fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

Baśnie bez ozdobników

Za kilka dni do rąk czytelników trafi najnowsza i ważna publikacja Wydawnictwa Media Rodzina pt. „Baśnie wybrane braci Grimm”, w tłumaczeniu Elizy Pieciul-Karmińskiej.

Ta sama tłumaczka przetłumaczyła dla tegoż wydawnictwa, wydane w 2010 roku, „Baśnie dla dzieci i dla domu” Wilhelma i Jakuba Grimmów.

Wydawać by się mogło, że teraz dostajemy do rąk po prostu kilkanaście najbardziej znanych i lubianych opowieści, wyselekcjonowanych z wcześniejszej, pełnej edycji wszystkich dwustu Grimmowskich baśni, wzbogacone jedynie o nowe, sugestywne ilustracje Marcina Minora.

 

Że tak nie jest i że warto poświęcić uwagę najnowszej książce z oferty wydawnictwa, poświadczają już dodatkowe określenia z kart tytułowych.

Oto, w wydaniu z 2010 roku, czytamy „na podstawie wydania z 1857 roku”, zaś na początku obecnego wydania „na podstawie II wydania z 1819 roku”. Mimo to znowu można by pomyśleć, że to jakaś filologiczna ekstrawagancja i szczególarstwo, ale bynajmniej nie o to chodzi.

To nie skrupulatność historyka literatury gra istotną rolę, a nie dające się zlekceważyć różnice pomiędzy oboma wydaniami. One w pełni pozwalają poznać złożoność samego problemu opowieści baśniowych i pokazują baśnie braci Grimm w dwóch różnych perspektywach.

Baśnie braci Grimm

 

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

To bez wątpienia część dziedzictwa rozpoznawalna dla niemal wszystkich chyba Europejczyków i dużej części mieszkańców globu. Funkcjonują już poza kontekstem literackim, w niezliczonej liczbie adaptacji filmowych, radiowych, jako zabawki i gry.

 

Skutkiem takiej popularności jest fakt, że tekst oryginału ginie przytłoczony bezlikiem przeróbek i adaptacji.

Baśnie żmudnie zebrane przez braci Grimm na początku XIX wieku i ułożone w korpus dwustu dłuższych i krótszych opowieści, z których część osiągnęła niebywałą popularność, stały się własnością wszystkich, dziedzictwem ludzkości. Jednak, poprzez procesy ustawicznego ich opowiadania na nowo, teksty Grimmów rozpłynęły się niemalże w szeregu przekazów, różniących się nieraz znacznie od siebie i od pierwowzorów.

Jako, że stały się taką powszechną własnością i od czasu ich spisania minęło już z okładem dwieście lat, wszelkie zabiegi na nich czynione wydają się zrozumiałe. Inne czasy, inne obyczaje, inna wrażliwość przebijają przez ich fabułę. Stąd konieczność - jak łatwo tłumaczyć - dostosowania ich do dzisiejszych warunków i przepisywania według współczesnych wyznaczników.

 

Dość powszechnie mówi się o ich drastyczności, brutalności, czy okrucieństwie.

To miałoby usprawiedliwiać wszelkie ingerencje łagodzące baśniowe fabuły. Świat podobno zmienił się na tyle i poszerzyła nasza wiedza na temat wrażliwości dzieci, że – traktowane wciąż jako opowieści skierowane do dzieci – pierwotne ich wersje miałyby być dzisiaj dla młodych odbiorców nieodpowiednie.

W posłowiu do wydania z 2010 roku Eliza Pieciul-Karmińska pokazuje, jak w dotychczasowej praktyce przekładowej teksty Grimmów na różne sposoby uzupełniano, zmieniano, cenzurowano. Interwencje te miały różny charakter. Od stosunkowo niewielkich zmian słownictwa, rozbudowy wątków, po poważniejsze zmiany w samej fabule, a co za tym idzie – w wymowie opowieści. Chodziło o osiągnięcie pewnego efektu dydaktycznego.

 

Baśnie były więc szlifowane pod względem literackim i ujednoznaczniane pod względem racji moralnych.

Sama Pieciul-Karmińska przetłumaczyła tekst wydania z 1857 roku wiernie, zgodnie ze współczesnymi standardami translatorskimi. Oddała tym samym czytelnikom ostatnie słowo, aby to oni mogli zdecydować, czy uznają teksty sprzed 150 lat za odpowiednie dla siebie i swoich dzieci, czy nie.

Wydanie kolejne, ujarzmione...


Pomiędzy tekstami z obu wydań różnice są niekiedy uderzające. W miejsce bardzo surowo opowiedzianych fabuł, bez ozdobników, psychologizacji, wyraźnych motywów podejmowanych bohaterów działań i ciągów przyczynowo skutkowych, mamy teraz opowieści literacko wystylizowane, wycyzelowane, uzupełnione o wyjaśnienia nastrojów, hierarchicznych podziałów i zależności, zaopatrzone w  wyraźniejszy rozdział racji moralnych.

