fot. Materiały organizatora

Wzgórze muzyki

Stowarzyszenie Miłośników Muzyki Świętogórskiej, które zostało laureatem nagrody Marszałka Województwa Wielkopolskiego, zaprasza melomanów na kolejny, XV Festiwal Musica Sacromontana w Gostyniu od 26 września. Z Wojciechem Czemplikiem, dyrektorem artystycznym festiwalu, rozmawiamy o muzyce odkrywanej w klasztornych archiwach.

Barbara Kowalewska: Zacznijmy od genius loci. Święta Góra jest jednym z ciekawszych miejsc w Wielkopolsce. Z jakich powodów?

Wojciech Czemplik: Święta Góra to historyczny klasztor w Gostyniu, do którego w XVII wieku sprowadzono  księży filipinów, ze zgromadzenia założonego w Rzymie przez Filippa Neriego w XVI wieku. Święty Filippo Neri stworzył Oratorium, zatwierdzone przez papieża Grzegorza XIII w 1575 roku, w którym dawał schronienie chłopcom z ulicy, zachęcając ich do zmiany życia i pobudzając do życia religijnego poprzez zabawę oraz edukację muzyczną.

 

Zapraszał do swojego Oratorium różnych artystów, wśród nich kompozytorów tej miary co Giovanni Pierluigi da Palestrina.

Kiedy filipini pojawili się w Gostyniu, realizowali tę samą misję. Przy klasztorze, który rozwijał się dzięki sponsorom – rodom Mycielskich czy Konarzewskich – bracia prowadzili muzyczną edukację chłopców od wieku mniej więcej 7–8 lat w zakresie gry na instrumentach, śpiewie i kopiowaniu nut. Zasilali oni Kapelę Świętogórską, która nie tylko uświetniała nabożeństwa w kaplicy, a później bazylice, ale także uroczystości świeckie.

W wieku dojrzałym zostawali często również kopistami albo, wcale nie tak rzadko, kompozytorami. W XVIII wieku sponsorzy ufundowali w bazylice organy, a zgromadzenie zatrudniało kompozytorów, nie tylko polskich, ale i zagranicznych, m.in. czeskich. Święta Góra było więc miejscem, które między XVII stuleciem a końcem XIX wieku należało do najważniejszych ośrodków muzycznych w Polsce, obok Warszawy, Krakowa, Gniezna czy Jasnej Góry.

 

BK: Zgromadzenie prowadziło również bibliotekę, z której zachowała się część zbiorów. Jaką wartość mają te muzyczne zabytki?

WC: Szacuje się, że z klasztornej biblioteki zachowało się między 20 a 30 proc. dawnych zasobów. Reszta przepadła. Po pierwsze w wyniku kasacji zgromadzenia przez władze pruskie w 1876 roku część zbiorów rozgrabiono, choć część zachowała się w stanie rozproszonym w różnych miejscach Polski, po drugie – w wyniku dwóch wojen.

 

W 2003 roku odnalezione i zebrane ponownie w świętogórskim klasztorze zbiory zostały uporządkowane i skatalogowane przez muzykolog doktor Danutę Idaszak.

Spośród około 180 rękopisów i pierwodruków najstarsze zachowane egzemplarze datują się na rok 1774. Nie były to partytury, ale poszczególne głosy, przepisywane przez kopistów na potrzeby muzyków. W kapeli nie było dyrygenta, a orkiestrą kierował albo pierwszy skrzypek, albo muzyk przy organach czy pozytywie. W zbiorach mamy utwory polskich kompozytorów XVIII i XIX wieku: Jana Wańskiego, Franciszka Ścigańskiego, Antoniego Habla, Wojciecha Dankowskiego i wielu innych. Najważniejszym z nich był jednak patron naszego stowarzyszenia – Józef Zeidler.

 

BK: Wśród zabytków nutowych mamy też utwory kompozytorów europejskich.

WC: Bardzo dużo. I to również świadczy o randze miejsca. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że grano tu utwory Mozarta, Haydna czy kompozytorów czeskich, i że w bibliotece mamy na kopiach pieczęcie z datą, poświadczające, że te dzieła były świeżo wydane np. w Berlinie, to możemy uważać Świętą Górę w Gostyniu za jeden z ważnych  ośrodków muzycznych również w skali europejskiej.

W repertuarze pojawiały się utwory liturgiczne, tj. motety, litanie, nieszpory, Stabat Mater, msze, ale też utwory świeckie, jak uwertury do oper czy symfonie. Kapela Świętogórska była orkiestrą kameralną, a jej skład zmieniał się w zależności od dostępności muzyków – czasem były to flety, czasem oboje czy waltornie, które towarzyszyły instrumentom smyczkowym. Rękopisy świadczą też o istnieniu małego chóru, który wówczas mógł liczyć ok. 8 śpiewaków, po dwóch w każdym głosie.

 

BK: Wróćmy do Józefa Zeidlera. Jego muzyka stała się zaskakującym odkryciem dla muzykologów i artystów. Jak do tego doszło?

WC: Długo uważano, że muzyka polska XVIII wieku jest odtwórcza w stosunku do europejskiej – być może częściowo przez nasz „kompleks polski”, a częściowo z powodu rozproszenia i nieznajomości zachowanych źródeł.

 

Plakat, XV Festiwal Musica Sacromontana, Materiały organizatora

Plakat, XV Festiwal Musica Sacromontana, Materiały organizatora

Zeidlera odkrył ksiądz Władysław Ziętarski, kustosz archiwum archidiecezjalnego w Gnieźnie, który doprowadził do prawykonania najstarszego udokumentowanego utworu kompozytora z 1769 roku i nagrał płytę.

