fot. Mariusz Forecki

Żar-Ptak: przypomnienie o Ginczance

Od: 19/06/2018

Była poetką, której wierszami zachwycała się przedwojenna Warszawa. Była też kobietą i Żydówką, czyli podwójnie wykluczoną, nazywana Gwiazdą Syjonu, afirmowana za egzotyczną urodę – Zuzanna Ginczanka. O jej życiu i śmierci opowiada artystyczny kolaż „Ginczanka. Żar-Ptak”, zaprezentowany podczas Festiwalu Malta w Poznaniu.

PIĘKNO I PIĘTNO

„Ginczanka. Żar-Ptak” to połączenie słowa, obrazu, transowej muzyki i szamańskiego wokalu. Na scenie wiersze Ginczanki i specjalnie przygotowany przez Bożenę Keff tekst śpiewają i melodeklamują (do muzyki Pawła Szamburskiego) Kamilla Baar-Kochańska i Dorota Jarema. Artystki i artyści w skrócie przybliżają postać poetki, mówią, że zginęła w wieku dwudziestu siedmiu lat zabita przez hitlerowców w 1944 roku w Krakowie. Takie przypomnienie zdaje się ciągle niezbędne, bowiem Ginczanka (co ostatnio na szczęście się zmienia) dalej znajduje się poza kanonem, na uboczu wielkich wieszczów przedwojnia, jakby w Ziemiańskiej siedziała gdzieś w kącie, a nie na krześle tuż obok Gombrowicza. Opisywane przedstawienie jest kolejną próbą zmienienia tego stanu rzeczy.

Gdy mówi się o Zuzannie Ginczance, często w pierwszej kolejności zwykło się wspominać o jej urodzie (te wszystkie szowinistyczne i mocno seksualizujące: wyglądała jak Sulamitka, piękna jak bizantyjska ikona, posiadaczka tajemniczych, dwukolorowych oczu itp.) i/lub w kontekście mężczyzn (np. słynne „Tuwim w spódnicy”). Agata Araszkiewicz, jedna z biografek poetki, pisze, że Ginczanka odgrywała „jedynie rolę martwej lub demonicznej piękności”, piękno było jej piętnem.

SPEKTRUM PAMIĘCI

Autorki i autorzy „Ginczanka. Żar-Ptak” są dalecy od takiego przedstawiania bohaterki. Skupiają się na feministycznym odczytaniu jej poezji, a także krótkiego życiorysu. Spektakl rozpoczyna się od napisanych przez Bożenę Keff słów, które wypowiada Kamilla Baar, jak gdyby wcielając się w samą Ginczankę: „Nazywam się Polina Gincburg. Babcia nazywała mnie Sana, czyli po rosyjsku Zuzanna. Potem sama nazywałam się Zuzanną Ginczanką, bo tak chciałam się nazywać jako poetka”.

To powrót do matrylinearności i silne postawienie akcentu na samostanowienie kobiet. Autorki i autorzy mówią o autonomiczności poetki nie tylko jako artystki, ale też jako człowieka, i rozszerzają spektrum pamięci o inne kobiety.

spektakl „Ginczanka. Żar-Ptak”, 19 czerwca 2018 r.

wystąpili: Seltmann, Baar-Kochańska, Jarema, Szamburski, Bęza
współrealizacja: fundacja Art, History & Apfelstrudel i fundacji Edukacja, Sztuka, Wolność

Baar-Ginczanka zachęcała ze sceny: „Wypijcie za wszystkie moje przeżyte lata i jeszcze raz za nieprzeżyte lata. I za te dziewczyny, kobiety, które jak ja przepadły w niepamięci, za Żydówki, za artystki, za opuszczone”. Słowa te stanowią preludium misterium. Ginczanka – przypuszczają Keff i Baar – żyła swoim tekstami, „jak bardziej rzeczywistą rzeczywistością, bo opisaną własną wyobraźnią i na własną miarę”. Dlatego też na scenie biografia poetki miesza się i ciasno splata ze stworzonymi przez nią wierszami. Jednocześnie uwypuklając fakt, że kobiecy głos był (i ciągle jest) mało słyszalny.