 

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

Można to odnieść, z pewną tylko przesadą, do sytuacji mitów greckich i rozszerzyć nieco namysł nad użytkami czynionym z baśni.

Mity są równie znane i w podobnie niezliczonej wersji funkcjonują. Wciąż są opowiadane na nowo, w dłuższych i krótszych wariantach i w efekcie wciąż są na nowo interpretowane. Ich wpływ i swoisty uniwersalizm, otwarcie na kolejne interpretacje zasadzają się jednak na możliwości dotarcia do ich stosunkowo prostej, surowej formy.

Kolejne opowieści mityczne są wytapiane z tej pierwotnej rudy wrażliwością, wyobraźnią i wiedzą w szlachetny kruszec. Ale czasami stają się tombakiem, udającym tylko złoto.

 

Te różne oblicza i możliwości istnienia mitu są jednocześnie świadectwem jego trwałości.

Płodność mitu zasadza się w jego prostocie. Wszelkie dodatki to już ozdobniki – świadczą o możliwościach tkwiących w podstawowej opowieści. Jednak to właśnie w prostocie samego mitu tkwią możliwości wielokrotnego jego opowiadania. Gdyby był bardziej rozbudowany, rysowany subtelniejszą kreską, gdyby był bogatszy w szczegóły, to mniej byłby podatny na wielość możliwych odczytań. Mniej byłby uniwersalny.

Ewolucję edycji Grimmów, od wydania 1819 do 1857, można odczytać właśnie jako nadawanie zebranym przez nich opowieściom kształtu, odpowiadającego duchowi czasu, obyczajom, wrażliwości.

 

Tłumacze, redaktorzy, wydawcy ujarzmili ich niepokornego ducha, odziali w strojne literackie szaty i wprowadzili na salony.

Mieszczańska dziewiętnastowieczna publiczność wymagała więcej skromności, wstrzemięźliwości, umiaru. Nie chciała rumienić się ze wstydu podczas lektury, zasłaniać uszu dzieciom. Okiełznano ludową wyobraźnię (często na swój sposób zresztą opowiadającą historie z innego, bogatszego świata), by móc spokojnie cieszyć się opowieściami. To może paradoks, ale tylko na pierwszy rzut oka.

Później baśnie Grimmów były poddawane jeszcze dalszym, głębszym zmianom i „ulepszeniom”. Cała warstwa makabry w nich zawarta stopniowo była wymazywana. Nieumotywowane okrucieństwo nie znajdowało wytłumaczenia i musiało zniknąć. Co to jednak znaczy?

 

Przecież to, że jesteśmy teraz tacy cywilizowani i oświeceni, nie sprawiło, że świat stał się mniej skomplikowaną mieszanką dobra i zła, współczucia i okrucieństwa. 

Wydaje się, że to do uładzonej właśnie wizji świata dostosowywano kształt nadawany kolejnym wersjom opowieści Grimmów. Przyjęto obraz dziecka, jako niewinnego, nieznającego zła, dobrego z natury, niegotowego na odbiór mrocznych baśni. Nie mogły one naruszać dziecięcej wrażliwości, narażać dziecka na strach, przerażenie, smutek. Miały dawać radość, rozrywkę i nieść morał.

 

Tak, jakby dzieci były impregnowane na  trudne emocje, niezdolne do ich odczuwania i jakby nie były na nie w rzeczywistości narażone.

Bruno Bettelheim w klasycznej już pracy pt. „Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni” dostrzega natomiast w tych cudownych opowieściach drogi przeprowadzania dzieci w dojrzałość - poprzez mielizny trudnych dla nich emocji, pytań, problemów - z pomocą symbolicznych postaci i sytuacji.

Jego psychoanalityczna perspektywa może wzbudzać uzasadnione wątpliwości, jednak ogólny kierunek rozumowania, chyba nie podlega podważeniu. Baśnie to nie tylko historie ucieszne, z napięciem słuchane dla ich perypetii, intrygi, niezwykłości. To opowieści pokazujące w całej złożoności świat, dotykające skomplikowania ludzkiej egzystencji.

Zauważa to Robert Darnton, podkreślający odzwierciedlane przez baśnie rzeczywiste problemy społeczne.

 

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

Kraina pieczonych gołąbków, stoliczek „nakryj się” to refleksy powszechnego we wcześniejszej historii Europy głodu.

Podobnie los Jasia i Małgosi, ze względu na powszechny głód, skazanych na zagubienie i pewną śmierć w lesie, by rodzice mogli przeżyć. Rola w tym wszystkim matki jest tak niesłychana, że bywa ona zamieniana na macochę, a w jednej z wielu adaptacji dzieci zwyczajnie gubią się w lesie wysłane na poszukiwanie jagód!

Stąd widzi się też często baśnie jako powielające i utrwalające obraz świata z podziałem ról na bierne, żeńskie i aktywne, męskie. Jest to tyle słuszne, co jednostronne. We wspomnianej adaptacji „Jasia i Małgosi” to Jaś umieszcza czarownicę w piecu, ratując życie sobie i siostrze, zaś w Grimmowskiej wersji czyni to Małgosia...

