fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Zapomniany łącznik do Piłsudskiego

W Poznaniu i Wielkopolsce mało kto o nim pamięta. Jednak gdyby nie Józef Gabriel Jęczkowiak i jego poznańscy kompani, 11 listopada nie obchodzilibyśmy Święta Niepodległości – nie udałoby się bowiem tak szybko rozbroić niemieckiego garnizonu w Warszawie w 1918 roku.

Józef Gabriel Jęczkowiak od kilku lat spoczywa w kwaterze rodzinnej na cmentarzu Miłostowo – przeniesiony tam z cmentarza Witomińskiego w Gdyni. Spoczywa skromnie, bez „rozgłosu”, który zwykle towarzyszy mogiłom powstańców wielkopolskich w okolicy rocznicy wybuchu powstania.

Jego nazwiska nie znajdziemy nawet w popularnej poznańskiej wyszukiwarce grobów. A przecież był jednym z największych bohaterów nieodległości, jednym z twórców Polskiej Organizacji Wojskowej zaboru pruskiego – zaryzykował dezercję z frontu zachodniego i ukrywał się w Poznaniu.

To on na polecenie Wincentego Wierzejewskiego pojechał na początku listopada 1918 roku do Warszawy, gdzie los zetknął go z Józefem Piłsudskim w kluczowym momencie odzyskiwania wolności przez Polskę. Zresztą z przyszłym Naczelnikiem Państwa spotkał się jeszcze raz.

OD SKAUTA DO KONSPIRATORA

Urodził się 31 stycznia 1898 roku w Jeżycach pod Poznaniem (włączonych do miasta dwa lata później) jako dziecko Jana Jęczkowiaka i jego drugiej żony, Anny z domu Wrońskiej. Ojca stracił wcześnie, już jako sześciolatek.

Od małego wykazywał zmysł organizacyjny. Jako piętnastolatek wstąpił do skautów. Wraz z kolegami ćwiczył się w podpoznańskich lasach, pozorując manewry i marząc o czasach, w których stanie do walki z bronią w ręku.

20 lipca 1913 roku – podczas polskich wystąpień patriotycznych pod pomnikiem Mickiewicza stojącym obok kościoła św. Marcina – został złapany przez niemiecką policję i oskarżony o atak na żandarma. Znalazł się na ławie oskarżonych wraz z wieloma innymi Polakami. Karą był miesiąc więzienia, relegowano go też z Gimnazjum Marii Magdaleny. Naukę kontynuował prywatnie.

 

W listopadzie 1916 roku upomniała się o niego armia niemiecka. Był kanonierem w Baterii Artylerii Ciężkiej z Sołacza. Trafił – jak wielu poznaniaków z tzw. Kaczmarek-regimenten – na front we Francji.

Jak relacjonował w spisanych w latach 60. ubiegłego wieku wspomnieniach, wraz z towarzyszami broni z Poznańskiego trudnili się… sabotażem i bojkotowaniem poleceń niemieckich dowódców. Wyspecjalizowali się zwłaszcza w „naprawianiu” kabli łączności niemieckiej, porwanych francuskim ogniem artyleryjskim. Naprawiali je tak gorliwie, że te działały gorzej po reparacji niż przed.

Józef Gabriel Jęczkowiak

Józef Gabriel Jęczkowiak, źródło: Wikipedia

Latem 1918 roku, kiedy po alianckiej kontrofensywie pod Amiens zarysowała się wizja przegranej cesarskich Niemiec, na sygnał z POW ZP z Poznania zbiegł z jednostki, za co zaocznie został skazany przez niemiecki armijny wymiar sprawiedliwości na karę śmierci. Przez Francję, Belgię i Niemcy przedostał się do Poznania. Tu ukrywał się m.in. w tzw. budzie skautowej na Garbarach.

Był to czas, gdy planowano odważne akcje z rozmachem. Wiadomo, że na prośbę warszawskiej POW, Jęczkowiak brał udział w tajnych przygotowaniach do odbicia Józefa Piłsudskiego z twierdzy w Magdeburgu. Konspiratorzy próbowali wciągnąć do współpracy więziennych strażników, wśród których byli też Polacy. Po odzyskaniu wolności Piłsudski miał zostać przerzucony do Warszawy.

