fot. Mariusz Forecki

Życie na bluesowyj nucie

Gwara bezużyteczna nie jest, bo rozszerza spektrum werbalnego przekazywania informacji. Być może w dobie cyfryzacji, która informację skraca, kumuluje, kompresuje, gwara przeżywała kryzys, ale myślę, że teraz chętnie się do niej wraca.

SEBASTIAN GABRYEL: „Jestem bluesmanem” – tak wita się pan z odwiedzającymi na swojej stronie internetowej. Ale co to właściwie znaczy?

JAROSŁAW JAROMI DRAŻEWSKI: Bluesman to muzyk grający bluesa. Oczywiście ojcowie założyciele gatunku blues ze Stanów Zjednoczonych definiują to głębiej – ludzkie losy, styl życia, kłopoty, nałogi, alkohol, diabły i anioły, seks… Wykorzystując stworzone przez nich standardowe muzyczne formy, wpisuję w nie teksty z polskiego podwórka, gdzie też nie brakuje podobnych tematów. Właściwie powinienem napisać „Jestem polskim bluesmanem”.

A co do czasów, to chyba właśnie wróciły te bardziej gitarowe, czego być może nie dowodzą media, ale robią to choćby wesela, na które młode pary znów coraz częściej zapraszają kapele z gitarami, a „parapeciarze” i DJ-e odchodzą do lamusa.

 

Odmian bluesa jest mnóstwo. Dlaczego pan zainteresował się akurat bluesem gwarowym? Ba, można nawet powiedzieć, że jest pan jednym z prekursorów jego polskiego wydania.

Gwarą wielkopolską zainteresowało mnie w ubiegłym wieku Radio Merkury – audycją „Blubry starego Marycha” – jak i kapela Zza Winkla, której wtedy nałogowo słuchałem. W stworzeniu przeze mnie bluesa pyrlandzkiego pomógł przypadek. Choć obaj mieszkamy w Kościanie, to Mariana Antoniego Bartkowiaka nie znałem, a na jego gwarową twórczość naprowadził mnie kolega z… Bydgoszczy, podsyłając link do jego strony. Tak mi się ta twórczość spodobała, że wysłałem do Mariana e-mail, w który wkleiłem mój tekst pt. „Zła kobieta” z pytaniem, czy nie przetłumaczyłby go na gwarę. W odpowiedzi otrzymałem już przetłumaczony tekst („Frechowno baba”), jak i informację, że Marian jest moim fanem i ma moje płyty, co było dla mnie dużym i miłym zaskoczeniem.

 

Sporej części mieszkańców stolicy Wielkopolski gwara poznańska jest dobrze znana, jednak zapewne nie każdy spotkał się z jej kościańską odmianą. Czym różni się od typowo poznańskich blubrów?

Pewnie zmartwię czytelników, ale nie odróżniam kościańskiej odmiany od głównego nurtu gwary poznańskiej. Przytoczę jednak definicję innego dziennikarza, który chciał ode mnie uzyskać odpowiedź na podobne pytanie, a ze względu na mój brak rozeznania w końcu sam mi jej udzielił.

Wyrazy typowo gwarowe są identyczne, różnica tkwi w melodyce, intonacji, rozłożeniu akcentów. Twierdził, że Wielkopolanie spoza Kościana w rozmowie z kościaniakiem słyszą, że mówi on bardziej melodyjnie, z jakimś zaśpiewem. Ale ja, kościaniak, mogę tego nie słyszeć, tak jak mieszkaniec Lubelszczyzny nie słyszy, że „zaciąga”.

Jarosław Jaromi Drażewski, Jaromi zez Ekom

Jarosław Jaromi Drażewski, fot. Mariusz Forecki

 

Koronnym dowodem na to, że blues i gwara to świetne połączenie, jest pana płyta „Blubrana migana zez Kościana”. Jaka jest jej historia?

