fot. z archiwum rodziny Bergmanów, Baruch przed domem przy Żydowskiej 32 w 1995 r.

Żydowska 32

„Chciałbym znaleźć w kieszeni kromkę chleba owiniętą w papier przez mamę Sarę. Ale kieszeń jest pusta, tylko w głowie pełno wspomnień […]” – o życiu Barucha Bergmana, żydowskiej dzielnicy międzywojennego Poznania i ocalaniu strzępków biografii opowiada Zbigniew Pakuła, autor książki „Poznań, majn hejm”.

Barbara Kowalewska: Dlaczego zdecydował pan opowiedzieć historię Barucha?

Zbigniew Pakuła: Poznałem Barucha (Bronka) na początku lat 90. Był jednym z pierwszych poznańskich Żydów, którzy po 1990 roku odwiedzili rodzinne miasto. Wielu przyjeżdżało tylko raz, a  Bronek był postacią wyjątkową, bo wracał tu regularnie, najczęściej  ze swoją żoną  Julitą, pochodzącą z Warszawy. Miałem więc okazję wielokrotnie z nim rozmawiać. Historia jego życia jest ciekawa też dlatego, że pamiętał dobrze czasy przedwojenne.

 

Gdy jesienią 1939 roku  wyjeżdżał  z Poznania, miał już  14 lat. Pamiętał więc wiele szczegółów z życia gminy żydowskiej w Poznaniu, ukończył powszechną szkołę żydowską, pamiętał wielu sąsiadów. Co może najważniejsze, należał do grona około zaledwie 150 osób (to liczba szacunkowa) ocalonych z Holokaustu, mieszkających przed wojną w Poznaniu.

okładka książki Poznań Majn Hejm. Historia Barucha Bergmana

okładka książki Poznań Majn Hejm. Historia Barucha Bergmana

Wielokrotnie udało mu się ujść śmierci, dzięki ogromnej woli  przeżycia. Duży udział w tym ocaleniu miał jego ojciec Pejsach, bardzo zaradny, umiejący troszczyć się o codzienność, który niestety zginął z najstarszym synem Dawidem w getcie warszawskim. Ocalał Baruch, jego matka Sara i brat Gerson. I wreszcie zadecydował o tym dostęp do źródeł: miałem do dyspozycji m.in. moje notatki i nagrane wspomnienia Barucha, relację jego młodszego brata Gersona, a także spisane w jidisz zapiski ich ojca.

 

BK: We wspomnieniach Barucha ożywa, jak w filmie, obraz życia codziennego dzielnicy żydowskiej na starówce Poznania. Jaki to był świat?

ZP: Rodzina Bronka była religijna, pielęgnowała język jidisz, co jest informacją ważną, bo zakorzenił się stereotyp, że w Poznaniu nie mówiło się po żydowsku. Ojciec Barucha pochodził z Widawy, z której po ślubie z Sarą Kaganowicz przeniósł się do Poznania. Bergmanowie dołączyli do tych Żydów mieszkających od lat w Poznaniu, którzy nie zdecydowali się miasta po 1918 roku opuścić. Wielu z nich mówiło lepiej po niemiecku niż po polsku. Rodzina Barucha była jedną z wielu, które do Poznania przeniosły się z terenu wschodniej Wielkopolski, a także z bardziej odległych stron. Bliższy im był sztetl niż klimat pruskiego miasta. Ale aklimatyzowali się, zakładali interesy, otwierali małe sklepiki. 

 

BK: We wspomnieniach Barucha ożywają te tradycje.

ZP: Ojciec Pejsach był bardzo religijny, więc mijające dni, tygodnie i miesiące  wypełnione były nie tylko pracą. Poza codzienną modlitwą najważniejszym dniem był piątek, kiedy to po zachodzie słońca witano Królową Szabatu. Ten czas, poprzedzony wizytą w mykwie i przygotowaniem świątecznych potraw, Bergmanowie spędzali w synagodze i w swoim mieszkaniu.  Ciekawe, że ojciec Barucha chodził chętniej do bet ha-midraszu, gdzie studiował Torę, niż do Nowej (Wielkiej) Synagogi przy Stawnej. Być może poznański bet ha-midrasz bardziej przypominał mu atmosferę panującą w domu modlitwy i w synagodze w rodzinnej Widawie.