Baśnie w stanie surowym


Baśń jest zarówno tekstem posiadającym swoje własne znaczenia, jak i dającym się elastycznie kształtować materiałem. Nie da się zakazać przekształcania tych opowieści. Byłoby to zarówno niemożliwe, jak i bezcelowe.

 

Przepowiadanie ich w nowe opowieści, to wzbogacanie skarbca wyobraźni.

Jednak najlepiej, jeśli ma to charakter wykorzystywania schematów fabularnych, odwoływania się do wzorców, tworzenia wariacji, ale jednak na temat. Bynajmniej nie dlatego, że proste dopisywanie jednych fragmentów, odejmowanie innych, przestawianie elementów, to jakiś szczególny występek, raczej ze względu na szkodę – być może nawet nieuświadamianą – jaką ponosimy przesłaniając najwcześniej zapisane ich wersje, wymazując je z pamięci.

To, jak widzimy świat, jest efektem naszych przekonań, zawsze pozostawiających niezinterpretowaną i faktycznie wymykającą się poznaniu resztę. Redukując wszystkie odczytania świata tylko do tych, które odpowiadają naszemu, w istocie czynimy się bezbronnymi na inne jego wymiary.

Sami dla siebie jesteśmy zagadką i tak na pewno pozostanie. Wiedza o nas samych, także jako dzieciach - choć głosimy ją z niezachwianą pewnością - jest niepewna. Co widać po tym, jak się zmienia.

 

Świat baśni braci Grimm jest światem okrutnym, niesprawiedliwym, pełnym przemocy. Czyż jednak nie odsłania on po prostu nieusuwalnych elementów życia ludzkiego.

Jeśli zostaliśmy stworzeni wolni, to z wszelkimi – także takimi – tego konsekwencjami. Uznając się za bardziej cywilizowanych, niż anonimowi opowiadacze przekazów zebranych przez  Grimmów, nie dostrzegamy, że zmienił się wyraz, ale nie istota.

 

Świat pozostaje mimo wszystko w swych głównych konturach podobny do tego, który wyziera z tych starych opowieści.

Jeśli chcemy przygotowywać dzieci do życia w jego złożoności, to nie ma chyba lepszego do tego medium niż baśń. Ona podsuwa prototypowe, schematyczne scenariusze, dające się odnaleźć w  realnych sytuacjach. Uznając, że dzieci nie powinny się z nimi konfrontować, tworzymy mit dobrej i niewinnej istoty niezdolnej do odczuwania złożonych, ambiwalentnych emocji. 

Tworząc uładzone wersje baśni, chcielibyśmy chronić dzieci przed wszelkim złem tego świata. A jednak tym bardziej je na brutalne zetknięcie z nim narażamy, pozostawiamy je bezbronnymi i nieprzygotowanymi. Separując radykalnie świat dzieciństwa i dorosłości, nie tworząc żadnego rodzaju obrzędu przejścia, skazujemy je na samotne poszukiwanie drogi, błądzenie w świecie, do którego nie dostały kluczy.

Umożliwienie dostępu do surowych literacko i emocjonalnie baśni, to tworzenie połączenia pomiędzy różnymi światami, dzięki czemu - w wyobraźni - dzieci mogą się uporać z wieloma dylematami, przygotować się na nie, nawet jeżeli są one nierozstrzygalne.

 

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

fot. Media i Rodzina, materiały promocyjne, ilustracja: Marcin Minor

Pytanie, które można sobie zadać, kiedy zaczynamy opowiadać dziecku baśnie brzmi więc: „Co chcę dać dziecku?”

Te nieupozowane opowieści szeroko otwierają się na interpretacje. Każdy czytelnik może je po swojemu odczytać, na inny sposób skonfrontować ze swoim doświadczeniem. Mogą dać też impuls dla literackiej pracy nad nimi. Dostarczają nowych podniet do poszukiwania ich kolejnych sensów i możliwości do ich rozwijania.

Najnowsza publikacja Wydawnictwa Media Rodzina to wartość nie do przecenienia. Osadza w polszczyźnie baśnie doskonale wydawałoby się znane, a jednak nieznane. Pozwala czytać je na nowo. Jakby pierwszy raz.

 

Wydawnictwo to jest skądinąd bardzo zasłużone w dziedzinie przyswajania polszczyźnie baśni.

Wydało przed paru laty pierwszy pełen polski przekład z języka oryginału baśni Hansa Christiana Andersena autorstwa Bogusławy Sochańskiej. Oprócz tego w serii „Baśnie świata” opublikowało już szereg tomów w świetnej szacie edytorskiej.

Mam nadzieję, że skoro poprzednią edycję pełnego tłumaczenia Grimmowskich baśni, poprzedzał wydany w 2009 roku ich wybór w nowym przekładzie, to proponowana teraz książka jest zapowiedzią nowej odsłony wszystkich dwustu baśni braci Grimm. Liczę, że już niedługo będziemy mogli przeczytać je w wersji może jeszcze surowszej, lecz pełnej niewymuszonego uroku i wieloznacznej.