W NATURZE

Wykonawczynie i wykonawcy „Ginczanka. Żar-Ptak” podążają drogą wytyczoną przez wiersze poetki, które układają się w historię – w dużej mierze – emancypacyjną. Dorota Jarema swoim głosem o niezwykłej barwie próbuje pogrążyć widownię w transie, snując historię poetki narratorki. W „Zdradzie” Ginczanka jasno daje do zrozumienia, że nie podda się narzuconym normom, to ona będzie decydować, jak potoczą się jej losy; mówi: „Nie upilnuje mnie nikt […] / O zmierzchu wymknę się z wieży, z warownej ucieknę wieży,/ przez cięcie ostrych os, /przez zasiek zatrutych ziół”. Chce być wolna jako kobieta i jako poetka. W ostatnich partiach utworu Ginczanka dodaje: „Nie upilnuje mnie świat,/ o luby – o drogi – o miły,/ jeśli nie zechcę/ sama/ słodkiej majowej/ wierności”. Mężczyzna nie może wymagać od kobiety przynależności.

Poezja Zuzanny Ginczanki jest mocno zanurzona w naturze, która łączy się u niej z cielesnością, seksualnością, dojrzewaniem, ale też z początkiem rzeczy oraz z powrotem do tych początków. Natura – słyszymy ze sceny – jest pierwotną matczyzną. Człowiek nie może w niej być obcym, innym, uchodźcą, a nawet uciekinierem. Jak Ginczanka jest dzieckiem Matki Natury, tak Hitler jest jej synem. W tej rodzinie nie ma podziałów, nie można z niej nikogo wykluczyć.

Potwierdzenie słów wypowiadanych w spektaklu przez Baar poniekąd znajdujemy w utworach poetki; charakteryzuje je wiosenna ospałość, są napęczniałe, parujące, bujne jak świeża roślinność, znajdują się często na pograniczu jawy i snu. Tę swoistą ociężałość podkreśla głos Jaremy, to dzięki niemu frazy takie jak: „Oto jest chwila obecna:/ owady drążą ją w bzach,/ osy o żądłach ostrych wwierciły się w słodycz do dna” (wiersz „Deklaracja”) czy „[…] o, futro rozwianych mych wiosen,/ sypkie, kosmate futro,/ bez mięsa,/ kośćca/ i krwi” – wybrzmiewają najpełniej, wręcz zagarniają przestrzeń w naszym wypadku poznańskiego placu Wolności.

SIŁA RAŻENIA?

Głos Kamili Baar nie ma takiej siły. Jednak, aby być sprawiedliwym, interpretacja Jaremy czasami jest nadmiernie patetyczna. Wiemy, że Ginczanka umrze, zabita przez nazistów, zakapowana przez Polaków, a kiedy słuchamy jej wierszy, zauważamy, że jakby przepowiedziała swoją śmierć; dlatego też – nomen omen – poetyka misterium za bardzo dookreśla, dopowiada, jakby twórczynie i twórcy chcieli, aby widowni na pewno było smutno, aby na pewno zrozumiała, o czym i o kim słuchają ze sceny.

Najlepiej widać to na samym końcu spektaklu, przy najsławniejszym i zarazem ostatnim utworze Zuzanny, zaczynającym się od słów „Non omnis moriar…”. Baar deklamuje go rewelacyjnie, bo prosto, siłę stanowią same słowa. Publika zamiera. Dlaczego zatem Jarema jeszcze na długo po utworze dopełnia scenę swoim majestatycznym głosem? Przypomniało mi to zagrywki kiniarzy, kiedy po dramatycznym zakończeniu filmu, tuż po napisach końcowych przepełnionych dramatyczną muzyką, na sali nie rozbłyska światło, by widownia mogła przemyśleć to, co właśnie obejrzała.

Podsumowując: „Ginczanka. Żar-Ptak” to mimo wszystko spektakl udany, często hipnotyzujący (świetne wizualizacje i kolaże filmowe), które wespół z wierszami poetki mają dużą siłę rażenia. W kontrze do siebie stoją jednak głosy artystek – szlachetna prostota Baar i śpiew Jaremy, który niekiedy razi nadmierną górnolotnością. Jakby chciano stworzyć z Ginczanki wariatkę albo szeptuchę, która wie i widzi więcej niż inni.

 

 

SŁUCHAJ TAKŻE: Zamieniam się w słuch #45 – Kasia Tórz