 

Wspominając rodzinny dom przy Żydowskiej 32, Baruch opowiada także o koszernej kuchni, zabawach z rówieśnikami na ulicach i placach, a po wybuchu wojny o  prześladowaniach ze strony niemieckich żołnierzy.

BK: Jak wyglądała integracja Żydów poznańskich z resztą społeczeństwa w latach 30. ubiegłego wieku?

W obozie dipisów, Zeilsheim 1946,  fot. z archiwum rodziny Bergmanów

W obozie dipisów, Zeilsheim 1946, fot. z archiwum rodziny Bergmanów

ZP: O integracji trudno mówić, był to bowiem proces, zwłaszcza w latach 30. skazany na niepowodzenie.  Rodzice najczęściej swoje dzieci posyłali do szkoły żydowskiej, co oznaczało życie przez sześć lub siedem lat pod kloszem, wśród swoich. Ale były też żydowskie dzieci uczące się w szkołach polskich, z których czasem je przenoszono do szkoły żydowskiej, gdy spotykały je szykany ze strony rówieśników czy nauczycieli. Najczęściej dzieci żydowskie i polskie bawiły się osobno.  Baruch wspominał, że nie miał ani jednego polskiego kolegi. Po szkole podstawowej pojawiał się kolejny problem – trudno było o przyjęcie żydowskiego dziecka do polskiego gimnazjum. Barucha, jak wielu innych, nie przyjęto do szkoły średniej, mimo świetnych wyników, „z powodu braku miejsc”, jak napisano w odmowie.

 

BK: Zaskoczyło mnie, że Propstowa, nauczycielka w szkole żydowskiej, którą opisuje pan w „Chawerim”, angażowała uczniów w patriotyczne akcje polskie i była zafascynowana literaturą polską.

ZP: Realizowano te same podstawy programowe, co w szkołach polskich. Propstowa wcześniej uczyła w szkole w Zabłociu prowadzonej przez bardzo postępowe francuskie stowarzyszenie Alliance Israélite Universelle. W bibliotece szkolnej  gromadziła polskie książki, a z okazji urodzin marszałka Piłsudskiego organizowała akademie. Po śmierci marszałka uczniowie  uczestniczyli w nabożeństwach żałobnych. Żydzi bardzo szanowali Piłsudskiego. Warto pamiętać, że gmina żydowska angażowała się w patriotyczne akcje,  np. zbierano pieniądze na zakup broni, powołując, z inicjatywy rabina Sendera, Żydowski Komitet Propagandy Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej. Integrację utrudniała działalność antysemickiej prasy poznańskiej. W pismach „Pająk” i „Pod Pręgierz” realizowano ideę „odżydzania” społeczeństwa.

 

BK: W czym to się przejawiało?

ZP: Ojciec Barucha miał sklep bławatny na Kramarskiej. Jego klientami byli również Polacy ze wsi i miasteczek Wielkopolski i z samego Poznania. Ci ostatni często wchodzili tylnymi drzwiami,  dokonywali transakcji, a towar pakowano i dostarczano im wieczorem, ponieważ mieszkańcy Poznania, którzy kupowali w sklepach żydowskich, byli piętnowani w pismach „Pod Pręgierz” i „Pająk”, wymieniano ich nazwiska i adresy, stawali się również obiektami prześladowań.

 

Na taką „czarną listę” trafiali również ci, którzy wynajmowali Żydom mieszkania i lokale handlowe. Baruch czytał antysemickie gazety z ojcem i już po wielu latach tak to skomentował: „Dzięki nim wiedzieliśmy, kto w Poznaniu jest przyzwoitym człowiekiem”.