Dzięki temu zainteresowali się Zeidlerem muzykolodzy. Pamiętam, jak u początków festiwalu prosiłem Jerzego Maksymiuka, żeby zgodził się wykonać jego utwór. Długo się opierał, bo nie miał najlepszego zdania o muzyce polskiej tego okresu. W końcu jednak się zgodził i był potem zachwycony utworami tego kompozytora. Maestro Maksymiuk uznał go za najwybitniejszego kompozytora tego okresu. Potem dzieła Zeidlera znalazły się w repertuarze najważniejszych polskich zespołów: Sinfonietty Cracovii, Sinfonii Varsovii czy Orkiestry Filharmonii Łódzkiej.

 

BK: Kto nazwał Zeidlera „polskim Mozartem”?

WC: Był to profesor i eseista Marek Dyżewski, jeden z ojców założycieli festiwalu. Kiedy założyliśmy stowarzyszenie i chcieliśmy zabiegać o fundusze na jego działalność, poprosiliśmy o opinie kilku znawców muzyki (oprócz Marka Dyżewskiego byli to profesorowie Julian Gembalski i Marek Toporowski), którzy po  przeanalizowaniu utworów kompozytora wystawili Józefowi Zeidlerowi jak najlepsze świadectwa.

To pozwoliło nam na rozpoczęcie wieloletniego procesu odkrywania, opracowywania rękopisów i na prawykonania utworów wielu kompozytorów z udziałem najlepszych polskich zespołów, dyrygentów i solistów. Postawiliśmy sobie za cel nadrabianie zaległości wynikających z zaniedbań muzykologów, przez wiele lat bowiem nie podejmowano badań nad zasobami klasztornymi, w których są przecież skarby dawnej muzyki. Również dyrektorzy wielu filharmonii idą często na skróty, pomijając w repertuarze muzykę polską, a skoro się jej nie gra, to nie może się przebić w świadomości słuchaczy.

 

BK: Co było impulsem do założenia stowarzyszenia?

WC: O życiu Zeidlera wiemy niewiele oprócz tego, że był znany w całej Polsce ze swojej muzyki i że zmarł w 1806 roku, w wieku ok. 60 lat na „gorączkę gnilną”. Stowarzyszenie powstało w dwusetną rocznicę śmierci kompozytora. Wśród członków mamy m.in. dziennikarza, samorządowca, księdza, wszyscy współpracujemy przy przywracaniu zapomnianej muzyki koncertowej polskiej, a w szczególności wielkopolskiej. Oprócz opracowywania rękopisów z klasztoru Filipinów poszukujemy też utworów w innych ośrodkach. Organizujemy coroczny festiwal, propagujący odkrywaną muzykę i nagrywamy płyty wspólnie z firmą DUX, wzbogacając nagrania o rozbudowane teksty muzykologiczne.

 

BK: Kto decyduje o repertuarze festiwalu? Czy muzycy sami się zgłaszają, czy wygląda to inaczej?

WC: Festiwal odbywa się co roku na przełomie września i października, i za każdym razem zapraszamy na cztery koncerty. Owszem, zgłaszają się różne zespoły, ale to my jako stowarzyszenie dokonujemy wyboru najlepszych i decydujemy również o corocznym programie. Osobiście przeglądam zabytkowe nuty klasztorne i wybieram te, które wydają mi się najciekawsze, potem skany tych nut trafiają do Macieja Bolewskiego, on dokonuje ich edycji. Wiem, że zawsze zrobi to rzetelnie.

 

BK: Jak to się stało, że znalazł się pan w tym miejscu? Od poezji śpiewanej, współpracy muzycznej ze Starym Dobrym Małżeństwem, poprzez muzykę etno – działa pan w różnych obszarach muzycznych. Jaki wpływ mają na siebie te światy?

WC: Pochodzę z Ostrowa Wielkopolskiego, to miasto festiwalu szopenowskiego, Komedy. Uczyłem się w szkole muzycznej, miałem nawet swego czasu epizod w orkiestrze symfonicznej w Kaliszu. Duże znaczenie miał kontakt z kulturą studencką i oczywiście poezja śpiewana.

 

Festiwal otworzył przede mną nowe horyzonty, zacząłem dokształcać się w zakresie muzykologii i uczyć się na skrzypcach u profesora Wiktora Kuzniecowa, żeby być bardziej przygotowanym do reaktywacji kapeli na potrzeby festiwalu.

Wyjechałem też do braci filipinów do Rzymu, żeby poznać ich sposób działania, współpracowałem z włoskimi zespołami muzyki dawnej. Jaki to wszystko miało wpływ na mnie? Słuchanie i czytanie muzyki dawnej rozwija. Zarówno u Zeidlera, jak i w poezji śpiewanej słowo jest ważne, musi być podkreślone przez muzykę. Staram się być otwarty na różne style muzyczne, bo doświadczenia wyniesione z jednego obszaru przydają się w uprawianiu innej muzyki.

 

Wojciech Czemplik – po studiach rozpoczął współpracę z zespołem Stare Dobre Małżeństwo, która trwa do dziś (około 3000 koncertów, 30 płyt, 2 platynowe, 9 złotych). Od 2005 roku członek Stowarzyszenia Miłośników Muzyki Świętogórskiej, dyrektor artystyczny festiwalu Musica Sacromontana i producent płyt Musica Sacromontana wydawanych przez firmę Dux. Animator życia kulturalnego i pomysłodawca wielu festiwali (Wszystko jest Poezją w Ostrowie Wielkopolskim, Piosenki z Duszą w Dusznikach Zdrój, Poezja Zdrój w Kudowie Zdroju, Śpiewające Żagle w Szczecinie i Blues Nad Obrą w Piaskach). W latach 2018–2019 muzyk w zespole Stanisławy Celińskiej, z którym nagrał dwie płyty – „Kolędowo” i „Malinowa”.