To jest już druga moja gwarowa płyta, pierwsza była solowa pt. „Blubrane bluesy zez Pyrlandii”. Do nagrania tej, o którą pan pyta, był już zaangażowany zespół Jaromi zez Ekom, w którym oprócz mnie grają znana już szeroko w Polsce basistka Joanna Dudkowska i perkusista Tomasz Boguś. Gościnnie występują na niej też dwaj inni muzycy: waltornista Grzegorz Szumnarski i Andrzej Frankiewicz – dudziarz z podkościańskiego Bonikowa. Płyta zespołu JzE powstała z inicjatywy Urzędu Miejskiego w Kościanie, do którego jakimś cudem trafiła ta moja pierwsza, solowa płyta gwarowa. Spodobała się – urząd zasponsorował to nagranie. Warto sięgnąć po obie płyty, do czego zachęcam, choćby ze względu na to, że stanowią one pierwsze rejestracje fonograficzne nowego gatunku, jakim jest pyrlandzki blues. To gratka dla fanów zarówno bluesa, jak i gwary wielkopolskiej.

 

Podczas pracy nad płytą współpracował pan ze wspomnianym wcześniej Marianem Antonim Bartkowiakiem. Jego nazwisko nie wszystkim może coś mówić, tymczasem w swojej dziedzinie jest on prawdziwym ekspertem. Jak duży wpływ wywarł na pana dokonania?

Przede wszystkim dokonywał tłumaczeń moich tekstów na gwarę, czego owocem są utwory zamieszczone na obu wspomnianych płytach. Później sam zacząłem trochę pisać w gwarze, do czego zainspirowała mnie książka Bartkowiaka „Kiedyś tutej… czyli blubry zez Kościana”. Gwarowy poeta i prozaik. Mistrz w swoim fachu. Był też mistrzem w innej profesji – widziałem u niego w mieszkaniu piękne ludowe drewniane rzeźby jego autorstwa. Piękna pasja, której niestety nie może już praktykować ze względu na chorobę, która mu to uniemożliwia.

 

Nigdy nie miał pan obaw, że blues gwarowy, będący przecież bardzo ważnym elementem pana twórczości, zostanie sprowadzony przez słuchaczy do roli jednorazowej ciekawostki?

Nie. Są już na mapie Wielkopolski miejsca, gdzie zespół Jaromi zez Ekom jest zapraszany cyklicznie, co dowodzi większego zainteresowania tematem. Obawiałem się natomiast, czy ten blues się sprzeda i zostanie zrozumiany poza Wielkopolską. Te obawy zostały jednak rozwiane – publiczność, choć czasem poszczególnych gwarowych zwrotów czy słów nie rozumie, z kontekstu coś tam wyłapie. A jeśli nie, to często po koncercie przychodzi dopytać, wyrażając uznanie.

Jarosław Jaromi Drażewski, Jaromi zez Ekom

Jarosław Jaromi Drażewski, fot. Mariusz Forecki

 

Kiedyś usłyszałem kontrowersyjną opinię, że gwara to „bezużyteczny przeżytek”. Co powiedziałby pan osobom – zwłaszcza młodym – dla których posługiwanie się lokalną mową to obciach?

Nie spotkałem się bezpośrednio z taką opinią. Nie widzę także negatywnego nastawienia do ludzi mówiących gwarą. Faktem jest, że w Wielkopolsce gwara zanika, w odróżnieniu choćby od Górnego Śląska, gdzie jest odwrotnie. Ale jednocześnie odbywa się też coraz więcej imprez kulturalnych promujących gwarę, która bezużyteczna nie jest, bo rozszerza spektrum werbalnego przekazywania informacji. Być może w dobie cyfryzacji, która informację skraca, kumuluje, kompresuje, gwara przeżywała kryzys, ale myślę, że teraz chętnie się do niej wraca.