Baruch wspominał przyjazd do Poznania Hanki Ordonówny, o której redakcja „Pod Pręgierz” pisała: „precz do Palestyny” i nazywała ją „upadającą gwiazdą”.  Pejsach Bergman i pozostali kupcy żydowscy  musieli się też zmierzyć z prowadzoną przez Związek Kupców Chrześcijańskich akcją „Nie kupuj u Żyda”, którą promowała nie tylko antysemicka prasa.

 

BK: Potem mamy czasy wojny i starania ojca Barucha, by ocalić rodzinę. Przejmujące było dla mnie czytanie o nadziei, która prowadziła go do kolejnych miejscowości w Polsce, gdzie miało być bezpieczniej. I w każdej kolejnej okazywało się, że grozi im to samo.

Łucja, Konin, fot. Janusz Romaniszyn

Łucja, Konin, fot. Janusz Romaniszyn

ZP: Wszędzie obowiązywały rozporządzenia Generalnej Guberni. Były pozorne różnice, na przykład w małych miejscowościach najczęściej były tzw. getta otwarte, bez murów i strażników, dzielnice, z których Żydom nie wolno było jednak przechodzić do innych części miasta. Jeśli kogoś złapano, dostawał mandat lub szedł do aresztu. W pilnowaniu porządku  uczestniczyli też polscy policjanci. Czasami oprócz pilnowania dochodziło do aresztowań, wymuszeń i rekwirowania mienia Żydów, szczególnie jedzenia.

 

BK: Opowieść Barucha uzupełnił pan dużą liczbą ważnych dokumentacyjnie zdjęć. Są one drugą opowieścią, nie mniej ważną. Pokazują nie tylko Barucha i jego rodzinę, ale też Poznań lat przedwojennych i tuż po wojnie. Czym się pan kierował przy wyborze?

ZP: Zdjęcia pochodzą z archiwum rodziny Bergmanów, wiele z nich zostało przechowanych przez  Zofię Kubiak, która pracowała u Bergmanów. Jest ich dużo więcej, niż umieściłem w książce. Czasem fotografia stanowi ilustrację wspomnień, czasem zdjęcie służy jako wizualny komentarz do sytuacji. Na przykład, co mogła zobaczyć i myśleć mama Barucha, Sara, gdy wróciła po wojnie do Poznania i zastała zniszczoną dzielnicę żydowską, nie wiedząc nawet, czy jej rodzina przetrwała? Ciekawe jest zdjęcie Synagogi Stowarzyszenia Przyjaciół Dobroczynności i Synagogi Gminy Braci przy ulicy Dominikańskiej z 1945 roku. Widać, że były zniszczone, ale budynki przetrwały, mogły nadal służyć jako świątynie. Zostały jednak rozebrane, już po wojnie, nie wiadomo dokładnie, do czego użyto materiału budowlanego.

 

BK: W ostatnim numerze redagowanego przez pana „Miasteczka Poznań” pojawia się kilka ważnych tekstów o śladach Żydów w Wielkopolsce. Jakie tematy podejmują autorzy?

ZP: Mamy relację z Kępna o znalezieniu kolejnych macew, użytych przez Niemców jako materiał budowlany, a odnalezionych przy modernizacji ulic na osiedlu Przemysława. Prawdopodobnie pochodzą z cmentarza założonego jeszcze w XVII wieku.Zrecenzowana została ważna dokumentalna książka Bogumiła Rudawskiego i Jerzego Osypiuka „Obóz pracy przymusowej dla Żydów w Nekli w latach 1942–1943”.

 

Takich obozów, założonych przy szlakach kolejowych, było w Wielkopolsce co najmniej 12. Autorzy przywołują przejmujące świadectwa osób zeznających przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Poznaniu i prezentują dokumenty o komendantach i funkcjonowaniu obozu oraz rekonstruują w około 90 procentach wykaz nazwisk więźniów.

