie pracy od połączenia ich w spójną i ciekawą całość.

 

Zdając sobie sprawę, jak wiele wysiłku wymagało przygotowanie tego spektaklu, zapytałem też o największe trudności i wyzwania oraz radości i zaskoczenia, jakie się z tym wiązały.

 

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Agnieszka: Lubię stawiać przed nami coraz poważniejsze wyzwania artystyczne, ponieważ stanowią dla nas zapalnik do działania, do rozwoju. Uwielbiam w nich to, że dają mi odwagę do sięgania po więcej, głębiej, do poznawania siebie samej, swoich niemożliwości, które zamieniam w możliwości. I ogromnym wyzwaniem było właśnie stworzenie spektaklu muzycznego „Pieśni Utopieńców”.

Bo jak poruszyć temat utopień, jak o nich opowiadać, jak je śpiewać i grać, by nie stały się ciężkie i traumatyczne w odbiorze? Jak działać na wyobraźnię odbiorcy, jak czuć spektakl, żeby edukował przez zawarte w nim muzyczne impresje? Żeby ocalał życia przez niesione zapamiętywalną melodią słowa. Co zrobić, żeby budził emocje, działał na wszystkie zmysły i przy tym był ciekawy, szczery, wartościowy i prawdziwie nasz? A jak nasz, to musi być barwny muzycznie i dobrze brzmieć wokalnie. W naszym pierwszym spektaklu muzycznym, pt. „Pearl Chaber” ja śpiewam, a Stanisław gra na instrumentach.

 

Postanowiłam wykorzystać jego wokalne, taneczne i aktorskie umiejętności i oznajmiłam mu, że w tym spektaklu zagramy, zatańczymy i zaśpiewamy razem. Na szczęście szybko się zgodził.

Toteż mocno skupiłam się na doskonaleniu naszej techniki śpiewania. Gatunkowo utwory spektaklowe są przeróżne, w związku z tym każdy utwór wymagał uwagi i dopieszczenia szczegółów. Był to wokalnie bardzo intensywny czas. Próba połączenia tych wszystkich myśli i elementów z pracą z tekstem, opracowaniami muzycznymi, reżyserią spektaklu, ruchem scenicznym nie była łatwa. Ale zawsze świetnie uzupełniamy się pomysłami i rozwiązaniami na każdym etapie projektu. Dlatego niestraszne nam trudniejsze chwile, bo doskonale wiemy, że i te są bardzo cenne i potrzebne w każdym artystycznym procesie.

I tu muszę zaznaczyć, że wielką radością związaną z tym projektem jest wzmaganie się we mnie poczucia, że pracuję z człowiekiem, któremu mogę ufać, który czuje i rozumie podobnie. W takich warunkach wzmacnia się duch zespołu i buduje wolność artystyczna. Z takim zapleczem na scenie wyrastają mi skrzydła i lecę dzielić się dobrem z widzami. Czasoprzestrzeń nie ma wtedy znaczenia. Istnieje tylko kanał energetyczny i zadziewa się najprawdziwsza rozmowa, najprawdziwsze spotkanie z człowiekiem.

Takim spotkaniem była dla mnie premiera spektaklu „Pieśni Utopieńców”. Na myśl o tym spotkaniu odczuwam szczęście. A dopełnia go wspomnienie opinii widzów o tym, że spektakl działa, zmienia myślenie o wodzie, historie opowiedziane muzyką i głosem pozostają w pamięci, i że koniecznie musimy nagrać płytę z pieśniami, bo ludzie chcą nas słuchać. Takie reakcje spełniają moje marzenie o wspomaganiu ludzi w ich sztuce życia.

 

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Pieśni Utopieńców, fot. Szymon Kawecki

Stanisław: Dla mnie wyzwanie stanowiły różne kwestie techniczne, począwszy od wspomnianej kwadrofonii a skończywszy na samym wykonaniu „Pieśni Utopieńców” na żywo. W przypadku tego ostatniego to sporo mobilizacji i pracy wymaga ode mnie połączenie swobody grania, śpiewania i bycia „w postaci” na scenie  z absolutnie niezbędnym skupieniem na stronie technicznej występu, np. zmianą instrumentu, brzmienia, kontrolowaniem, czy kostium lub mikroport się trzymają. W

kategorie wyzwań i radosnych niespodzianek jednocześnie wpisuje się nauka gry na łyżkach. To umiejętność, którą zawsze chciałem posiąść, ale jakoś nie było okazji. Gdy tylko pojawił się pomysł użycia łyżek w „Pieśni wesołej topielicy”, wiedziałem, że nadeszła ta chwila. Moja technika gry na tych metalowych sztućcach pozostawia jeszcze sporo do życzenia, ale cieszę się, że praca nad spektaklem była zapalnikiem do rozpoczęcia praktyki.

 

Duet zamierza spełnić oczekiwania publiczności i w przyszłym roku zarejestrować „Pieśni Utopieńców” na płycie. Zapowiadają też nagranie albumu z autorskim materiałem. Z zainteresowaniem czekam zarówno na płyty, jak i na kolejne sceniczne ujawnienia tego niebanalnego duetu.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0