 

Zadebiutował pan na samym początku lat 80. Najpierw były kapele The Key i Omen, później działalność solowa, House Platz Blues, Blues Flowers, Blues Menu i wiele, wiele innych. Właściwie nie sposób zliczyć wszystkich istotnych albumów, projektów i koncertów, które zostały zrealizowane z pana udziałem. Które z nich prywatnie zalicza pan do tych najważniejszych, dających największą muzyczną radość?

W tekstach bluesów na moich płytach zawsze przemycam sporą dozę humoru i satyry, niejednokrotnie są one przez media zaliczane wręcz do tekstów kabaretowych. Jednak paradoksalnie za swój najważniejszy album uważam płytę pt. „Jaromi idzie pod prąd”. Ta płyta prezentuje tematykę zbawienia w Jezusie Chrystusie i wynikających z tego różnych zagadnień natury politycznej, społecznej. Czyli są tu sprawy poważne, ale nie brakuje elementów humorystycznych.

Jarosław Jaromi Drażewski, Jaromi zez Ekom

Jarosław Jaromi Drażewski, fot. Mariusz Forecki

 

Urodził się pan w Poznaniu, jednak od dzieciństwa mieszka w Kościanie. Dlaczego nigdy nie szukał pan szczęścia nigdzie indziej? Co  magicznego przytrzymuje pana w grodzie nad Obrą?

Magicznego nic. Spokój. Brak wielkomiejskiego hałasu. Mieszkanie w bloku przy Parku Miejskim. A jak mnie najdzie ochota na zbieranie grzybów, to wsiadam na rower i za cztery minuty jestem w lesie bonikowskim. Albo bardziej gwarowo: jak na betki, to na kufte i wew śtyry minuty wew lesie żym jes… A gdy sporadycznie nachodzą mnie marzenia o przeprowadzce, to bardziej w kierunku wsi, a jeszcze bardziej jakiejś leśniczówki.

 

Bądźmy szczerzy – Kościan to stosunkowo niewielkie miasto, mniejsze choćby od Leszna czy Piły. Niestety, często mieszkańcy mniejszych ośrodków nie mogą przebierać w kulturalnej ofercie swojego miasta, raczej muszą się o nią dopominać. A jak wygląda to w Kościanie?

Niestety, właśnie tak, czyli nijak. Nie ma klubów muzycznych, które kształcą słuchacza. Instytucje kulturalne też niewiele promują, np. w zeszłym tygodniu na ostatnią chwilę odmówiono zespołowi muzycznemu z sąsiedniego województwa zakontraktowanego wcześniej koncertu, bo sprzedały się cztery bilety. Lokalni muzycy też grają tu niewiele, parafrazując powiedzenie „nikt nie jest prorokiem we własnym mieście”. A przecież dawnymi czasy działo się tu więcej, był nawet Międzynarodowy Festiwal Gitary, jeszcze wcześniej Musicoramy. Teraz jest cienko.

 

Zazwyczaj o to nie proszę, jednak tym razem zrobię wyjątek – co na koniec chciałby pan przekazać naszym czytelnikom? Oczywiście w kościańskiej gwarze! [śmiech]

Tej wiara! Du wos godoł wesoły Jaromi, co swojum gitarke zawsze chyntnie uruchomi. I wew harmoszke zes cołki epy dmucho oraz śpiywo letko, jednakoż zez uczuciem o swym życiu, co sie rychtyk ciyngiym toczy po bluesowyj nucie!

 

Tekst ukazał się 26 października w dodatku Kultury u Podstaw do „Głosu Wielkopolskiego”, który można pobrać w zakładce naczytnik.

 

JAROSŁAW JAROMI DRAŻEWSKI – muzyk, kompozytor, gitarzysta rockowy, bluesowy i jazzowy, prekursor bluesa gwarowego. Urodzony w Poznaniu, jednak od dzieciństwa mieszkający w Kościanie. Znany z takich zespołów, jak: The Key, Omen, Two Players, House Platz Blues, Blues Flowers, Cielak & Jaromi czy Blues Menu. Występuje i nagrywa również solo.