Damian Kruczkowski przypomina ocalałe budynki, pozostałe po przedwojennej społeczności żydowskiej w Koninie, m.in. ostatnio odkryte przez niego ślady inskrypcji, będące świadectwem istnienia sklepu Lajba Zajdlica przy ulicy Zagórowskiej 17. Autor pisze o potrzebie dyskusji nad ratowaniem takich artefaktów. A swój artykuł, nie bez powodu, nazywa „Uparte niezatarte”, wskazując na to, że historii nie da się wymazać.

Prezentujemy też relację z ważnej konferencji „Żydzi w Wielkopolsce w XX wieku. Historia i pamięć” zorganizowanej w lutym 2020 przez Poznański Oddział Instytutu Pamięci Narodowej, w której oprócz relacji historycznych znalazły się wystąpienia omawiające obecne działania muzeów, społecznych stowarzyszeń czy osób prywatnych ocalających ślady kultury żydowskiej. Odbyła się także dyskusja dotycząca edukacji o Holokauście.

Jedwab, Kalisz, fot. Halina Marcinkowska

Jedwab, Kalisz, fot. Halina Marcinkowska

Wspominam też zmarłą w tym roku Łucję Pawlicką-Nowak, byłą dyrektorkę Muzeum Okręgowego w Koninie, która w dbaniu  o ślady kultury żydowskiej była niestrudzona do końca życia, starając się o upamiętnienie miejsca w lesie Rzuchowskim, w Chełmnie nad Nerem, gdzie istniał Obóz Zagłady.

 

Halina Marcinkowska z kolei przypomina postać  kaliskiego bohatera walk w ramach 2 Korpusu Polskiego, podchorążego Henryka Jedwabia (Joela Haima).

Jest też wzmianka o zbiórce pieniędzy (na portalu Pomagam.pl) na tablicę upamiętniającą trzy siostry Franza Kafki, którą organizuje Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Zagórowskiej. Tablica ma być odsłonięta  na terenie byłego Obozu Zagłady w Chełmnie w  2021 roku.

 

BK: Jest jeszcze jeden ważny tekst, pana autorstwa, o antysemickich zajściach na Uniwersytecie Poznańskim w grudniu 1935 roku. Co wiemy o tych wydarzeniach?

ZP: To zaledwie jeden z epizodów wieloletniej walki o prawo do studiowania podejmowanej przez żydowskich studentów i serii antyżydowskich zajść, pobić i masowego wyrzucania studentów Żydów z sal wykładowych. Związek Młodzieży Wszechpolskiej walczył o „ostateczne odżydzenie wszelkich dziedzin życia Polski”, jak czytamy w ich piśmie wystosowanym do Senatu Uniwersytetu Poznańskiego z 10 grudnia 1935. Walka toczyła się o wprowadzenie jednej z dwóch zasad: w latach 20. była to numerus clausus – projekt procentowego ograniczenia liczby studentów żydowskich na uczelni, a w latach 30. – żądanie numerus nullus – całkowitego zakazu studiowania dla osób pochodzenia żydowskiego. Wprowadzano tzw. getta ławkowe, co z kolei wywoływało bunt studentów żydowskich. Mój tekst jest tylko przyczynkiem do badań, które prowadzi na UAM zespół wyznaczony do tego celu przez rektora Andrzeja Lesickiego. Antysemityzmowi poświęciliśmy na łamach pisma wiele miejsca, dlatego cieszę się, że temat został podjęty przez poznańskich naukowców.

 

BK: Wracając do „Poznań, majn hejm” i wcześniejszej o rok książki „Chawerim. Poznańscy Żydzi”. Jak to jest ocalać szczątki, okruchy tej rzeczywistości, być głosem tych, którzy już nie mogą mówić?

ZP: Nie jestem ich głosem, mówienie tak o sobie byłoby nadużyciem. Zbieram okruchy i milczę.

 

Zbigniew Pakuła – dziennikarz, redaktor naczelny wydawanego od 18 lat czasopisma „Miasteczko Poznań” (przy wsparciu Urzędu Marszałkowskiego i Urzędu Miasta Poznania), autor książek „Siwe kamienie”, „The Jews of Poznań”, „Chawerim. Poznańscy Żydzi” i „Poznań, majn hejm”.