Akcja nie doszła jednak do skutku, bo Niemcy zwolnili komendanta. Na polecenie również ukrywającego się dezertera Wincentego Wierzejewskiego, lidera Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego, w pierwszych dniach listopada 1918 roku Józef Gabriel Jęczkowiak udał się więc do Warszawy jako łącznik z tamtejszą POW.

KWADRANS U PIŁSUDSKIEGO I ROZKAZ KOMENDANTA

Jego przyjazd do Warszawy zbiegł się z powrotem do stolicy Józefa Piłsudskiego, wypuszczonego przez Niemców z twierdzy magdeburskiej. Komendant musiał usłyszeć o łączniku z Poznania i o tajnej organizacji poznańczyków w szeregach armii niemieckiej, ciągle okupującej Warszawę. Już 10 listopada 1918 roku wezwał Jęczkowiaka przed swoje oblicze. Do owianej tajemnicą rozmowy łącznika z Poznania z Piłsudskim doszło w pensjonacie panien Romanówien.

„Piłsudski siedział w niskim, głębokim fotelu […]” – wspominał Jęczkowiak po latach. – „Stanąłem w pozycji na baczność i zasalutowałem. Moja rozmowa z Piłsudskim trwała stosunkowo krótko, około 15 minut. Parę pytań Piłsudskiego i moich odpowiedzi, wyjaśniających stan mojej organizacji. Na zapytanie, czy mogę tą organizacją wywołać rewolucję w garnizonie niemieckim Warszawy, poprosiłem o bliższe wyjaśnienie tego pytania, gdyż nie rozumiałem, jak ją wykonać”.

 

Komendant wyjaśnił mu, że nie chodzi o rewolucję na modłę bolszewicką, a jedynie o wywołanie chaosu i dezorganizacji w niemieckich szeregach pod hasłami właściwymi dla rad wojskowych, które powstawały wtedy w ogarniętych rewolucją Niemczech.

Chodziło o to, by pod pozorem rewolucji doprowadzić do rozprzężenia w armii niemieckiej i do rozbrojenia Niemców.

Piłsudski był wtedy chory, poważnie przeziębiony. „Nagle… spostrzegłem, że Piłsudski blednie, przestał mówić, jak omdlały chylił się ku przodowi […]” – opisał swoje spotkanie z komendantem Legionów Jęczkowiak. Zanim wyszedł, usłyszał od Piłsudskiego zdecydowane polecenie: Dziś po południu, najpóźniej do godziny czwartej, musi być wywołana rewolucja w garnizonie warszawskim!

PIWO, AGITACJA I REWOLTA

Jęczkowiak podszedł do sprawy metodycznie. Od pani Rudnickiej, u której mieszkał, otrzymał wałek czerwonego inletu na pościel, który pociął na małe, czerwone paski dla przyszłych „rewolucjonistów”. Tak wyposażony wezwał do siebie innych towarzyszy z Poznania – dziesiętników swojej organizacji i rozdzielił im zadania.

Sens był prosty – wykorzystując czerwone opaski i nastrój niepewności w niemieckich szeregach, mieli wzniecić niezadowolenie i rewolucyjne nastroje w tzw. Soldatenheimach (domach żołnierskich).

Józef Gabriel Jęczkowiak

Józef Gabriel Jęczkowiak, źródło: Wikipedia

Sam Jęczkowiak udał się do tzw. Doliny Szwajcarskiej, gdzie z dużym talentem aktorskim odegrał postać rzekomego Niemca, który wrócił z pogrążonej w rewolucji ojczyzny. Chętnym do wysłuchania go żołnierzom niemieckim zamówił 30 piw. A potem roztoczył przed słuchaczami obraz nowych, sprawiedliwych, socjalistycznych Niemiec.

My zrobimy to samo! Niech żyje rewolucja! – podchwycili niemieccy żołnierze.

