W „Riddimie na stypie neolibu” Szczepan Kopyt rezygnuje z roli poety-przewodnika na rzecz kronikarza porażki. Jeśli poprzednie tomy niosła jeszcze energia buntu, tutaj zostaje nam ciężki, powtarzalny rytm i świadomość, że impreza się skończyła, choć muzyka wciąż gra.