„[…] Dla podniecenia nastroju ostentacyjnie zerwałem z czapki niemiecką kokardę, rzuciłem ją na podłogę i założyłem czerwoną opaskę” – wspominał Jęczkowiak. Zaraz potem jego pomocnicy rozdali na sali czerwone opaski.

 

Na ulicę! – rozkazał Jęczkowiak, wyprowadzając na zewnątrz tłum zrewoltowanych żołdaków.

Jego ludzie w innych żołnierskich kwaterach osiągnęli podobny sukces. Spontanicznie ruszyło rozbrajanie Niemców, z których większość zdeklarowała chęć wyjazdu do domów. W ciągu dwóch dni Warszawa – z wyjątkiem cytadeli – była wolna.

Piłsudski miał powody do wdzięczności poznańczykowi. Los zetknął zresztą Jęczkowiaka z Piłsudskim po raz wtóry – podczas pierwszej wizyty Naczelnika Państwa w Poznaniu w dniach 25–27 października 1919 roku, a więc już po zwycięstwie powstania wielkopolskiego i przyłączeniu Wielkopolski do Rzeczpospolitej.

Jęczkowiak – pełniący wówczas obowiązki szefa żandarmerii w Poznaniu – otrzymał zaszczytne zadanie szefa osobistej ochrony Piłsudskiego. Można przypuszczać, że obaj wymienili kilka ciepłych wspomnień związanych z warszawską rewoltą z listopada 1918 roku. Jęczkowiak nic o tym jednak nie napisał – z prostej jednak przyczyny. Kiedy zmarł w 1966 roku, zdołał doprowadzić swoje wspomnienia zaledwie do wiosny 1919 roku. Wiadomo, że planował kolejne tomy…

ZAPOMNIANY BOHATER

W powstaniu wielkopolskim wsławił się udziałem w opanowaniu Fortu Grolmana. Potem pojechał z odsieczą Lwowa, na Ukrainie został poważnie ranny.

W wojnie polsko-bolszewickiej nie walczył, był oficerem żandarmerii wojskowej w Poznaniu. W okresie międzywojennym wybudował w Gdyni kamienicę czynszową, był radnym miasta z ramienia BBWR.

Józef Gabriel Jęczkowiak

Piotr Bojarski, „Cwaniaki”, Czwarta Strona, Poznań 2018

W 1939 roku kapitan Jęczkowiak stanął ponownie na wezwanie ojczyzny. Ranny w obie nogi jako oficer Armii „Pomorze” w trakcie przedzierana się znad Bzury do Warszawy wpadł do niemieckiej niewoli. Pomny wyroku śmierci, wydanego na niego przez sąd polowy armii cesarskiej w 1918 roku, przesiedział całą wojnę w niemieckim oflagu (obozie jenieckim dla oficerów) w Murnau pod przybranym nazwiskiem – Józef Korkowski.

Po wojnie wrócił do Polski, osiadł na stałe w Gdyni. Obserwowany przez tajniaków Urzędu Bezpieczeństwa – długo nie chwalił się swoimi zasługami dla „burżuazyjnej Polski”. Dopiero w końcu lat 60. – już jako mieszkaniec Szczecina – zasiadł do spisywania wspomnień.

Nie zdążył napisać wszystkiego, urwał je na powrocie z walk o Lwów w 1919 roku. Wydane zostały dopiero niedawno – w 2015 roku – nakładem Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych. Mimo to do dzisiaj nie są powszechnie znane, a powinny!

W Poznaniu utyskujemy, że Warszawa nie ceni naszego powstania z 1918/1919 roku – a tymczasem nie pamiętamy o poznańczyku, który w listopadzie 1918 r. zorganizował akcję wyzwolenia Warszawy. Gdyby nie Józef Gabriel Jęczkowiak i jego kompanii, być może nigdy nie obchodzilibyśmy Święta Niepodległości.

 

PIOTR BOJARSKI – pisarz, autor powieści „Cwaniaki”, w której opisał barwne losy Józefa Jęczkowiaka w 1918 r. W przyszłym roku ukaże się kontynuacja powieści zatytułowana „Na całego”.